Za oknem pełnia lata, a u mnie wciąż straszą śniegi i lutowe krajobrazy. Pomyślałam sobie, że albo coś muszę napisać, albo to w ogóle nie ma sensu i czas zamknąć tego bloga. Tak więc zmobilizowałam siły przytłumione upałami oraz panującą wokoło mnie atmosferą remontową. Cały nasz dom ogarnął chaos i nic nie stoi ani nie leży na swoim miejscu, więc trudno się od tego wszystkiego odgrodzić i tworzyć sensowne wpisy na bloga. No ale dosyć tłumaczenia, do roboty, innej niż remonty czas się zabrać.
Niedawno atsanik pisała u siebie jak zdobywała szlify jako kierowca na preriach, więc pomyślałam, że napiszę jak to wygląda w Ontario, jako że każda prowincja ma swoje prawa i zasady szkolenia przyszłych kierowców, takich którzy wcześniej tego dokumentu ani umiejętności nie posiadali (i którzy o dziwo jeszcze na tym świecie istnieją).
Muszę przyznać że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego, żeby siąść za kierownicą i śmigać po drogach i bezdrożach polskich. Potem mieszkaliśmy w Turcji, gdzie perspektywa włączenia się w tamtejszy ruch drogowy była jeszcze bardziej przerażająca. W końcu zjawiliśmy się tutaj i mimo, że na początku słyszałam, że w Kanadzie się bez prawa jazdy i auta nie da funkcjonować, to całkiem sobie długo dawałam radę. Przez kilka lat mieszkaliśmy w centrum Toronto, wszędzie można było dojść na piechotę (przez jakiś czas do pracy miałam 2 minuty wolnego bardzo spaceru) albo dojechać niedoskonałym, ale zawsze, TTC. Na wycieczki poza miasto K wypożyczał i prowadził auto, co mu sprawiało radochę bo jako że nie mieliśmy własnego pojazdu nie było to bardzo częste, więc tym atrakcyjniejsze. W końcu sytuacja mnie zmusiła żeby wyrobić sobie prawo jazdy, ale nie dlatego że chciałam zacząć jeździć, ale dlatego że potrzebowałam dowód tożsamości upoważniający mnie do… zakupu piwa. Po tym jak się musiałam wracać do domu z Beer Store żeby wziąć paszport bo inaczej mi piwa nie sprzedadzą, po tym jak musieliśmy raz zrezygnować z posiedzenia w pubie bo pani kelnerka za nic nie sprzedała mi piwa, zdecydowałam że trzeba coś z tym zrobić.
Tak więc jakoś latem 2006 roku, udałam się do tzw. Test Centre żeby zdać egzamin teoretyczny z ruchu drogowego. Z tego co słyszałam o polskich testach, ten tutejszy wydał się być bardzo łatwy i logiczny. Przed testem trzeba sobie przeczytać książeczkę, ktora jest napisana w bardzo przystępny sposób, z dużą ilością obrazków ilustrujących różne zasady. Nie ma bezsensownego wkuwania budowy silnika czy absurdalnych sutacji, gdzie żadna z podanych odpowiedzi nie jest poprawna. Żeby zdać test, trzeba się wybrać do wyżej wspomnianego Test Centre, których jest w mieście kilka, ale wszystkie poza centrum Toronto. Na test z teorii nie trzeba się umawiac, tylko po prostu zgłosić kiedy się chce. Najpierw trzeba oczywiście zapłacić za test teoretyczny i pierwszy praktyczny, dać sobie sprawdzić oczy i zrobić zdjęcie. Potem trzeba poczekać w kolejce i wejść do pokoju gdzie siedzą pozostali kandydaci na kierowców. Test można zdawać po angielsku, francusku albo w kilku innych językach, między innymi po polsku. Nie ma ograniczenia czasowego, trzeba odpowiedziec na pytania, oddac pani, ktora skanuje papier z odpowiedziami i od razu mówi czy się zdało i ile było błędów. Po zaliczonym teście idzie się do okienka, gdzie się dostaje od razu tymczasowe prawo jazdy, a prawdziwe plastkiowe i ze zdjęciem (które upoważnia do zakupu piwa), przychodzi pocztą do domu za kilka tygodni. Tymczasowe prawo jazdy to wydruk z komputera potwierdzający dane kierowcy, numer prawa jazdy i kategorie, w tym wypadku jest to G1. I z takim papierkiem można już siadać za kierownicą…
Można siadać, ale oczywiście są ograniczenia – nie wolno jeździć samemu, trzeba mieć koło siebie doświadczonego kierowcę (poznaje się takiego po tym, że ma gwiazdki czerwone na swoim prawie jazdy) albo z instruktorem, nie wolno jeździć po autostradzie, nie wolno jeździć od północy do 5:00 rano (zdaje się), nie wolno wypić ani kropli alkoholu i coś tam pewnie jeszcze, ale nie pamiętam.
