Feeds:
Posts
Comments

Dzisiejszy dzień upłynął nam na zajęciach ogrodowych, domowych i remontowych. K. udało się naprawić rurę doprowadzającą wodę na pole, więc teraz możemy już podlewać łatwo i szybko, nie trzeba będzie nosić konewek z wodą. Nasz pies ma z tego też niesamowitą frajdę bo uwielbia wodę pod każdą postacią i świetnie się bawi ze strumieniem wody płynącym z węża.   Ja kosiłam trawę z przodu, nieco uporządkowałam ogród z tyłu, odkurzyłam auto z zastępów psiej siersci i chodziłam po ogródku i delektowałam się wspaniałą pogodą i sielskością naszego kącika na ziemi.  A potem był lahmacun na obiad (niech żyją ormiańskie piekarnie!) i piwo dla spragnionych robotników. Taki zwykły dzień i czynności, a jakoś tak mnie pozytywnie nastroił. Carpe diem…

W skrócie rzecz ujmując wyjazd pod namiot udał się bardzo, choć pogoda nie całkiem dopisała. W piątek udało nam się wyjść nieco wcześniej z pracy i w miare szybko zwinęliśmy cały majdan i ruszyliśmy w drogę do Awenda Provincial Park, jakies 170 km od domu.


View Larger Map

W Awendzie byliśmy już kilka razy, ale zawsze na jedniodniowe wypady. Park jest położony bardzo malowniczo, bo nad Georgian Bay. Poza tym jest to bardzo atrakcyjne miejsce z naszego punktu widzenia bo są tam dwie psie plaże, czysta woda, piaszczysta plaża i szlaki do chodzenia.

Tym razem postanowiliśmy pojechać tam na krótki wypad pod namiot żeby sprawdzić jak się w takich warunkach dogadujemy z psem. Jest to na tyle blisko, że w razie totalnej porażki, moglibyśmy się spakować i spokojnie wrócić do domu. Wszystkie okoliczne parki prowincjonalne są dla wszystkich milośników biwakowania bardzo atrakcyjne gdyż są w miarę tanie, ale przede wszystkim poletka gdzie się można rozbić są bardzo duże. Przypomniały nam się pola namiotowe w Polsce czy nawet na Słowacji – posiłki na karimatach przed namiotem, ciasnota taka, że można zaglądać sąsiadowi do śpiwora, hałas, kolejki do ubikacji itp. itd. Tutaj wszystkie, łącznie z prywatnymi, pola namiotowe mają określoną ilość miejsc i nie upycha się ludzi jak śledzie, po to tylko żeby więcej zarobić. Na prywatnych polach jest na pewno ciaśniej, ale też każdy ma swoj stół i jasno wyznaczoną granicę. W parkach prowincjonalnych natomiast, jest znacznie więcej przestrzeni, choć to też zależy od parku. W Awendzie pola są spore, można zmieścić do 3 namiotów. Pomiędzy poletkami rośnie las, także sąsiadów się właściwie nie widzi. Jedynym mankamentem jest to, że miejsca trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. My już w marcu się zdecydowaliśmy że chcemy się tam wybrać, ale oczywiście trudno przewidzieć pogodę tak bardzo do przodu.

W piątek udało nam się dojechać tak, że namiot rozbijaliśmy jeszcze przed zmrokiem. Udało nam się zaopatrzyć w drewno na ognisko i zjedliśmy sobie kolację wpatrując się w ogień i niebo. Nasz pies był cała sytuacją nieco zdziwiony i nie bardzo wiedział jak się zachować. Bardzo mu się nie podobało, jak zwykle zresztą, kiedy któreś z nas się oddalało z poletka, zawsze lubi mieć wszystkich pod kontrolą. Czasem poszczekiwał na ludzi przechodzących z latarkami, albo jak jakiś inny pies się odezwał, ale ogólnie był całkiem grzeczny. Bardzo chętnie się władował do namiotu i nawet bez oporów pogodził się z faktem że nie śpi na karimacie tylko na swoim posłaniu.

