Feed on
Posts
Comments

Odwiedziny Szwagierki sprowokowały nas do kilku wyjazdów za miasto. W ostatni weekend wybraliśmy się do nieśmiertelnej Niagary… Była to już nasza kolejna wycieczka w tamtą stronę, prawie zawsze z kimś przyjezdnym, poza pierwszym razem kiedy to nas tam zabrano w kilka dni po przyjeździe do Toronto. Był to pierwszy na prawdę słoneczny weekend bez zagrożenia opadami atmosferycznymi, do przewidzenia było więc że będzie dużo ludzi. Starałam się robć dobrą minę do złej gry, ale perspektywa tłumów mnie dosyć średnio pociągała. No ale cóż, słowo się rzekło…. Na szczęście udało nam się zapewnić sierściuchowi pobyt u znajomych z domem i ogrodem, więc przynajmniej ten problem mieliśmy z głowy. Odstawiliśmy go rano i ruszyli w trasę. Niedaleko za miastem okazało się, że jest objazd bo część autostrady jest remontowana. Im bliżej celu tym bardziej dochodziłam do wniosku że moje obawy były bardzo uzasadnione. W końcu udało nam się dotrzeć, chociaż zabrało nam to dużo więcej czasu niż dotychczasowe wyprawy w tamtą stronę. Zaparkowaliśmy auto na parkingu który jest nieco oddalony od centrum atrakcji, ale przynajmniej nie płaci się astronomicznych cen za postój, a do tego można znaleźć miejsce w miare łatwo i to w cieniu. Im bliżej byliśmy wodospadów tym ciaśniej się robiło.

tłumy na chodniczku wzdłuż barierek

Na trawnikach, niezbyt licznych po kanadyjskiej stronie wodospadu, porozkładane były głownie rodziny wielodzietne tudzież tulące się romantycznie pary. A było ich tyle, że trudno było dojrzeć zieleń trawy. Do barierki przy wodospadzie robiły się kolejki, to że zdjęcie trudno jest tam zrobić żeby nie mieć czyjejś ręki albo głowy w kadrze to już rzecz oczywista. Continue Reading »

Protest

Uroczyście i oficjalnie protestuję przeciwko zapominaniu o nas w Dniu Dziecka, dniu wszystkich którszy są dziećmi ze względu na swój wiek, tymi którzy są dziećmi bo mają rodziców i tymi którzy dziećmi zawsze będą bo chcą i tymi którzy nimi pozostają wbrew sobie. Wszelkie splendory związane z tym dniem spadają jedynie na tę pierwszą grupę i to mimo tego, że absolutnie sobie na nie nie zparacowała, co nie znaczy że nie zasłyżyła. A reszta nas? Cały czas jesteśmy dziećmi, dbamy o laurki i życzenia z okazji Dnia Mamy czy Taty, pielęgnujemy w sobie to co pozostało z naszej dziecęcego punktu widzenia, zmagamy się z tym żeby powaga dnia codziennego i wszystkie rzeczy które wypada nie wyparły z nas tej odrobiny naiwności i szaleństwa która pozwala nam cieszyć się drobiazgami. Dlatego też życzę sobie i wszystkim wszystkiego naj z Okazji Dnia Dziecka, abyśmy jak najdużej potrafili się nim cieszyć.

Dzisiaj w końcu pokazało się porządne słońce i człowiek (i pies) się w końcu mógł przyzwoicie przespacerwac, bez zamarzania i odmrażania kończyn górnych tudzież dolnych. Słoneczko bardzo wesoło przygrzewało, ptaszki śpiewały więc zdecydowałam się na spacer do East Chinatown, które leży bardzo blisko naszego domu.

east chinatown

Jest też w Toronto główne Chinatown, w zachodniej części centrum miasta, które jest znacznie większe, hałaśliwsze i bardziej zatłoczone od tego naszego. Obdywa miejsca są fascynujące pod względem różnorakich sklepów, restauracji, knajpek i straganów. Latem można tam nabyć najdziwniejsze owoce i warzywa, a cały rok jest to miejsce gdzie można zrobić najtańsze zakupy. Wprawdzie latem trzeba mieć sporo samozaparcia żeby niektóre z tych sklepów odwiedzić, jako że niektóre zapachy nie są zbyt zachęcające, ale niewątpliwie warto raz na jakiś czas te barierę pokonać. Tak więc wzięłam aparat i miałam szczerą nadzieję i chęć zrobienia tam trochę zdjęć, ale mimo że jest to jedno z najbarwniejszych miejsc w Toronto, nie zrobiłam ich za wiele jako że każde wyciągnięcie apartu budziło niezbyt przyjazne spojrzenia. Dosyć szybko zrezygnowałam i oddałam się wybieraniu smakowitych mango, truskawek i innej zieleniny. Może następnym razem będzie lepiej…

W środę nasza firma obchodziła Dzień Asystentki. Mimo, że juz dobre kilka lat pracuje w tym fachu, po raz pierwszy dowiedziałam się o tym dniu nie z wiadomości i internetu, że takie coś się gdzieś obchodzi, ale z maila zapraszającego wszystkich pracujących w tej roli w naszej firmie na śniadanie serwowane przez szefostwo. Już samo śniadanie było miłą niespodzianką, a kiedy po południu każdemu dostarczono do biurka małe pudełko czekoladek i kupon na $25 to już moje zdziwienie sięgnęło prawie zenitu. W piątek natomiast “nasi” prawnicy już zupełnie zbili mnie z tropu. Każda z nas dostała kwiatki i taki oto certyfikat:

Do wykorzystania po uzgodnieniu daty z szefostwem. Całkiem to mi się podoba.

