I tak oto 5.5 tysiąca kilometrów późnie jesteśmy znów w Toronto. O wyprawie do Nowej Szkocji zaczęliśmy myśleć dwa lata temu, kiedy to byliśmy na Wyspie Księcia Edwarda, zwanej tu skrótowo PEI (Prince Edward Island), ale wtedy nam nie starczyło czasu. W tym roku skoncentrowaliśmy nasze siły na Nowej Szkocji a głównie na Wyspie Cape Breton i słynnym Cabot Trail. Przygotowania trwały jakiś czas – zbieranie informacji, podczytywanie przewodników, kompletowanie koniecznych sprzętów oraz szukanie psiego hotelu dla naszego czworonoga. Tutejsze psie hotele to temat na osobny wpis, ale w końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce i w poniedziałek, 21 lipca K. z siostrą zawieźli futrzaka na farmę. We wtorek ja szybciej zwolniłam się z pracy i udało nam się wyjechać spod domu o 16:45 z 14575 kilometrami na liczniku. Podczas całej wyprawy robiłam skrupulatnie notatki, łącznie z godzinami wyjazdów z różnych miejsc, przejechanymi kilometrami itp. Po raz pierwszy zaczęłam coś takiego robić podczas wyżej wspomnianego wyjazdu na PEI i teraz nam się to bardzo przydało podczas planowania tej wyprawy. Wiem, że różne serwisy mapowe itp podają te informacje, ale każdy ma swoje tempo i rytm jazdy i takich wypraw, więc tak sobie zawsze spisuję tego typu informacje plus różne inne notatki gdzie co i jak. No i potem też się to przydaje do pisanai notatek na blogu. K. swoją relację umieścił tutaj.
Założyliśmy sobie, że postaramy się dojechać do głównego celu wyprawy jak najszybciej żeby móc tam spędzić jak najwięcej czasu. Pierwszego dnia chcieliśmy przejechać Montreal wieczorem żeby uniknąć korków i jazdy w stylu śródziemnomorskim. Za każdym razem jak przejeżdżamy przez to miasto, utwierdzamy się w przekonaniu, że jeździ się tam zdecydowanie inaczej niż w Toronto. Kierowcy pędzą dużo szybciej, są nieprzywidywalni i nie zawsze przestrzegają zasad ruchu. Jakoś nam się to kojarzy z Turcją… W każdym razie udało nam się przedostać przez Montreal i zatrzymaliśmy się w motelu, który wcześniej K. wypatrzył. Blisko autostrady, dobry dojad, przystępne ceny, łazienka przyzwoita, więc wszystko w normie. Recepcjonista był zdecydowanie dużo mniej przyjazny niż jego kudłaty pies, który zresztą został zbesztany za to, że się chce z nami witać i macha ogonem.
We wtorek wstaliśmy później niż zamierzaliśmy, pewnie przez ponurą pogodę i ciemny trochę pokój. Przed 9 wyruszyliśmy w dalszą drogę w stronę Nowego Brunszwiku. Jazda przez Quebec jest całkiem przyjemna, autostrada prowadzi wzdłuż rzeki Świętego Wawrzyńca, więc widoki też się zdarzają przyzwoite. Kiedy wjechaliśmy do Nowego Brunszwiku, zatrzymaliśmy się w informacji turystycznej żeby zebrać jakieś przewodniki jako że spodziewaliśmy się, że kolejną noc tam właśnie spędzimy. Uwielbiam nowobrunszwickie informacje turystyczne! Już jak byliśmy tam dwa lata temu to się nimi zachwycałam a teraz to się tylko potwierdziło. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna i zna się na rzeczy. Bardzo sie starają zachęcić ludzi, żeby spędzili w ich prowincji więcej czasu niż zamierzali i myślę, że im się to często udaje. Jak byliśmy tam dwa lata temu to bardzo nam się podobało i chętnie tam wrócimy. Sporo ludzi zatrzymuje się tam tylko w drodze do Nowej Szkocji albo PEI, a zdecydowanie warto tam spędzić więcej czasu. Do Nowego Brunszwiku wjechaliśmy o 16:18 czasu wschodniego czyli o 17:18 czasu atlantyckiego. Trochę nam tej godziny brakowało podczas jazdy przez Nowy Brunszwik, bo nie dotarliśmy do jego granicy z Nową Szkocją. Autostrada przez całą prowincję jest odlotowa, moja ulubiona na tej trasie. Wjeżdza się na porządną, nową autostradę na północnym zachodzie prowincji i dojeżdża się nią do granicy z Nową Szkocją. Ruch jest dużo mniejszy niż w Quebecu, ludzie jeżdżą normalnie a prędkość dozwolona jest 110/h więc można szaleć.
Noclegu przyszło nam szukać w Moncton bo zjawiliśmy się tam już kolo 22:00. Nie udało nam się znaleźć motelu, który był wymieniony w przewodniku, drugi był pełny ale pani skierowała nas do trzeciego, bardziej hotelu. Tam mieli jakąś super promocję, więc postanowiliśmy skorzystać.
Wieczorem poszliśmy na spacer po Moncton, które okazało się być całkiem miłym miastem. Jak przeczytałam po powrocie do domu, jest to najszybciej rozwijające się miasto z przyległościami na wschód od Toronto. Samo miasto leży nad rzeką Petitcodiac, która wpada do zatoki Fundy (Bay of Fundy), słynnej z ogromnej różnicy pomiędzy poziomem wody w czasie przypływu i odpływu. Różnice w poziomie wody w oceanie mają też wpływ na wodę w rzece, która też ma przypływy i odpływy.
