Feeds:
Posts
Comments

egzaminy

Siedzę sobie na dole pod nieco obeschniętą choinką, dziecko śpi w koszyku obok, pies chrapie na podłodze obok koszyka a mąż halasuje w piwnicy. Jak dobrze, że przez większą część ciąży w naszym domu cały czas kręciły się jakieś remonty, pracowały różne maszyny, wyły piły i inne takie bo teraz nasze dziecko potrafi spać przy huku odkurzacza przemysłowego i grubościówki, piły czy innego pieroństwa. Do tego dodać można głęboki sen rodziców, który mam nadzieję odziedziczyła i mieć nadzieję, że jej spanie w takich warunkach dalej będzie dobrze wychodziło. Inna sprawa, że jest nieco zmęczona całym dniem, który dla nas wszystkich był dosyć trudny.

Odkąd się Mała urodziła, tylko raz zostawiłam ją na kilka godzin z K, o czym zresztą wspominał u siebie na blogu. Poza tym jednym wypadem cały czas jesteśmy razem. Dziś natomiast musiałam ją zostawić na dłużej, a zostawiając nie wiedziałam dokładnie o której będziemy z powrotem. Do tego nie zostawiałam jej w domu, z K, tylko zawieźliśmy ją do Szwagierki która się dzielnie zaoferowała opiekować bratanicą, kiedy my będziemy zdawać egzamin na obywatela Kanady. Sam egzamin okazał się być łatwiejszy niż się spodziewałam i myślę, że zdołałam odpowiedzieć poprawnie na 15 z 20 pytań. A jak nie, to będzie obciach potworny. Egzamin był na podstawie książeczki wydanej przez Ministerswo Imigracji, która zawiera najważniejsze fakty z historii, geografii, kultury, praw i obowiązków obywateli. Zaintersowani mogą sobie tę książeczkę zobaczyć tutaj. Książeczka niby nie jest gruba, ale jest tam trochę nazwisk i dat, więc jakby egzaminatorzy wzięli przykład z polskich nauczycieli historii to można byłoby z tego przygotować narzędzie do odsiewania znacznej ilości egzaminowanych. Na szczęście egzamin przygotowywano tutaj i jeśli ktoś książeczkę przeczytał i zna angielski na tyle żeby pytania zrozumieć, to nie miał problemu żeby sobie poradzić. Jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić swoją wiedzę na temat Kanady to zapraszam na tę stronę, gdzie są pytania podobne do tych które się pojawiły dzisiaj. Trzeba tylko wybrać prowincję w której się mieszka, bo niektóre z pytań są zależne od miejsca zamieszkania. Poza egzaminem, każdy kandydat na obywatela musi przejść przez krótką rozmowę z urzędnikiem/-czką i odpowiedzieć na parę podstawych pytań na temat pracy, daty przyjazdu do Kanady itp. Rozmowa ta ma na celu sprawdzenie, czy kandydaci potrafią się porozumiewać w jednym z urzędowych języków Kanady. Ponieważ wszyscy siedzieli w tej samej sali co urzędnicy przepytujący, można było podsłuchac i poobserwować cały proces. Większość kandydatów była z różnych krajów azjatyckich, głównie Chin i Indii, było kilka osób z Filipin, krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu. Wśród urzęników była jedna kobieta, która była najbardziej urzędowa i najbardziej oschła w swojej rozmowie. Oczywiście nam się ta właśnie pani trafila, ale nie mieliśmy problemów żeby przekonać ją, że jednak się potrafimy porozumiewać po angielsku. Pani urzędniczka od razu skojarzyła mi się z kobietą z którą mieliśmy do czynienia w ambasadzie kanadyjskiej w Ankarze, kiedy to staraliśmy się o wizę studencką dla K i pracowniczą dla mnie. Było to nasze pierwsze zetknięcie z kanadyjską imigracją i niestety nie było bardzo przyjemne. Musieliśmy się nieźle postarać żeby te wizy dostać, ale to temat na zupełnie inny wpis. Po przepytaniu wszystkich obecnych na sali, rozdano nam książeczki z pytaniami i mieliśmy 30 minut na odpowiedź. Na wyniki z egzaminu na obywateli musimy czekać jeszcze kilka miesięcy. Jeśli zdaliśmy to przed nami ceremonia uroczystej przysięgi i wręczenie dokumentów potwierdzających obywatelstwo. A potem zaraz wycieczka do urzędu paszportowego…

Przez całą tę naszą nieobecność od Małej udało mi się nie zadzwonić ani razu do Szwagierki z pytaniem jak im idzie, chociaż muszę przyznać, że kilka razy mnie ręka świerzbiła i miałam wielką ochotę się dowiedzieć jak sobie radzą. Jednak się powstrzymałam i przekonałam samą siebie, że mi to nic nie da, bo jak sobie nie radzą to i tak nie będę mogła natychmiast wracać do domu a będę się tylko bardziej denerwować. Tak więc jestem z siebie dumna, że ten trudny egzamin przeszłam zwycięsko. Po powrocie do domu okazało się, że Mała też bardzo dzielnie się zachowała i dała się nakarmić z butelki, przewinąć i zabawiała się w swojej “trzęsawce”. Ponoć nawet miała okazję pogadać przez skype z dziadkami w Polsce i dowiedzieć się co u nich nowego słychać. A ciocia też się świetnie sprawdziła w roli opiekunki i oferuje się na przyszłość.