Na sobotę zapowiadali opady deszczu  i oczywiście tym razem prognoza się spełniła. W nocy zaczęło lać i lało właściwie przez większość soboty. Rano zjedliśmy śniadanie pod parasolem i czekaliśmy na A&E którzy mieli do nas dołączyć. Przyjechali jakos po 11 z kajakiem na dachu i nadzieją, że się jednak rozpogodzi. Udało im się rozbić jeszcze w miarę na sucho, bo po południu lało dosyć ostro. Przypomniałam sobie, że gdzieś na terenie parku jest taki teren pod dachem gdzie są stoły i ławy. Udało nam się to znaleźć i  na szczęśćie nikt inny nie wpadł na ten sam pomysł. Dzięki temu spędziliśmy kilka godzin czekając na lepszą pogodę pod dachem, w miarę sucho, przy kawie, piwie, jedzeniu i kartach. Wieczorem już się rozpogodziło więc mogliśm zrobić ognisko i E przyrządził pyszne mięso i kiełbaski z grilla. Pies był tak padnięty, że zaczął chrapać jeszcze przy ognisku i bardzo chętnie poszedł spać do namiotu.

W niedzielę pogoda oczywiście się rozpogodziła i koło południa niebo zrobiło się błękitne. A&E musieli się zwijać szybciej do Toronto, więc nie było czasu żebyśmy wszyscy mogli przepłynąć się na kajaku. Tak więc pożegnaliśmy się i my pojechaliśmy z psem na plaże i pochodzić sobie trochę po okolicy. Komary nas oczywiście jadły niemiłosiernie, nawet pies był pokąsany na nosie i brzuchu. Przeszliśmy jakies 5 km, spotkaliśmy po drodze żółwia i koło 5 zwinęliśmy się w drogę powrotną. Dziś środa, prawie udało nam się już wszystko wyprać, wysuszyć i poukładać mniej więcej na miejsce, tej strony wyjazdów zdecydowanie najbardziej nie lubię. Stwierdziliśmy, że musimy częściej urządzać takie krótkie wypady bo wtedy się jakoś tak więcej wakacji robi. No i okazuje się, że na kilka dni pod namiot też można jechać z psem.

w Adirondack State Park

…weźmiemy namiot swój i nie gitarę, ale psa.  Po raz pierwszy odkąd nasz ważący 45 kg pies  zamieszkał z nami, w najbliższy piątek wybieramy się wspólnie z nim pod namiot. Byliśmy na wielu wycieczkach jedniodniowych, spaliśmy w przyczepie kampingowej, w chatce, ale w namiocie jeszcze nie. Bardzo mnie zastanawia jak to się będzie odbywało w praktyce gdyż, jak wiadomo, w namiocie śpi się na podłodze. A nasz pies jest przyzwyczajony, że jak się siada lub kładzie na podłodze to tylko po to, żeby się z nim bawić. Bo podłoga jest jego, a meble są nasze. Tak więc ciekawa jestem bardzo jak zareaguje jak wszyscy będziemy spać na tym samym poziomie, moja wyobraźnia mi podpowiada bardzo różnorakie scenariusze. Poza tym po raz kolejny uświadamiam sobie, że taki wyjazd pod namiot wymaga niesamowitej ilości sprzętu wszelakiego. Jak jeździmy we dwójkę to już mamy tego sporo, a jeszcze do tego pies… Wszystkie jego smycze, kości, jedzenie, łóżko (nie może spać na samej podłodze namiotu ze względu na problemy z nogami), ręczniki, marchewki (tak, tak dzień bez marchewki nie jest dniem spełnionym według naszego psa), linka do której go trzeba na polu namiotowym przywiązać (bo musi być cały czas przypięty, a przecież nie będziemy non stop trzymać smyczy), samorozkładające się woreczki na psie kupy, miski i na pewno jeszcze o czymś zapomniałam. Pies jest na kuracji anty-wszelakoleśnorobakowej i do tego jeszcze w tym roku zafundowaliśmy mu ekstra szczepionkę przeciwko kleszczom bo w jego czarnej sierści trudno cokolwiek wypatrzyć. Swoją drogą wizyta u weterynarza zasługuje na osobną notkę…

Cały czas bacznie obserwuję prognozę pogody i już sama nie wiem, bo co chwilę się zmienia, na szczęście pokazują coraz pozytywniejszy wariant. A trzeba się pocieszać bo za oknem wieje, od rana pada deszcz i wcale się nie czuję jakbym miala jechać pod namiot. Wino spakowane, najwyżej się będziemy rozgrzewać. A jeśli ktoś ma wskazówki i pomysły na temat biwakowania z psem, chętnie poczytam.