17 grudnia 2007

2 stycznia 2008

10 lutego 2008

16 lutego 2008

a potem była burza śniegowa z piorunami i opady jakich to miasto nie widzialo od wielu lat. Zamiast wiosennych tulipanów i innych żonkili natura podarowała wszystkim kobietom kolejną dawke białego szaleństwa…

8 marca 2008

i 9 marca 2008, kiedy to miasto zamieniło się w miejscowość górską z saneczkarzami, narciarzami i innymi miłośnikami sportów zimowych. Niektórzy nawet zamiast aut parkowali narty pod domem…

Nie muszę dodawać, że wszyscy już mają nadzieję, że to już koniec na ten rok i u nas też zjawi się kiedyś wiosna…

przeprowadzki…

Już się nieco przyzwyczaiłam do tego domu, polubiłam okolicę, ustawiliśmy meble tak żeby pasowały, w ogródku posialiśmy trawę i posadzili różne ziola i mimo kilku minusów zaczęłam się czuć całkiem domowo. Aż nagle nasz właściciel postanowił dom sprzedać… Tak więc czeka nas przeprowadzka, kolejna w ciągu 12 miesięcy, piąta odkąd ponad cztery lata temu przyjechaliśmy do Toronto. Jakoś tak mamy szczęście do właścicieli którzy decydują się dom sprzedać akurat wtedy jak my w nim mieszkamy. Najpierw przez dom przewalają się pośrednicy nieruchomości, potem tłumy oglądających zainteresowanych, potem ci nieco bardziej zainteresowani przychodzą kilka razy, potem jak już kupią to znowu chcą zobaczyć co kupili, potem wysyłają na zwiady ekipę remontową, dekoratorów wnętrz i innych pożytecznych ludzi, którzy nam się kręcą po domu. Dlatego teraz nie przeprowadzamy się już do prywatnego domu, ale do bloku, zobaczymy jak będzie. Chociaż zawsze blok można sprzedać i zamienić na mieszkania prywatne…

Na szczęście udało nam się znaleźć mieszkanie w tej samej dzielnicy, ale przez to wszystko z wielką siłą uaktywniła się moja alergia największa – alergia na przeprowadzki, alergia która z każdą kolejną przeprowadzką coraz bardziej się powiększa, pogłębia i pogarsza. Już nie chodzi tylko o pakowanie za każdym razem większej ilości gratów, książek, płyt, muzyki, ubrań i rzeczy bez konkretnego przeznaczenia. Najgorsze jest w tym sortowanie, przebieranie, decydowanie, wyrzucanie, odstawianie, pozbywanie się tych rzeczy które nie wiadomo jak się gromadzą w zastraszającym tempie, bez których w sumie można by funkcjonować, ale jakoś tak się pojawiają i nie chcą zniknąć. Potem przez długi czas nie można się odnaleźć w labiryncie pudeł i worków, mebli porozkręcanych, które bezradnie stoją na środku mieszkanie i nie wiedzą gdzie się podziać i co z sobą zrobić. Jak ja nie lubię tego poczucia, że wszystko mi się wali, mój codzienny (nie)porządek się całkowicie zaburza i trzeba na nowo wszystko zorganizować. Nie wiem gdzie co jest i gdzie ma być i gubię się pomiędzy ręcznikami i skarpetkami. No cóż, pozostaje się pocieszyć myślą i zamiarem, że w nowym mieszkaniu pomieszkamy jakieś kilka lat. Tyle, że jakoś tego rodzaju pocieszene w tym momencie średnio na mnie działa…

2008

W Nowy Rok wkroczyłam w atmosferze padającego śniegu i rytmie wspaniałego jazzu, przy dzbankach piwa i rozmowach z przyjaciółmi. Rok zaczyna się od rozpoczęcia nowej pracy, pożegnania ze starą, czeka mnie szybkie pakowanie całego domostwa i kolejna przeprowadzka. Sporo tego, ale zapowiada się ciekawie, choć nie ukrywam, że twki we mnie nutka niepokoju jak to wszystko się potoczy. Albo raczej znacznie więcej niż jedna nutka…

Posted by Picasa

Jakoś jeszcze nie miałam okazji ani nastroju napisać o tegorocznych Świętach, które były niezwykłe pod każdym względem. Kiedy byliśmy w Turcji to jakoś staraliśmy przywołać wigilijne smaki. Była zupa z grzybów przemyconych w liście od Wspaniałej Teściowej, opłatki przysłane przez pamiętających, kapusta własnoręcznie kiszona i i co roku inna ryba, która zastępowała karpia, za którym zresztą nie przepadamy. Pełna improwizacja na podstawie rodzinnych przepisów z wykorzystaniem dostępnych tam materiałów. Wyniki smakowe były może nieco odmienne od tych pamiętanych z domu, ale zawsze miało to atmosferę i smak Wigilii.