Po powrocie do domu okazalo się, że telefon nie działa i nie ma sygnału. K zadzwonił do firmy telefonicznej, gdzie powiedzieli że u nich wszystko wygląda w porządku i że usterka pewnie jest u nas. Jeśli chcemy to poślą technika, ale jeśli awaria jest u nas, musimy zapłacić jakieś 100 dolarów. K zbadał sytuację, wsiadł w auto i pojechał do Home Depot gdzie nabył kabel telefoniczny i po powrocie do domu szybko i sprawnie usterke naprawił. Niniejszym egzamin na technika telekomunikacji ma zaliczony.

W związku z tym wszystkim jestem z nas wszystkich dumna i idę popatrzeć co grają w kinach…

A na deser zdjęcie Małej uśpionej dźwiękiem piły tarczowej…

nowości

Właściwie to już nie takie nowości, bo Res Varia zdążył już ogłosić u siebie, ale co tam, tu jeszcze nie było nic na ten temat, więc mogę sobie taki tytuł nadać. Tak więc 31 października w naszej rodzinie pojawiła się mała istota, którą nazwaliśmy Matilda. Dzisiaj mija siedem tygodni odkąd jesteśmy razem, a ja nie wiem kiedy ten czas przeleciał i jak to się stało że za tydzień są Święta. Sporo tematów mi chodzi po głowie, które bym tu chciała poruszyć, ale jakoś tak się dzieje, że jak mam pomysł na wpis to nie mam czasu. A teraz jak sobie usiadłam na chwilę z laptopem to jakoś wszystkie myśli mi się rozbiegły. W każdym razie myślę, że ten blog nie zamieni się w blog tylko na temat matkowania, ale nie da się ukryć, że chwilowo jest to rzecz która mnie pochłania w znacznej części.  Poza tym odkrywam zupełnie inny wymiar kanadyjskiej rzeczywistości o której wcześniej nie miałam pojęcia. Część tych moich odkryć na pewno tu się znajdzie bo myślę, że mogą być ciekawe dla tych którzy mieszkają w innych częściach świata. Do tej pory kontakt z tutejszą służbą zdrowia ograniczał się do kontrolnych wizyt u lekarza domowego, a odkąd byłam w ciąży zaliczyłam niezliczone wizyty w szpitalach, klinikach i innych tego typu przybytkach i jak na razie zapowiada się, że te wizyty będą się dalej regularnie odbywać.   Liczne wizyty u lekarzy, w szpitalach, u specjalistów i położnych dały mi okazję żeby poznać nieco bliżej słynną kanadyjską służbę zdrowia oraz spotkać mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy przy okazji są specjalistami w różnych dziedzinach, ale głównie po prostu ludźmi. Ludźmi, którzy pacjentów nie traktują jak nachalnych petentów, ale też jako równych sobie ludzi. Sama nie wiem od czego zacząć, więc chyba najlepiej od początku jak wchodziliśmy w tę nową rzeczywistość.

Na początku ciąży zdecydowaliśmy się, że nie chcemy być pod opieką lekarza, zwanego tutaj w skrócie OB (obstetrician – ginekolog położnik), a chcemy znaleźć położną. Decyzję podjęliśmy po rozmowach ze znajomymi i tym co przeczytaliśmy w sieci. Głównym powodem było to, że OB mają bardzo mało czasu na to, żeby faktycznie się kobietą opiekować w czasie ciąży. Ponoć to pielęgniarki dokonują wszelkich pomiarów i przeprowadzają wywiad, a lekarz pojawia sie na chwilkę żeby odfajkować wizytę. Poza tym czas oczekiwania na wizytę jest zazwyczaj długi, mimo że się każdy umawia na konkretną godzinę. I w czasie porodu wcale nie ma gwarancji, że będzie akurat ten lekarz prowadzący, bo poród może przypaść na dyżur kogoś innego. Na temat położnych słyszeliśmy głównie pozytywne opinie i muszę przyznać ze sporo się sprawdziło.

Nam się udało dostać do kliniki położniczej niedaleko naszego domu, gdzie nam przydzielono dwie położne – Tracy, która była główną położną oraz Sarah, która była pomocnicza. Na początku chodziłam do nich raz na miesiąc i spotykałyśmy się na zmianę, raz z Tracy raz Sarah. Raz się zdarzyło że Sarah musiała jechać do porodu, więc miałam wizytę z inną położną z kliniki. Pod koniec ciąży wizyty były co dwa  tygodnie, a potem co tydzień, tak samo jak u lekarza. Położne mają uprawnienia do wypisywania skierowań na wszelkie badania krwi, USG itp więc wszystko to było też takie jak gdybym była pod opieką lekarza. Co mi się bardzo podobało to to, że wszystkie spotkania były bardzo punktualne bo najczęściej musiałam się zwalniać z pracy żeby iść na wizytę. Trwały też dosyć długo i zawsze był czas na pytania moje, czy też K który chodził ze mną na sporą część tych wizyt. Sama klinika też bardzo przyjazna i pozbawiona tej szpitalnej atmosfery, tak więc same plusy.