Kolejnym atapem jest egzamin G2 czyli pierwszy egzamin z praktycznej jazdy. Żeby na taki egzamin iść, trzeba odczekać rok od dnia kiedy się zdało na G1, albo skończyć kurs prawa jazdy i zdawać po 8 miesiącach od zdania teorii. Kurs to jakies 20 godzin z nudnym instruktorem plus jakies 25 (zdaje się, ale już nie pamiętam) godzin zegarowych na drodze. Na szczęście na kurs chodziłam z dwiema koleżankami, więc było to nieco bardziej znośne niż gdybym chodziła sama, ale i tak treść tego kursu można byłoby przekazać w jakieś dwie godziny może. Choć prawda jest taka, kursy są głównie skierowane do młodocianych kierowców, których trzeba nie tyle uczyć co uświadamiać im różne zagrożenia i wynikające z nich konsekwencje, z głównym naciskiem na prowadzenie po alkoholu. Kurs zaczełyśmy jakoś zimą i zanim się skończył i zanim zrobiłyśmy wszystkie godziny za kierownicą, była już wiosna. Oczywiście godzin na drodze zapewnionych w ramach kursu nie było wystarczająco dużo, więc trzeba było sobie dokupić ekstra jazdy i trenować pod okiem doświadczonego kierowcy.
W końcu w lipcu 2007 przyszła wielkopomna chwila próby i godzina egzaminu na kategorię G2. Datę egzaminu i zarezerwowanie miejsca załatwił za mnie mój instruktor, Abdul Bari, wielce ciekawa osoba rodem z Afganistanu. Egzaminy praktyczne są tylko od poniedziałku do piątku, od 8:00 rano do 4:30 po południu. Tak więc żeby iść na egzamin trzeba się zwolnić z pracy, niestety. Sam egzamin nie trwa długo, jakies 15-20 minut i polega na tym, że trzeba się przejechać po głównej ulicy jakiejś, pojechać do dzielnicy mieszkalnej, zaparkować, zawrócić i wrócić bezpiecznie do punktu wyjazdu. W czasie kiedy delikwent wykonuje te wszystkie manewry, egzaminator siedzi obok z kartką i zaznacza ewentualne błędy. Żeby zdać, można zrobić ileśtam małych błędów, ale nie można żadnego poważniejszego (np nie zatrzymać sie na znaku Stop albo coś tego typu).
Kiedy się już bezpiecznie przywiezie egzaminatora do bazy, to przed wyjściem z auta mówi czy się zdało czy nie i ewentualnie co było nie tak. Dostaje się kopię karty egzaminacyjnej z którą się idzie do okienka, gdzie wydają znowu tymczasowe prawo jazdy G2 które jest ważne z plastikowym G1 które działa tylko jako dokument tożsamości.
Posiadacz G2 może już jezdzić sam po drogach wszelakich, włączając autostrady, o każdej porze dnia i nocy ale dalej bez kropli alkoholu we krwi. Jako że i tak nie piję nigdy jak mam jechać to to jedno ograniczenie mi w ogóle nie przeszkadzało. I tak od lipca 2007 roku kiedy dostałam G2, całkiem mi to wystarczało. Aż do wiosny tego roku, kiedy dostałam zawiadomienie, ze jak nie zdam ostatniego egzaminu przed upływem daty ważnosci mojego prawa jazdy, będę musiała całą imprezę powtarzać od nowa…
Zmobilizowałam więc wszystkie me siły i w czerwcu zadzwoniłam znowu do Abdula Bariego żeby się znowu umówić na jazdy bo do egzaminu trzeba nie tylko umieć jeździc, ale jeździć według wymagań egzaminatora. Teoretycznie, wszystkie egzaminy można zdawać z marszu, nie biorąc żadnych lekcji, ale trudno wtedy zdać za pierwszym razem bo jak się okazuje jest sporo różnych kruczek i zasad o których trudno się inaczej niż od instruktora dowiedzieć. Poza tym ciekawe jest to, ze instruktor może powiedzieć jakimi trasami egzaminatorzy jeżdzą, ale nie może taką trasą wraz z kursantem przejechać. Okazuje się, ze te ośrodki egazminacyjne mają swoich ludzi, którzy trasy egzaminów kontrolują i wlepiają kary instruktorom, którzy do zasad się nie stosują. Za pierwszym razem instruktor płaci 150.00 dolarów kary, ale jak się wykroczenie powtórzy, mogą mu zabrać licencję. A chodzi o to, żeby nie zagęszczać tras na których się zdaje egzaminy mnóstwem aut z kursantami. Zwłaszcza ze wchodzi w grę autostrada i dzielnica mieszkanowa z domkam, gdzie mieszkańcy pewnie nie byliby zbyt szcześliwi, gdyby o każdej porze dnia kręcily się stada aspirujących kierowców uczących sie parkować wzdłuż małych uliczek. Tak więc spędziłam kilka letnich i upalnych godzin włócząc się starą Toyotą po wschodnim Toronto, pogłębiając tajniki jazdy “pod egzaminatora” i rozmawiając z Abdulem Barim na wszelakie tematy. Muszę przyznać, że ciekawe to były rozmowy bo nie często mam okazje rozmawiać z kimś z Afganistanu, do tego z osobą wykształconą i choć religijną, mającą często dosyć trzeźwe spojrzenie na wiele spraw związanych z Afganistanem i jego religią.