Wraz z początkiem lata Toronto zamienia się w jeden wielki festiwal. Właściwie od maja do września w każdy weekend dzieje się coś wartego uwagi.  Są imprezy artystyczne, kulturalne, teatralne, filmowe, mniejszościowe, literackie, muzyczne i co tylko sobie człowiek wymyśli. Są aż dwa festiwale jazzowe, jest tydzien Pride, kiedy to nad miastem dominuje tęczowa flaga – są koncerty, imprezy i słynna parada na którą zjeżdzają ludzie z wielu krajów. Jest weekend włoski, grecki, polski, ukraiński, Afrofest, Caribana i wiele innych. Bardzo wiele z tych imprez jest darmowa, choć są też takie, na które bilet kosztuje kilkaset dolarów. Dla każdego coś dobrego.

Przez te kilka lat mieszkania tutaj udało nam się zaliczyć kilka imprez, ale jeszcze sporo przed nami. Teraz właśnie kończy się Luminato, festiwal sztuki – muzyki, filmu, teatru i tańca. Wczoraj na tutejszym “rynku” czyli Dundas Square, odbywał się darmowy koncert Gorana Bregovica, na który jednak nie doszliśmy. W ramach zamknięcia całej imprezy, która trwała przez cały tydzień, Cirque du Soleil daje darmowe pokazy na dwóch scenach. Są to krótkie przedstawienia w których za jednym razem występuje od dwóch do kilkorga wykonawców, są pokazy żonglerki, akrobacje, taniec i muzyka. Dzis udało mi się odwiedzić jedną z dwóch scen i spędziłam dwie godziny podziwiając do czego jest zdolne ludzkie ciało. Sprawiło mi to niesłychaną przyjemność, choć ręce mnie potem bolały od trzymania aparatu w pogotowiu.  Mam szczery zamiar w tym roku zaliczyć więcej imprez niż w porzednich latach, zobaczymy jak wyjdzie.

Kilka zdjęć z dzisiaj, a więcej można zobaczyć tutaj.

W ubiegły weekend w Toronto odbywało się tzw. Open Doors Toronto, czyli Toronto Otwartych Drzwi. Co roku w jeden weekend maja różne budynki i instytucje, które normalnie są zamknięte dla publiczności, otwierają swoje wrota. Można wtedy sobie za darmo zwiedzać i podziwiać bardzo ciekawe miejsca. W sobotę postanowiliśmy wyjść trochę z domu z chęcią zobaczenia głównej atrakcji tego roku – najstarszego budynku więzienia Don Jail. Nowy budynek służy wciąż jako areszt, ale stary budynek niedługo zamieni się w coś innego.

Don Jail

Po raz pierwszy ten budynek wziął udział w imprezie i, niestety, po raz ostatni jako że mają go przebudowywać i ma się stać częścią kompleksu zdrowotnego, który w tamtym miejscu powstanie. Spodziewaliśmy się, że będzie sporo ludzi, ale nie spodziewaliśmy się takich tłumów. Okazało się, że jak przyszliśmy tam przed drugą, nikogo już nie wpuszczali do kolejki bo czekało tyle ludzi, że więcej już i tak nie zdążyłoby wejść. Ponoć kolejka zaczęła ustawiać się od 7 rano. W niedzielę spodziewano się podobnych tłumów, więc budynek zobaczyliśmy tylko z zewnątrz. Ciekawe, że przez jakiś czas mieszkaliśmy parę kroków stamtąd, ale wtedy całe więzienie zastawione było jakimiś rusztowaniami, więc nie mogliśmy go nigdy zobaczyć w całości. Trzeba było tej imprezy żeby nam się udało uwiecznić więzienie na zdjęciu.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu i ochotę na dalszy spacer, więc pojechaliśmy do kolejnego miejsca, gdzie jakoś nigdy nie udało nam się dotrzeć z aparatem. Jest to tzw. Distillery Disctrict, miejsce które mi nieco przypomina krakowskie Podgórze albo jakąś dzielnicę roboczą innego europejskiego miasta.  Jest to założona w 1832 destylarnia, która przez jakiś czas była największą destylarnią w Imperium Brytjskim. Znajduje się na obszarze 13 akrów i składa się z ponad 40 budynków. Jest to najlepiej zachowany kompleks budownictwa przemysłowego w Ameryce Północnej.