Od samego początku mieliśmy numer pagera naszych położnych i instrukcje kiedy mamy dzwonić gdyby się coś działo. Położne są dostępne 24 godziny na dobę podczas całej ciąży, poród a potem sześć tygodni po porodzie. Na szczęście w czasie ciąży nie musieliśmy z tej możliwości korzystać, ale po porodzie kilka razy dzwoniłam i zawsze odpowiadały na mój telefon w ciągu 10-15 minut. Muszę przyznać, że sama świadomość że można liczyć na fachową pomoc w momencie kiedy ma się w domu noworodka była bardzo budująca.

Kolejną rzeczą, która zdecydowała na kożyść położnych był fakt, ze wiedzieliśmy ze to właśnie Tracy albo Sarah bedą z nami w czasie porodu, a nie ktoś zupełnie przypadkowy. Przez te wszystkie wizyty, mieliśmy czas się poznać i oswoić ze sobą. Muszę przyznać, że w czasie porodu mi to dużo dało, że nie jakaś obca osoba, ale ktoś z kim się zdążyłam poznać i zżyć opiekuje się mną i dzieckiem w czasie porodu.

W dniu porodu Tracy najpierw była dostępna przez telefon w nocy a potem od rana do momentu jak się urodziła Matilda była cały czas z nami. Dzięki temu że rodziliśmy w szpitalu był też dostępny lekarz, z którym Tracy musiała się konsultować i który w końcu musiał przejąć pałeczkę i wyjąć małą, która okazała się być zbyt duża (4.690 kg!) żeby wyjść na świat naturalnie. Ale Tracy też była obecna w czasie operacji i nam dodawala otuchy i mówiła K co ma robić.

Po porodzie trzymali nas w szpitalu jedynie 36 godzin. Jako że lekarz przejął opiekę robiąc cesarkę, obie byłyśmy pod kontrolą szpitalną, ale i tak położne przyszły z wizytą dzień po porodzie i w dniu kiedy szłyśmy do domu. Potem miałam jeszcze cztery wizyty domowe i trzy wizyty u nich w klinice, plus całkiem sporo konsultacji przez telefon.  Muszę przyznać, że mi było wręcz smutno jak szłam na ostatnią wizytę bo wiedziałam, że będzie mi brakować nie tylko fachowej pomocy położnych ale też zwykłych rozmów, głównie z Tracy. No i faktycznie, brakuje, ale na szczęście są inni rozmówcy i motywacje do wyjścia z domu, ale o tym następnym razem.

Niedawno Res Varia pisał o naszym wyjeździe do Awendy, jednego z naszych ulubionych miejsc w Ontario. Nie będę się powtarzać, bo w sumie nic nowego nie mam do dodania, ale za to wstawię kilka fotek z tamtego weekendu. Przyznaję, że nieco je “podszopowałam”, ale wciąż odkrywam nowe możliwości tego programu i czasem się nie mogę oprzeć.

Za oknem pełnia lata, a u mnie wciąż straszą śniegi i lutowe krajobrazy. Pomyślałam sobie, że albo coś muszę napisać, albo to w ogóle nie ma sensu i czas zamknąć tego bloga. Tak więc zmobilizowałam siły przytłumione upałami oraz panującą wokoło mnie atmosferą remontową. Cały nasz dom ogarnął chaos i nic nie stoi ani nie leży na swoim miejscu, więc trudno się od tego wszystkiego odgrodzić i tworzyć sensowne wpisy na bloga. No ale dosyć tłumaczenia, do roboty, innej niż remonty czas się zabrać.

Niedawno atsanik pisała u siebie jak zdobywała szlify jako kierowca na preriach, więc pomyślałam, że napiszę jak to wygląda w Ontario, jako że każda prowincja ma swoje prawa i zasady szkolenia przyszłych kierowców, takich którzy wcześniej tego dokumentu ani umiejętności nie posiadali (i którzy o dziwo jeszcze na tym świecie istnieją).

Muszę przyznać że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego, żeby siąść za kierownicą i śmigać po drogach i bezdrożach polskich. Potem mieszkaliśmy w Turcji, gdzie perspektywa włączenia się w tamtejszy ruch drogowy była jeszcze bardziej przerażająca. W końcu zjawiliśmy się tutaj i mimo, że na początku słyszałam, że w Kanadzie się bez prawa jazdy i auta nie da funkcjonować, to całkiem sobie długo dawałam radę. Przez kilka lat mieszkaliśmy w centrum Toronto, wszędzie można było dojść na piechotę (przez jakiś czas do pracy miałam 2 minuty wolnego bardzo spaceru) albo dojechać niedoskonałym, ale zawsze, TTC. Na wycieczki poza miasto K wypożyczał i prowadził auto, co mu sprawiało radochę bo jako że nie mieliśmy własnego pojazdu nie było to bardzo częste, więc tym atrakcyjniejsze. W końcu sytuacja mnie zmusiła żeby wyrobić sobie prawo jazdy, ale nie dlatego że chciałam zacząć jeździć, ale dlatego że potrzebowałam dowód tożsamości upoważniający mnie do… zakupu piwa. Po tym jak się musiałam wracać do domu z Beer Store żeby wziąć paszport bo inaczej mi piwa nie sprzedadzą, po tym jak musieliśmy raz zrezygnować z posiedzenia w pubie bo pani kelnerka za nic nie sprzedała mi piwa, zdecydowałam że trzeba coś z tym zrobić.