W końcu trzeba było się zdecydować na próbę ogniową i podjeść do egzaminu, zwłaszcza ze do upływu terminu mojego prawa jazdy było coraz mniej czasu. Jak się obleje egzamin, to kolejny można zdawać dopiero za 10 dni, więc miałam czas na dwie próby przed końcem prawa jazdy. Ponoć byłaby możliwość przedłużyć jeszcze o trochę żeby móc podjeśc do jeszcze jednego, ostatniego egzaminu, ale na taką możliwość wolałam się nie nastawiać.
Za egzamin G trzeba zapłacić przy rezerwowaniu terminu, a kosztuje $75.00. Egzamin trwa jakies 20-30 minut i poza jazdą po mieście i parkowaniem, trzeba też przejechać kawałek po autosradzie. Trzeba na nią płynnie wjechać, zmienić pas dwa razy, zjechać i wjechać jeszcze raz i znowu zjechać i wrócić do punktu wyjścia. Brzmi bezproblemowo, ale jazda po autostradach w Toronto, niezależnie od pory dnia, bezproblemowa nie jest. Mój egzamin odbywał się na najruchliwszej, albo raczej zawsze zakorkowanej, autosradzie DVP która prowadzi z centrum Toronto do północnych sypialni i po drodze łączy się z kolejnym monstrum – autostradą 401 prowdzącą ze wschodu na zachód i odwrotnie. Tak więc na DVP jest zawsze ruch, mnóstwo ciężarówek i szalonych kierowców, którzy jeżdzą autem w ramach pracy, więc nie mają czasu ani cierpliwości dla świeżych szoferów którzy jeżdzą z przepisową prędkością i zachowują przepisowe odstępy pomiędzy autami. Jakimś cudem udało mi się to przeżyć, moj egzaminator okazał się być całkiem wyrozumiały i po 20 minutach byłam z powrotem i dostałam cenny papierek z zaznaczonym “passed”. I znowu tymczasowe prawo jazdy, pożgnanie z Abdulem Barim, którego autem podchodziłam do egzaminu i radość że mam to z głowy i dalej mam dokument upoważniający mnie do zakupu piwa i do tego mogę sobie to kupione piwo wypić i jechać dalej.
Na nastpępny dzień popędziłam do punktu Service Ontario, gdzie prawo jazdy przedłużyłam. Miałam nadzieję, że będę miała spokój na 5 lat, ale przedłużyli mi tylko na niecałe dwa lata – do daty moich urodzin w 2013 roku. Wszystkie dokumenty, które wymagają przedłużenia tak są wydawane, żeby ludziom łatwiej było pamiętać datę, kiedy muszą przedłuzyć rejestracje samochodowe (co rok), prawo jazdy (co 5 lat normalnie) i kartę ubezpieczenia zdrowotnego (tez co 5 lat). W każdym razie już nie muszę nic zdawać, co najważniejsze. Ponoć przy pierwszym przedłużeniu prawa jazdy kategorii G wydają tylko na dwa lata ale następne już będą na 5. Oby!
Z powyższego opisu cała akcja zdobywania prawa jazdy wygląda zapewne na niesłychanie skomplikowany i długi proces. Ale z drugiej strony, trzeba przyznać, że jest to bardzo przewidywalne i logiczne. Mi to się tak długo ciągnęło bo mi nie zależało, ale normalnie można to wszystko zrobić w niecałe dwa lata, a po roku już można normalnie jeździc. Poza tym wszystkie egzaminy są bardzo konkretne, z konkretnych zasad i umiejętności, egzaminatorzy maja akrusze na których zaznaczają błędy i nie mogą kogoś oblać za jakąś głupotę. Nie mogą kazać zrobić czegoś co jest niezgodne z prawem czy wprowadzać w błąd. Wydaje mi się, że tutejszy system sprawdza ludzi właśnie pod kątem ich umiejętności, znajomości zasad oraz bezpieczeństwa prowadzącego oraz pasażera. Jasne, że są ludzie, którzy poskramiają swoją agresję na drodze i zdają egzamin żeby potem szaleć i powodować wypadki, ale normalny, przeciętny osobnik, który nie ma takich zapędów może się nauczyć jeździć bezpiecznie, sprawdzić się na egzaminie i nie musi się stresować absurdalnymi wymaganiami egzaminatorów. Cieszę się, że egzamin zdawałam tutaj, a nie w Polsce, gdzie z tego co słyszę, ludzie zdają po kilka i kilkanaście razy bo egzaminator biega z linijką i mierzy odległość od chodnika, a na egzaminie z teorii może się okazać ze prawidłowa odpowiedź jest jedna, dwie, trzy albo żadna…
A na koniec, dla ubarwienia tego nieco przydługawego wpisu, kilka zdjęć z naszego letniego ogródka.