Distillery District

Jako, że jest to stosunkowo stare, jest to bardzo popularne miejsce z niesamowicie snobistycznymi knajpami, restauracjami i sklepami. Można tam kupić wszystko co organiczne, naturalne, europejskie czy ręcznie robione. Jest oczywiście browar, gdzie można się napić piwa za absurdalnie wysokie ceny, można też kupić piwo w jednorazowym małym kubeczku i wypić przy stolikach luzem stojących, ale małe piwo podawane w styropianie i w takich warunkach za 7 dolarów to lekka przesada. Pooglądaliśmy sobie co było do zobaczenia, pochodzili trochę bo brukowanych chodnikach po terenie gdzie nie jeżdzą auta po ulicach, popatrzyli na różne ciekawe osobistości i poszli na piwo do niedalekiego “normalnego “pubu.

A tak wczoraj wieczorem wyglądało centrum Toronto.

Toronto nocą

Zapraszam na więcej zdjęć z Distillery District i nocnego Toronto.

W drodze z Toronto do Niagary mija się Burlington, nieduże miasteczko z olbrzymim ogrodem botanicznym. Za każdym razem kiedy mijaliśmy kierunkowskaz do ogrodu zgodnie stwierdzaliśmy, że kiedyś musimy tam pojechać. I dzisiaj właśnie nastąpiło to kiedyś. Royal Botanical Gardens w Burlington to największy ogród botaniczny w Kanadzie. Składa się z kilku części: RBC Centre, Hendrie Park, Laking Garden, Rock Garden i Arboretum. Wszystkie te części oddalone są od siebie dosyć daleko, więc trzeba się pomiędzy nimi przemieszczać autem albo autobusem który pomiędzy nimi kursuje. My dzisiaj odwiedziliśmy RBC Centre z roślinami śródziemnomorskimi, Rock Garden i Arboretum.  Udało nam się, bo akurat dzisiaj zaczynał się Festiwal Tulipanów w Rock Garden.

Nie było jeszcze wielkich tłumów, więc udało nam się zrobić trochę zdjęć i nacieszyć oczy barwnymi kolorami. Ja też miałam okazję napatrzeć się na imponjące sprzęty fotograficzne, które niektórzy zwiedzający wytoczyli. Poza tym też spotkaliśmy kilka kwitnących wiśni, w Arboretum było też sporo kwitnących magnolii. Zawsze mi się magnolie podobały, a takie ich skupisko w jednym miejscu robi niesamowite wrażenie. No i ten zapach… Spędziliśmy dobre kilka godzin spacerując, podziwiając i wąchając. Musimy tam koniecznie wrócić, zwłaszcza że niedługo będą kwitły bzy, a mają tam ponoć największą hodowlę bzów na świecie. Już sobie wyobrażam te kolory i zapach. W ogóle teraz to już co chwilę bedzie tam coś kwitło ciekawego. Poza tym do Arboretum przylegają też bagna i rozlewiska po których można wędrować bo są poprowadzone szlaki. Już nawet zdobyłam mapkę, więc może nam się uda wybrać. W końcu czuję, że wiosna przyszła!