Tak więc jakoś latem 2006 roku, udałam się do tzw. Test Centre żeby zdać egzamin teoretyczny z ruchu drogowego. Z tego co słyszałam o polskich testach, ten tutejszy wydał się być bardzo łatwy i logiczny. Przed testem trzeba sobie przeczytać książeczkę, ktora jest napisana w bardzo przystępny sposób, z dużą ilością obrazków ilustrujących różne zasady. Nie ma bezsensownego wkuwania budowy silnika czy absurdalnych sutacji, gdzie żadna z podanych odpowiedzi nie jest poprawna. Żeby zdać test, trzeba się wybrać do wyżej wspomnianego Test Centre, których jest w mieście kilka, ale wszystkie poza centrum Toronto. Na test z teorii nie trzeba się umawiac, tylko po prostu zgłosić kiedy się chce. Najpierw trzeba oczywiście zapłacić za test teoretyczny i pierwszy praktyczny, dać sobie sprawdzić oczy i zrobić zdjęcie. Potem trzeba poczekać w kolejce i wejść do pokoju gdzie siedzą pozostali kandydaci na kierowców. Test można zdawać po angielsku, francusku albo w kilku innych językach, między innymi po polsku. Nie ma ograniczenia czasowego, trzeba odpowiedziec na pytania, oddac pani, ktora skanuje papier z odpowiedziami i od razu mówi czy się zdało i ile było błędów. Po zaliczonym teście idzie się do okienka, gdzie się dostaje od razu tymczasowe prawo jazdy, a prawdziwe plastkiowe i ze zdjęciem (które upoważnia do zakupu piwa), przychodzi pocztą do domu za kilka tygodni. Tymczasowe prawo jazdy to wydruk z komputera potwierdzający dane kierowcy, numer prawa jazdy i kategorie, w tym wypadku jest to G1. I z takim papierkiem można już siadać za kierownicą…

Można siadać, ale oczywiście są ograniczenia – nie wolno jeździć samemu, trzeba mieć koło siebie doświadczonego kierowcę (poznaje się takiego po tym, że ma gwiazdki czerwone na swoim prawie jazdy) albo z instruktorem, nie wolno jeździć po autostradzie, nie wolno jeździć od północy do 5:00 rano (zdaje się), nie wolno wypić ani kropli alkoholu i coś tam pewnie jeszcze, ale nie pamiętam.

Kolejnym atapem jest egzamin G2 czyli pierwszy egzamin z praktycznej jazdy. Żeby na taki egzamin iść, trzeba odczekać rok od dnia kiedy się zdało na G1, albo skończyć kurs prawa jazdy i zdawać po 8 miesiącach od zdania teorii. Kurs to jakies 20 godzin z nudnym instruktorem plus jakies 25 (zdaje się, ale już nie pamiętam) godzin zegarowych na drodze. Na szczęście na kurs chodziłam z dwiema koleżankami, więc było to nieco bardziej znośne niż gdybym chodziła sama, ale i tak treść tego kursu można byłoby przekazać w jakieś dwie godziny może. Choć prawda jest taka, kursy są głównie skierowane do młodocianych kierowców, których trzeba nie tyle uczyć co uświadamiać im różne zagrożenia i wynikające z nich konsekwencje, z głównym naciskiem na prowadzenie po alkoholu. Kurs zaczełyśmy jakoś zimą i zanim się skończył i zanim zrobiłyśmy wszystkie godziny za kierownicą, była już wiosna. Oczywiście godzin na drodze zapewnionych w ramach kursu nie było wystarczająco dużo, więc trzeba było sobie dokupić ekstra jazdy i trenować pod okiem doświadczonego kierowcy.

W końcu w lipcu 2007 przyszła wielkopomna chwila próby i godzina egzaminu na kategorię G2. Datę egzaminu i zarezerwowanie miejsca załatwił za mnie mój instruktor, Abdul Bari, wielce ciekawa osoba rodem z Afganistanu. Egzaminy praktyczne są tylko od poniedziałku do piątku, od 8:00 rano do 4:30 po południu. Tak więc żeby iść na egzamin trzeba się zwolnić z pracy, niestety. Sam egzamin nie trwa długo, jakies 15-20 minut i polega na tym, że trzeba się przejechać po głównej ulicy jakiejś, pojechać do dzielnicy mieszkalnej, zaparkować, zawrócić i wrócić bezpiecznie do punktu wyjazdu. W czasie kiedy delikwent wykonuje te wszystkie manewry, egzaminator siedzi obok z kartką i zaznacza ewentualne błędy. Żeby zdać, można zrobić ileśtam małych błędów, ale nie można żadnego poważniejszego (np nie zatrzymać sie na znaku Stop albo coś tego typu).