W porównaniu z Turcja, Kanada jest rajem jeśli chodzi o przygotowywanie Wigilli po polsku. Wszystko można kupić, sprowadzić, nabyć, przyrządzić i zjeść jak tylko dusza zapragnie. Odkąd tu przyjechaliśmy staraliśmy się co roku przyrządzać Wigilię i zapraszaliśmy różnych znajomych żeby spróbowali jak smakują te niecodzienne potrawy. Wprawdzie wszystko było dostępne, ale jakoś brakowało tej magicznej atmosfery, być może dlatego, że w porównaniu z Turcją wszystko było takie łatwe i proste do osiągnięcia. Nie trzeba było kilka tygodni wcześniej myśleć o tym, że jak się nie zakisi kapusty to na Wigilie bedzie figa z daktylem (bo maku też nie było, zwłaszcza mielonego) a nie kapusta z grzybami, które też trzeba było odpowiednio wcześniej zdobyć. Były przygotowania do Świąt i same Święta były faktycznie czymś niezwykłym, bardzo odmiennym od otaczającej nas tureckiej rzeczywistości. Święta w Toronto już tej niezwykłości nie mają, bo świętowanie jest tutaj jednym z największych biznesów, którym się wszyscy zajmują od 1 listopada.

W tym roku było zupełnie inaczej. K. pojechał w odwiedziny do Polski, do swojej rodziny, a ja zostałam na straży naszego ogniska domowego i czworonogiego przyjaciela. Oszczędzone mi było przedświąteczne sprzątanie, zakupy i ogólna przedświąteczna gorączka. Wigilię spędziłam tym razem jako gośc, nie jako ugaszczająca. I to u gospodarzy którzy nigdy Wigilii nie przygotowywali. Ona jest z pochodzenia Niemką / Turczynką a on Meksykaninem. Dla niej Wigilia to w ogóle cos abstrakcyjnego a dla niego, jak wszystko inne, kojarzy się z tacos i innymi rodzajami mięsnych potraw. Tak więc wprawdzie mięso mi zostało oszczędzone, ale zostałam ugoszczona zupą pomidorową, lososiem zapiekanym z ziołami i solą, odgrzewanymi ziemniakami i modrą kapustą ze słoika. Kombinacja ciekawa, całkiem smaczna, ale jak bardzo niestandardowa. Chociaż jednak był polski akcent - „Ptasie Mleczko” i polskie galaretki w czekoladzie.

I w sumie już sama nie wiem czy tak bardzo mi brakowało, że nie miałam prawdziwej Wigilii w tym roku. Zdaję sobie sprawę, że jakbyśmy tu byli we dwoje to i tak nie byłoby tak, jakby miało być. Z kolei nie wyobrażam też sobie jechać razem na Święta do Polski bo nie da się podzielić trzech dni Świąt na cztery domy odzielone od siebie po 100 km albo i więcej, zwlaszcza że i i tak zawsze będą niezadowoleni bo Wigilia jest tylko jedna, a domy cztery. Spędzać następne Święta osobno też mi się nie podoba. Tak więc pozostaje pojechać sobie gdzieś daleko…

Jeszcze chyba nigdy tak bardzo się nie-przygotowywałam do Świąt. Choinki brak, gałązki zielonej niet, prezenty kupione w ilościach śladowych, żaden karp nie moczy się w wannie, kolędy kurzą się na półce, za oknem paskudna pogoda, żadne tam śniegu połacie. I wcale mi tego nie brakuje, o dziwo i zgrozo. Siedzę sobie leniwie, co jakiś czas zaglądam do lodówki i cieszę się zdobyczami nabytymi wczoraj w polskim sklepie. Przed oczami mam sceny które tam się wczoraj odgrywały i robi mi się jeszcze lepiej. Rodziny w komplecie na przedświątecznych zakupach to żywioł większy niż niejeden huragan. Większość małżonków kłóciła się jakie wędliny kupić, które czekoladki wybrać w ramach podarunku, dzieci wrzeszczące niemiłosiernie bo nerwowi rodzice nie dopuszczają ich do głosu przy wyborze łakoci. W rezultacie sklep opuszczają wszyscy jeszcze bardziej nerwowi, zmęczeni tłokiem i długimi kolejkami i absolutnie pozbawieni najmniejszej ochoty na jakiekolwiek Święta. A ja sobie siedzę w spokojnym domku, pies chrapie, muzyka sobie gra i jest mi w sumie całkiem dobrze. Gdyby jeszcze jutro nie trzeba było iść do pracy to już byłoby zupełnie wspaniale.

Król Zimy

Posted by Picasa

Older Posts »