A więcej zdjęć można zobaczyć tutaj

Roboty (około)domowe – udało mi się doprowadzić do porządku ogródek. Sporo liści już pograbiła i posprzątała Szwagierka, ale jeszcze troche mi się udało dosprzątać, pograbić i wyczyścić. Teraz z zapartym tchem obserwuję co tam zaczyna wychodzić spod ziemi. Nie wiem co poprzednia właścicielka miała posadzone, a ewidentnie coś się zieleni. Na razie nic nie plewię ani nie wyrywam, zobaczymy co wzejdzie. Poza tym mamy w ogródku dużo takich małych kwiatuszków. Niestety nie pamiętam jak się nazywają, chociaż sąsiadka mi powiedziała.

aimg_1691

Poza tym staramy się oswoić naszego psa z sąsiadami, którzy sporo siedzą na zewnątrz, więc nie chcemy żeby za każdym razem na nich szczekał. Udało mi się też posprzątać gruntownie piwnicę, do której wrzucaliśmy wszystko jak popadnie odkąd się wprowadziliśmy. Powoli trudno się tam było poruszać, więc to zmogłam. Podjęłam się też hodowli roślinek do posadzenia w ogrodzie. Mieliśmy sporo różnych nasion, które posłała nam Teściowa, więc mam zamiar je wykorzystać w upiększaniu ogrodu. Obserwuję i czekam aż zaczną kiełkować maciejka, dziwaczek i inne kwiatki oraz cały zestaw ziół, które zamieszają w ogrodzie. Obydwoje uwielbiamy świeże zioła, więc jak tylko mamy możliwość to staramy się mieć własną hodowlę. Mam nadzieję, że chociaż część tego co posiałam wyrośnie i będzie się nadawać do posadzenia na zewnątrz.

Wiosna – w końcu można powiedzieć, że zawitała do Toronto. Wciąż jeszcze ma czkawki i nawroty zimnego powietrza, ale zdecydowanie jest to cieplejsza pora roku niż poprzednia. Trawa się już zazieleniła, powoli się pojawiają pąki i liście na drzewach. W zeszły piątek było tak ciepło, że zrobiliśmy sobie grilla i do dziesiątej wieczorem siedzieliśmy w ogródku. Za płotem sąsiad nam przygrywał na gitarze, więc czuliśmy się zupełnie jak na wakacjach. Tylko ogniska brakowało i kiełbasek. Rowery już wyciągnięte z piwnicy i myślę, że jutro nam się uda je przewietrzyć. Zapowiadaja 27 stopni!

pies tez czuje wiosne w nozdrzach

pies tez czuje wiosne w nozdrzach

Zwierzęta – u jednych króliki w ogródku, u innych kot w garażu a u nas.. skunks pod szopką. Siedzi sobie ponoć tam już od jakiegoś czasu i chyba mu dobrze. Nam trochę mniej, bo się boimy, że jak dojdzie do spotkania z psem, to nasze nosy na tym wielce ucierpią. K. nabył przez internet mocz lisa w proszku, który ma odstraszać te zwierzaki. Posypaliśmy koło szopki my, posypała sąsiadka po swojej stronie i mamy nadzieję, ze skunks pomyśli, że w okolicy mieszka lis. Poza tym wiewiórki wciąż nam buszują na strychu i wcale nie myślą o przeprowadzce. Mocz lisa też ma je odstraszać, więc się szykujemy na akcję. Mieliśmy też przelotnie mrówki, ale szybka akcja je chyba skutecznie zniechęciła. I żeby nie było wątpliwości – mieszkamy w mieście…

Sopranos – już dosyć dawno temu, K. pożyczył od kolegi pierwszą część. Dosyć długo czekała aż się zabierzemy za oglądanie. Jak już się zabraliśmy to oczu nie możemy oderwać. Niestety jak skończyliśmy pierwszą część to musieliśmy drugą znaleźć dopiero, bo kolega nie miał. Na szczęście w pobliskiej wypożyczalni mają. Serial robi się coraz bardziej wciągający, akcja zagmatwana, postacie coraz bardziej skomplikowane - sama przyjemność oglądać. Przedwczoraj obejrzeliśmy cztery odcinki pod rząd a każdy ma mniej więcej 50 minut. Polecam serdecznie!