Kiedy się już bezpiecznie przywiezie egzaminatora do bazy, to przed wyjściem z auta mówi czy się zdało czy nie i ewentualnie co było nie tak. Dostaje się kopię karty egzaminacyjnej z którą się idzie do okienka, gdzie wydają znowu tymczasowe prawo jazdy G2 które jest ważne z plastikowym G1 które działa tylko jako dokument tożsamości.

Posiadacz G2 może już jezdzić sam po drogach wszelakich, włączając autostrady, o każdej porze dnia i nocy ale dalej bez kropli alkoholu we krwi. Jako że i tak nie piję nigdy jak mam jechać to to jedno ograniczenie mi w ogóle nie przeszkadzało. I tak od lipca 2007 roku kiedy dostałam G2, całkiem mi to wystarczało. Aż do wiosny tego roku, kiedy dostałam zawiadomienie, ze jak nie zdam ostatniego egzaminu przed upływem daty ważnosci mojego prawa jazdy, będę musiała całą imprezę powtarzać od nowa…

Zmobilizowałam więc wszystkie me siły i w czerwcu zadzwoniłam znowu do Abdula Bariego żeby się znowu umówić na jazdy bo do egzaminu trzeba nie tylko umieć jeździc, ale jeździć według wymagań egzaminatora. Teoretycznie, wszystkie egzaminy można zdawać z marszu, nie biorąc żadnych lekcji, ale trudno wtedy zdać za pierwszym razem bo jak się okazuje jest sporo różnych kruczek i zasad o których trudno się inaczej niż od instruktora dowiedzieć. Poza tym ciekawe jest to, ze instruktor może powiedzieć jakimi trasami egzaminatorzy jeżdzą, ale nie może taką trasą wraz z kursantem przejechać. Okazuje się, ze te ośrodki egazminacyjne mają swoich ludzi, którzy trasy egzaminów kontrolują i wlepiają kary instruktorom, którzy do zasad się nie stosują. Za pierwszym razem instruktor płaci 150.00 dolarów kary, ale jak się wykroczenie powtórzy, mogą mu zabrać licencję. A chodzi o to, żeby nie zagęszczać tras na których się zdaje egzaminy mnóstwem aut z kursantami. Zwłaszcza ze wchodzi w grę autostrada i dzielnica mieszkanowa z domkam, gdzie mieszkańcy pewnie nie byliby zbyt szcześliwi, gdyby o każdej porze dnia kręcily się stada aspirujących kierowców uczących sie parkować wzdłuż małych uliczek. Tak więc spędziłam kilka letnich i upalnych godzin włócząc się starą Toyotą po wschodnim Toronto, pogłębiając tajniki jazdy “pod egzaminatora” i rozmawiając z Abdulem Barim na wszelakie tematy. Muszę przyznać, że ciekawe to były rozmowy bo nie często mam okazje rozmawiać z kimś z Afganistanu, do tego z osobą wykształconą i choć religijną, mającą często dosyć trzeźwe spojrzenie na wiele spraw związanych z Afganistanem i jego religią.

W końcu trzeba było się zdecydować na próbę ogniową i podjeść do egzaminu, zwłaszcza ze do upływu terminu mojego prawa jazdy było coraz mniej czasu. Jak się obleje egzamin, to kolejny można zdawać dopiero za 10 dni, więc miałam czas na dwie próby przed końcem prawa jazdy. Ponoć byłaby możliwość przedłużyć jeszcze o trochę żeby móc podjeśc do jeszcze jednego, ostatniego egzaminu, ale na taką możliwość wolałam się nie nastawiać.

Za egzamin G trzeba zapłacić przy rezerwowaniu terminu, a kosztuje $75.00. Egzamin trwa jakies 20-30 minut i poza jazdą po mieście i parkowaniem, trzeba też przejechać kawałek po autosradzie. Trzeba na nią płynnie wjechać, zmienić pas dwa razy, zjechać i wjechać jeszcze raz i znowu zjechać i wrócić do punktu wyjścia. Brzmi bezproblemowo, ale jazda po autostradach w Toronto, niezależnie od pory dnia, bezproblemowa nie jest. Mój egzamin odbywał się na najruchliwszej, albo raczej zawsze zakorkowanej, autosradzie DVP która prowadzi z centrum Toronto do północnych sypialni i po drodze łączy się z kolejnym monstrum – autostradą 401 prowdzącą ze wschodu na zachód i odwrotnie. Tak więc na DVP jest zawsze ruch, mnóstwo ciężarówek i szalonych kierowców, którzy jeżdzą autem w ramach pracy, więc nie mają czasu ani cierpliwości dla świeżych szoferów którzy jeżdzą z przepisową prędkością i zachowują przepisowe odstępy pomiędzy autami. Jakimś cudem udało mi się to przeżyć, moj egzaminator okazał się być całkiem wyrozumiały i po 20 minutach byłam z powrotem i dostałam cenny papierek z zaznaczonym “passed”. I znowu tymczasowe prawo jazdy, pożgnanie z Abdulem Barim, którego autem podchodziłam do egzaminu i radość że mam to z głowy i dalej mam dokument upoważniający mnie do zakupu piwa i do tego mogę sobie to kupione piwo wypić i jechać dalej.

Na nastpępny dzień popędziłam do punktu Service Ontario, gdzie prawo jazdy przedłużyłam. Miałam nadzieję, że będę miała spokój na 5 lat, ale przedłużyli mi tylko na niecałe dwa lata – do daty moich urodzin w 2013 roku. Wszystkie dokumenty, które wymagają przedłużenia tak są wydawane, żeby ludziom łatwiej było pamiętać datę, kiedy muszą przedłuzyć rejestracje samochodowe (co rok), prawo jazdy (co 5 lat normalnie) i kartę ubezpieczenia zdrowotnego (tez co 5 lat). W każdym razie już nie muszę nic zdawać, co najważniejsze. Ponoć przy pierwszym przedłużeniu prawa jazdy kategorii G wydają tylko na dwa lata ale następne już będą na 5. Oby!

Z powyższego opisu cała akcja zdobywania prawa jazdy wygląda zapewne na niesłychanie skomplikowany i długi proces. Ale z drugiej strony, trzeba przyznać, że jest to bardzo przewidywalne i logiczne. Mi to się tak długo ciągnęło bo mi nie zależało, ale normalnie można to wszystko zrobić w niecałe dwa lata, a po roku już można normalnie jeździc. Poza tym wszystkie egzaminy są bardzo konkretne, z konkretnych zasad i umiejętności, egzaminatorzy maja akrusze na których zaznaczają błędy i nie mogą kogoś oblać za jakąś głupotę. Nie mogą kazać zrobić czegoś co jest niezgodne z prawem czy wprowadzać w błąd. Wydaje mi się, że tutejszy system sprawdza ludzi właśnie pod kątem ich umiejętności, znajomości zasad oraz bezpieczeństwa prowadzącego oraz pasażera. Jasne, że są ludzie, którzy poskramiają swoją agresję na drodze i zdają egzamin żeby potem szaleć i powodować wypadki, ale normalny, przeciętny osobnik, który nie ma takich zapędów może się nauczyć jeździć bezpiecznie, sprawdzić się na egzaminie i nie musi się stresować absurdalnymi wymaganiami egzaminatorów. Cieszę się, że egzamin zdawałam tutaj, a nie w Polsce, gdzie z tego co słyszę, ludzie zdają po kilka i kilkanaście razy bo egzaminator biega z linijką i mierzy odległość od chodnika, a na egzaminie z teorii może się okazać ze prawidłowa odpowiedź jest jedna, dwie, trzy albo żadna…

A na koniec, dla ubarwienia tego nieco przydługawego wpisu, kilka zdjęć z naszego letniego ogródka.

Za oknem ciemno, cały dzień był szary i bury, więc nie pozostało mi nic innego jak zabrać się za zdjęcia z ubiegłego weekendu. A jest za co się zabierać, bo weekend spędziłam bardzo fotograficznie. Męża i psa zostawiłam w domu i wraz z sześcioma osobami z klubu fotograficznego udalam sie na zimowy wypad do Pinery Provincial Park.

Wyjechaliśmy w piątek rano, a właściwie to wyjechałyśmy, bo jechałam vanem z dwiema kobietami. Po drodze zatrzymayłyśmy się w Stratford, miasteczku, które jest znane z corocznego festiwalu teatralnego. Do tej pory jakoś nie udało się nam tam dotrzeć, ale myślę że tam jeszcze pojadę. Jest sporo ciekawych knajpek, restauracji i atrakcyjnie wyglądających sklepów z antykami. Tym razem nie zwiedzałam żadnego z nich, bo nie byłam nastawiona na zakupy. Pochodziłyśmy chwilę po miasteczku i zjadły całkiem smaczny lunch, po którym wyruszyłyśmy w dalsza drogę.

Tym razem nas zaniosło do Goderich, miateczka nad jeziorem Huron. Tam obejrzałyśmy latarnię i wszechobecne zwały śniegu.

Po ataku na latarnię pojechałyśmy na południe, wzdłuż jeziora Huron do naszego docelowego miejsca, czyli Pinery Provincial Park.


View Larger Map

Kiedy byłyśmy już blisko, zadzwoniła do nas ekipa z drugiego vana, która się nieco zgubiła i nie mogła znaleźć naszych kwater. Chłopcy twierdzili, że nie było nikogo przy wjeździe parku i nie mieli jak wziąć map i przez to nie mogli trafić. Okazało się, że i owszem, nie było nikogo na bramce, ale mapy sobie grzecznie leżały i czekały aż się je weźmie. Udało nam się kolegów zaprowadzic na miejsce i zaczeło się rozlokowywanie w jurtach, gdzie miałyśmy spędzić najbliższe dwie noce.