Praca – ostatnie kilka tygodni mamy mnóstwo roboty w pracy. Nie zawsze mam czas wyjść na lunch, czasem zostaję trochę po czasie, siedzę osiem godzin wpatrując się w monitor. Do niedawna mogłam w pracy jeszcze zerknąc na różne blogi i zobaczyć co się tam dzieje, ale niestety teraz wszystkie strony typu blox, wordpress itp. są zablokowane. Także czytać mogę tylko w domu i właściwie na to głównie, poza pisaniem maili, poświęcam mój czas komputerowy w domu. Są też miłe chwile w pracy, jak na przykład środowy Administrative Professionals Day, który nasza firma nazwała Staff Appreciation Day. Rano było śniadanie a potem każdy dostał…. kocyk z logo firmy. Kocyk ma kieszeń na nogi oraz ręce i jest całkiem ciepły. Wraz z sąsiadkami snułyśmy marzenia, że teraz będzie można legalnie sobie ucinać drzemke w czasie pracy. Tyle, że brak poduszki nas zmylił. Ktoś bardziej realistyczny stwierdził, że to dostaliśmy żeby trzymać w razie wypadku kiedy w pracy trzeba będzie zostać na noc. A tak na prawdę to pewnie zostało im takich sporo po zimie i chcieli się pozbyć. Jednocześnie załatwili prezent tańszym kosztem niż ubiegłoroczne kupony. Poza tym nasze szefostwo bezpośrednie podarowało nam trzem po orchidei i kuponie do Tim Hortons’a, kanadyjskiej mekki kawowej.

Czytanie – właśnie skończyłam The Vampire Lestat - drugą część serii o wampirach Ann Rice. Niesamowicie mnie to pochłonęło,choć nie byłam nigdy fanką książek ani filmów o wampirach. Ta jest bardzo dobrze napisana i czyta się świetnie. Nie czytałam jeszcze pierwszej części czyli Wywiadu z Wampirem ani trzeciej,ale na razie nie czytam kolejnej części bo mam ochotę na coś pozytywniejszego. Może ktoś ma jakieś sugestie?

Gotowanie – przez długi czas gotował głównie K. a ja byłam od pomagania, siekania a potem mycia naczyń. Ostatnio trochę się zbuntował i staramy się wspólnymi siłami napełniać żołądki. Pochłania to sporo czasu, bo jak gotujemy to raczej od podstaw, nie z pół-produktów. Poza tym staramy się jeść w miarę lekko oraz urozmaicać posiłki. Poza obiadami wieczornymi dochodzi sprawa lunchu, jako że staramy się nie jeść na zewnątrz. Także jakoś tak się składa, że coraz częściej wkraczam do kuchni i przejmuję patelnię.  Przyznaję, że są takie dni, że nawet mi to sprawia przyjemność. Takie wyznanie z mojej strony to wielki krok, bo zawsze stroniłam od garów. Teraz zaczynam kombinować, wymyślać i improwizować. Czasem się czuje jak wiedźma, która do kotła wrzuca różne dziwne składniki, z których nie wiadomo jaki diabeł wyskoczy. I do tego nawet czasem coś piekę. Oj, chyba się starzeję…

babka wg przepisu od Teścia

babka wg przepisu od Teścia

To tak by było z grubsza mniej więcej tyle, nie wspominając o takich przyziemnych sprawach jak spacery z psem,  sprzątanie, pranie, robienie zakupów itp . Poza tym mam mnóstwo rzeczy które chciałabym zrobić, tylko muszą się doczekać na swoją kolejkę…

po przerwie

Poniższą notkę napisałam w ubiegłą sobotę, późno w nocy. Od niedzieli wszystko tak pędzi, że nawet nie miałam kiedy jej przeczytać po napisaniu i tutaj wsadzić. Nie zmieniam nic, tylko wsadzam jak jest. Tak poza tym to donoszę, że mamy gości i jeszcze następny tydzień będziemy mieli. Nadrabiamy zaległości w gadaniu, wspominaniu i wspólnym piciu piwa. Tyle, że to ostatnie jakoś nam znacznie słabiej wychodzi niż ongiś bywało… Czas zdecydowanie za szybko pędzi.

………………………………………………………………………………………………………………………..

Na czas zimy zazwyczaj zamieniam się w niedźwiedzia, ziąb powoduje u mnie pewnego rodzaju paraliż, który zanika wraz z wydłużeniem dnia i zwiększeniem się dawki słońca. Jako, że czas zmieniliśmy już dwa tygodnie temu, zdarzały się dni, że temperatura przekroczyła 10 stopni, większość śniegu w Toronto już stopniała, niektórzy kajakarze wyruszyli na wody – wygląda na to, że wiosna jednak nadchodzi… Wprawdzie w pierwszy jej oficjalny dzień w Toronto było kolo pięciu stopni poniżej zera, ale przynajmniej nie padał śnieg i było słonecznie. Dzisiaj udało nam się rozpocząć kolejny sezon wycieczek poza miasto. Przez te kilka lat udało nam się zjeździć i schodzić całkiem sporo różnych parków prowincjonalnych, rezerwatów przyrody i innych takich.

Dzisiejsza wycieczka była, dla mnie, wycieczką w nieznane. K. wybrał miejsce do którego mieliśmy jechać a ja o celu wyprawy miałam się dowiedzieć dopiero na miejscu. Założenie było takie, że pojedziemy i pochodzimy a poza tym zrobim sobie coś na kształt pikniku. Załadowaliśmyróżnoraki sprzęt typu kuchenka, czajnik, garnuszki i konserwy oraz inne przekąski. Poza tym osobny kosz rzeczy dla psa: smycz rozciągana, szelki do przypięcia pasów w aucie, szelki do chodzenia, ręcznik, miska, zbiornik z wodą, worki na kupy, woda w karnistrze oraz osłona na siedzenia. Potem się okazało, że wprawdzie zabraliśmy różne sprzęty do obsługi psa, ale żadne z nas nie wzięło mu ani ciasteczek, ani jedzenia ani nawet marchewki czy jabłka. No ale wyszliśmy z wprawy przez zimę, następnym razem będzie lepiej.

Pojechaliśmy na wschód, odkrywając przy okazji całkiem dobry dojazd do autostrady. Jechaliśmy sobie autostradą 401, główną trasą łączącą Montreal, Ottawę i Toronto. Po jakimś czasie zjechaliśmy na północ i przez jakiś czas jechaliśmy na północny wschód. Przejechaliśmy przez Peterborough, malowniczy region Kawartha Lakes, Lakeside i inne malownicze dziury aż w końcu dotarliśmy do celu wyprawy, którym okazał się Petroglyphs Provincial Park. Kiedy podjechaliśmy pod bramę parku, okazało się, że brama do parku jest zamknięta na łańcuch. Nie byliśmy jedynimi którzy się spotkali z takim przywitaniem, niektórzy zawracali z powrotem, a niektórzy sobie przechodzili koło bramy i spacerowali dalej. My też tak postanowiliśmy zrobić. Wzieliśmy psa, dwa banany i ruszyliśmy szlakiem. Po drodze K. mi powiedział, że ten park jest dlatego niezwykły, że znajdują się w nim bardzo cenne i niezwykłe malowidła indiańskie na skałach. Udało nam się znaleźć mapkę, z której wynikało że do tych malowideł jest jakieś 3 km tak więc zdecydowaliśmy się na spacer. W parku jeszcze zdecdowanie zima górowała nad wiosną, jezioro zamarznięte i było całkiem sporo śniegu. Temperatura też zdecydowanie niższa niż w Toronto a słońce też dosyć nieśmiałe. Najważniejsze, że nie padało i że byliśmy w koncu poza miastem. Szliśmy sobie tak spokojnie delektując się ciszą i zapachami lasu kiedy nagle zza pleców dobiegł nas odgłos i kroki biegnącego zwierza. Odwrócliśmy się przerażeni i naszym oczom ukazał się… brązowy labrador z wywieszonym jęzorem i niejakim zmieszaniem na twarzy. Obwąchał nas i stwierdził, że świetnie nadajemy się na kompanów wyprawy. Szedł z nami co jakiś czas biegnąc do przodu, wąchając i szukając, ale caly czas trzymał się nas kurczowo. Ja oczywiście zaczęłam sobie wyobrażać najróżniejsze scenariusze. Najpierw pomyślałam, że ktoś przyjechał do lasu i wyrzucił psa i sobie pojechał. Potem, że pies się zgubił i na pewno jego właściciele już sobie pojechali, potem że może to pies ze wsi, który wybrał się „na zolyty”… Tak sobie szliśmy w czwórkę i ja już oczyma wyobraźni widziałam, jak nie ma nikogo kto psa chce zabrać i my lądujemy w domu z dwoma labami…. W każdym razie nasz pies się z przybłędą całkiem dobrze dogadywał choć był zazdrosny. Udało nam się dojść do miejsca gdzie miały być malowidła, gdzie się okazało że nic z tego, nie wejdziemy bo malowidła były w budynku, który był zamknięty a budynek był na terenie który był zamknięty a na który nie można było wchodzić zpsami, ze względów religijnych. Tak więc ruszyliśmy w drogę powrotną kiedy przyjechali dwaj zabłoceni rowerzyści. Jak nas zobaczyli to zaczęli krzyczeć „Beaver! Beaver!”