Każda jurta jest wyposażona w dwa piętrowe łóżka, na których się w sumie może zmieścić 6 osób, bo dół łóżka się rozkłada na dwuosobową kanapę. Nas było cztery i każda miała dla siebie całe łóżko. Na szczęście w tym parku jurty są ogrzewane prądem, bo w niektórych są tylko piece na drewno i trzeba w środku nocy wstawać i dokładać do pieca. Tutaj nie tylko było ogrzewanie, ale też prąd, więc można było sobie robić herbatki i inne ciepłe napoje oraz ładować baterie do aparatów i innych sprzętów. Poza tym w wyposażeniu jurty jest wiaderko z mopem, miotła i szufelka, kosz, suszarka na naczynia, cztery krzesła i stół. A przed jurtą jest zadaszony grill i miejsce na ognisko. W odległości dwuch minut na piechotę była ogrzewana łazienka z gorącą wodą, prysznicami i wszystkimi koniecznymi wygodami. Okazało się, że mój pierwszy wyjazd na zimowy kamping okazał się być wyjazdem z wygodami, bo gdzie indziej zdarzają się tylko latryny a do ogrzewanego wychodka trzeba iść daleko albo jechać autem, albo też go wcale nie ma. Oczywiście bardzo mnie to uradowało bo spodziewałam się dużo gorszych warunków. Przygotowana byłam jak na wyjazd na bezludną wyspę, dużo jedzenia, wody, dużo grubych skarpet, spodni, kurtka puchowa, swetry i inna odzież do kombinowania warstwowego, opisane poniżej raki, pożyczone rakiety śnieżne i wiele innych rzeczy. Miałam też takie specjalne poduszeczki do ogrzewania rąk i nóg, jest to pakowane w woreczek, wyciąga się to w godzinie potrzeby i wkłada do rękawiczek albo butów. Trzyma to ciepło przez 7 godzin (wedle opisu na opakowaniu) i jest to popularne bardzo wśród narciarzy. Okazało się jednak, że sporo z tych rzeczy nie było mi potrzebne, bo weekend był całkiem ciepły.

W piątek na kolację były kiełbaski z grilla i sałatka przywieziona z domu, a potem wspólne siedzenie w naszej jurcie i pogawędka przy muzyce i różnorakich napojach.

W niedzielę udało nam się wstac całkiem szybko, pomimo tego, że nasza jurta była całkiem zaciemniona. Nie odsłoniłyśmy otworów okiennych bo przez nie potwornie wiało, więc rano obudziłyśmy się w prawie całkowitych ciemnościach. Okazało się że na zewnątrz jest bardzo ładne słonce, więc po śniadaniu poszłyśmy w trójkę na czterogodzinną wędrówkę po parku i szlakach. Reszta towarzystwa sie rozeszła w swoje strony i dobrze, bo łażenie w takiej dużej gromadzie jest uciążliwe.

Ja wdziałam pożyczone rakiety śnieżne i obładowane aparatami i statywami wyruszyłyśmy w drogę. Najperw zeszłyśmy na kanał który przedziela park na dwie części i tam spędziłyśmy trochę czasu nad wodą.

Old Ausable Channel

Potem ruszyłyśmy szlakiem cedrowym przez las do brzegu jeziora Huron. Szlak nie jest długi, ale przez częste przystanki zabrało nam to trochę. Przez większość drogi szlak był ubity i właściwie moje śniegowce (rakiety śnieżne) nie były niezbędne, tyle że mogłam sobie chodzić na przełaj i podziwiać nieprzetarte części parku. Dopiero nad jeziorem się śniegowce przydały bo śnieg w niektórych miejscach mial koło pół metra, także moje towarzyszki zapadały się po kolana.

Pinery jest znane z wydm i piaszczystych plaży. Ponoć dużo Polaków tam lubi jeździć bo kojarzy im się to miejsce z wydmami nad Bałtykiem. Krajobraz był niesamowity, bo wydmy były przysypane dużą warstwą sniegu, a piasek na brzegu jeziora tworzył niesamowite kształty, momentami wyglądało to jak na jakiejś Grenlandii albo innym Biegunie Północym.

Pinery Provincial Park

Pinery III

Pinery II

Po spacerze zjadłyśmy co nieco i pojechałyśmy, już w czwórkę, do pobliskiego miasteczka Grand Bend. Okazało się, że wszystko tam można było kupić, więc czułam się nieco rozczarowana, że jesteśmy tak blisko cywilizacji. W Grand Bend poszłyśmy na tamtejszą plażę, która też wyglądała jak z innej planety.

Grand Bend, Ontario

A potem pojechałyśmy na przejażdzkę drogami polnymi i napotkałyśmy takiego oto przemiłego osiołka.

6359_edit

W niedzielę się w miarę szybko zebraliśmy i spakowali wszystkie manatki. Niedaleko parku jest wodospad, więc wszyscy zgodnie przystali na pomysł odwiedzenia wodospadu zimą. Niestety dzień był bardzo ponury i szary i zdjęcia nie są zbyt ciekawe.

Rock Glen Falls

Po wodospadzie zjedliśmy lunch i powoli potoczyliśmy się do Toronto, gdzie było jeszcze bardziej szaro, buro i ponuro. Ale miło było wrócić do ciepłego domu, gdzie czekał na mnie K, pies i banana bread.