aimg_1129

Beaver

Okazało się, że nasz przypadkowy towarzysz miał tak właśnie na imię i ponoć od dluższego czasu jest poszukiwany przez grupę ludzi. Uradowani,że jednak ktoś na psa czeka ruszyliśmy w drogę powrotną. Pies się nas cały czas trzymał i razem doszliśmy do parkingu przed wjazdem do parku, gdzie rzeczywiście stała Beaverowa pani. Pies jak ją zobaczył radośnie ruszył w jej stronę, a pani była wyraźnie wzruszona. Wraz z nią stał duży brodaty człowiek, który też pomrukiwał radośnie. Okazało się, że Beaver musiał się zgubić chwilę przedtem zanim nas napotkał bo ci ludzie szukali go przez jakieś dwie godziny, czyli tyle ile nam mniej więcej zajął ten spacer. Pani nam wielce dziękowała, mówiła że rowerzyści juz jej powiedzieli że psa znaleźliśmy i czekała z brodaczem aż dojdziemy. Brodacz był jej znajomym który przyechał w odwiedziny z Pittsburgha i też nam wielokrotnie dziękował, że uratowaliśmy im weekend. Pies został od razu załadowany do auta, choć nie sądzę żeby jeszcze miał ochotę spacerować. My sobie jeszcze porozmawialiśmy z tymi bardzo sympatycznymi ludźmi, wymienili się obserwacjami na temat czworonogów a na pożegnanie zostaliśmy serdecznie wyściskani przez panią Beavera. Po drodze do Toronto chcieliśmy się zatrzymać i zrobić mały piknik, ale zrobiło się już za zimno żeby siedzieć na polu, poza tym niesamowicie wialo od rzeki. Musimy się tam koneicznie wybrać jeszcze raz, ale po maju i bez psa. Niestety nie można robić zdjęć malowidłom, ale przynajmniej mam nadzieję że uda nam się je zobaczyć. I takim oto happy endem zakończyła nam się pierwsza tego sezonu wyprawa za miasto.

Dziś był najcieplejszy dzień w tym roku – ponad 4 stopnie C, w słońcu pewnie jeszcze więcej. Postanowiliśmy to wykorzystać i udaliśmy się z psem nad jezioro. Jako jeden z nielicznych sierściuchów, nie zważajac na chłód i otaczający nas śnieg, raźno ruszył do wody.  Wszystkim nam dobrze zrobił spacer w słońcu i temperaturze powyżej zera. Oby takich jak najwięcej!

A tak poza tym to przymierzam się do napisania czegoś bardziej treściwego, ale niestety ostatnio mi to słabo wychodzi…

Nie mogę się oprzeć – oto pokaz pląsów najszczęśliwszego psa podczas spaceru w pobliskim parku. Niestety nie udało mi się uchwycić chwili kiedy nasz wodny pies wlazł do strumyka. Zamoczył sobie łapy i podwozie i potem mu było trochę zimno, ale czegóż się nie robi żeby choć na chwilkę wejść do wody…

I to chwilowo byłoby na tyle. Miłego tygodnia życzę wszystkim.

Older Posts »