…jak mawia stare powiedzenie ludowe albo i nie ludowe. W tym roku wzięłam tę mądrość dosłownie i zaopatrzylam sie w coś takiego:

Można to mocno przypiąć do butów, zarówno naokoło kostki jak i do czubka buta, także nie powinno spadać podczas wędrówki po lodzie i udeptanym, przymarzniętym śniegu, bo do tego ma służyć. Ponoć “ludzie północy” jak się tu określa mieszkańców najzimniejszych części tego kraju, używają tego i się świetnie sprawdza. Produkt jest “made in Canada” więc tym bardziej się mi podoba. A do tego, można w razie potrzeby wymienić kolce na nowe i dalej szusować po śliskich powierzchniach. Tak więc luty mi teraz niegroźny, mam nadzieję że moje podkucia do butów sprawdzą sie w praktyce, jak przyjdzie pora. I po raz kolejny okazuje się, że ukochany sklep mojego męża ma też pożyteczne dla mnie produkty.

zima na wesoło

Kilka lat temu do walki z zimą i śniegiem w Toronto została wezwana armia, gdyż miasto sobie nie radziło. Przez długi czas to wydarzenie było obiektem żartów, zarówno Torontończyków jak i reszty Kanady. Pod wpływem tego incydentu powstał poniższy raport specjalny:



A skoro o zimie w mediach mowa, to zawsze o tej porze roku przypomina mi się poniższa reklama, świetnie oddaje obecne nastroje (wydaje mi się że resvaria u siebie kiedyś to zamieszczał, ale nie mogę się powstrzymać):



I jeszcze jeden hit sezonu:



Oby do wiosny!

Od kilku dni zima trzaska srogimi mrozami i co jakiś czas posypuje świeżym śniegiem. Przez większą część stycznia krajobraz w Toronto wygląda jak poniżej.

Chodnik przed domem odśnieżamy na zmianę z K, całkiem to miła gimnastyka. Raz wyręczył nas młody chłopak, gdzieś okolo 13-14 lat, który z łopatą pod pachą spacerował od domu do domu i oferował się, że odśnieży chodnik za 2 dolary. Akurat wróciłam do domu z pracy i szłam na spacer z psem, więc nie bardzo mi się jeszcze chciało machać łopatą, więc przystałam na jego ofertę. Poza tym stwierdziłam, że należy mu dać zarobić, skoro pofatygował się sprzed telewizora czy innego sprzętu grająco-rozrywkowego i stwierdził, że pójdzie zarobić trochę grosza. Nie wiem ilu sąsiadów poszło na ten inters, ale mam nadzieję ze wysiłek mu się opłacił i że nie znięchęcił się do pracy zarobkowej.

Wczoraj po raz pierwszy w tym roku i sezonie zimowym udało nam się wybrać na łyżwy. Pojechaliśmy do Etobicoke, gdzie kilka tygodni temu otwarto ścieżkę lodową. Jest to świetny pomysł, bo znacznie ciekawiej się jeździ po czymś takim, niż po normalnym lodowisku. Zdecydowanie mogłoby to być nieco dłuższe i szersze bo robiły się momentami korki, zwłaszcza jak jechali rodzice z dzieckiem pomędzy nimi. Było dosyć mroźno bo lodowa ścieżka jest blisko jeziora, od którego wiało dosyć chłodnym wiatrem, ale i tak dzielnie machaliśmy łyżwami przez dwie godziny.

Dzisiaj termometr wskazywał jakieś -19 stopni, ale świeciło śliczne słońce, więc po dosyć długich wahaniach zdecydowałam się na spacer nad jezioro. Zadzwoniłam do klubowej koleżanki i wspólnie polowałyśmy na różne ciekawe obiekty do fotografowania. Spacerowałyśmy ponadz 2 i pół godziny, więc nieco mi twarz zmarzła, ale warto było. Przypomniałam sobie miejsce, gdzie byłam tylko raz i to dobrych kilka lat temu i do tego latem, kiedy nad jeziorem jest wszędzie mnóstwo ludzi. Teraz było bardzo spokojnie, mnóstwo ptaków, kaczki, łabędzie i zamarznięte jezioro Ontario. A na koniec załapałyśmy się na zachód słońca.

W ubiegłym roku postanowiłam założyć, że zimę muszę polubić bo trwa tu jednak dosyć długo. W tym roku staram się trzymać tego postanowienia i chociaż nie udało nam się jeszcze dojść na łyżwy, sporo czasu spędzam na zewnątrz, tym razem z aparatem. W komputerze mam mnóstwo zdjęć, które muszę jakoś ucywilizować i nieco dopracować. Tak więc skoro mi pisanie niezbyt ostatnio idzie, to może mi się uda wstawić nieco więcej zdjęć. Na początek trochę zdjęć z niedzielnej wyprawy po sprzęt, który teraz halasuje w piwnicy, a której to już wspomniał K u siebie.

Niestety, pogoda była dosyć pochmurna, więc zdjęcia też tak troche szarawo wyszły.

Plantacja tytoniu w Ontario:

Młyn w Otterville


wodospad na rzeczce przy młynie:


przydrożne drzewo:

stodoła z sercem


Wesołych Świąt

Older Posts »

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.