W czwartek znowu mieliśmy zamiar wstać wcześniej, ale jakoś nam zabrakło znowu tej godziny o którą zmienił się czas. Zjedliśmy śniadanie i wyjechaliśmy w dalszą drogę o 10:20. Za pół gdziny byliśmy już za granicą Nowej Szkocji, gdzie zatrzymaliśmy się znowu na tamtejszej informacji. Przed wyjazdem z Toronto zarezerwowaliśmy sobie nocleg na jednym z kampingów na samej północy Cape Breton. Myśleliśmy, że droga nam zajmie więcej i mieliśmy rezerwację dopiero od piątku, więc chcieliśmy upewnić się, że możemy zjawić się wcześniej. Okazało się, że dobrze że zadzwoniliśmy bo pani miała ostatnie wolne poletko na tę noc.
Jazda przez Nową Szkocję była wolniejsza niz przez Brunszwik. Szeroka autostrada bardzo szybko się skończyła i trzeba było jechać jednopasmową drogą, która rozszerzała się tylko na podjazdach pod górki. Po południu dojechaliśmy w końcu na wyspę Cape Breton. Zatrzymaliśmy się na pierwszy z całej serii seafood chowder, czyli zupę z ryb, krewetek, homara i tym podobnych przysmaków, zabielaną śmietaną. Jak to z lokalnymi przysmakami bywa, w każdej restauracji podawali inny chowder. Z czasem zaczęłam prowadzić ranking. Ten pierwszy, w Clean Wave Restaurant przy Wagmatcook Culture and Heritage Centre okazał się być jednym z lepszych a do tego do ceny nie naliczają tam podatku.
W miejscowości Ingonish wjechaliśmy na teren Parku Narodowego Cape Breton Highlands. Przez dłuższy czas jedzie się bardzo wąską i krętą drogą pomiędzy oceanem i górami. Widoki są niesamowite i w znacznej mierze przekroczyły moje oczekiwania. W sumie nic dziwnego, bo jak się sama przekonałam, oddać je wiernie na zdjęciach jest niesamowicie trudno. Dosyć długo wspinaliśmy się po tych dróżkach, już K. był zniecierpliwiony długą jazdą. W końcu dojechaliśmy do drogi prowadzącej do kampingu, który jest poza terenem parku. Jak już zwątpiewaliśmy, że kiedykolwiek dojedziemy, pojawiła się tabliczka „Nie desperuj, jesteś prawie na miejscu”. I rzeczywiście, za chwilę zobaczyliśmy przed sobą wjazd do kampingu. Była 18:39 i 2140 kilometrów od domu.
View Larger Map
Po rozbiciu się poszliśmy na spacer na plażę, jakieś 25 minut od kampingu. Nie było zupełnie nikogo oprócz nas, tylko ptaki, ocean i coś co wyglądało jak wieloryby z oddali, ale nie mieliśmy lornetki żeby im się przyjrzeć z bliska. Wypiliśmy piwo na plaży i poczuliśmy się na prawdę na wakacjach. Potem jeszcze sobie zrobiliśmy ognisko koło namiotu, zagryzali kabanosy i cieszyli się że dojechaliśmy na miejsce.
W piątek ruszyliśmy na szlak. Północną część wyspy zaczęliśmy poznawać nie od wizyty w parku, ale miejscowości Meat Cove, jedzie się tam jak na koniec świata. Sama osada ma 60 mieszkańców, którzy chyba nie mają za wiele kontaktu z resztą świata. Z Meat Cove wychodzi kilka szlaków które prowadzą na okoliczne góry. Szlaki nie są zaznaczone na żadnej mapie, trzeba korzystać z mapki ręcznie robionej przez miejscowych. Przeszliśmy się dwoma z nich. Jeden prowadził od restauracji do oceanu a drugi na górę porośniętą trawą. Potem żałowałam, że nie zdążyliśmy więcej z nich zobaczyć, bo są zdecydowanie mniej zaludnione i dużo bardziej dzikie niż szlaki w Parku Narodowym. Auto mieliśmy postawione koło restauracji, więc w drodze powrotnej weszliśmy żeby coś zjeśc. Ja mialam znowu chowder, ale był gorszy niż ten pierwszy.

W sobotę powitały nas chmury i deszcz. Do tego okazało się, że moja ladowarka do baterii aparatu padła z jakiegoś powodu i nie daje znaku życia. Wprawdzie miałam dwie zapasowe baterie, ale coż to jest na taką wyprawę. Nie ukrywam, że dosyć mi to skwasiło humor bo się nastawiałam na szaleństwo zdjęciowe. K. się dzielnie ofiarował, że mi odda swój aparat w razie wyczerpania wszystkich baterii, ale nie całkiem mnie to pocieszyło. Całą sobotę padało i kropiło, do tego od oceanu wiał potężny wiatr, więc dzień spędziliśmy objeżdżając okolicę autem. Odwiedziliśmy różne małe miejscowości dalej i bliżej szlaku. Widzieliśmy rybaków przy pracy, kilka przystani i latarnię w Neil’s Harbour, przy której była kolejna restauracja na naszej drodze. Chowder był przepyszny, do tego kanapka z homarem, pychota.
W miejscowości Red River wjechaliśmy na drogę, która zupełnie niespodziewanie zaprowadziła nas do… klasztoru buddyjskiego Gampo Abbey.Klasztor można zwiedzać pomiędzy 13:30 a 15:00 z przewodnikiem i cały dzień można wchodzić na jego teren. Nie zdecydowaliśmy się tym razem na zwiedzanie, jakoś tak się późno zrobiło.
Po drodze do namiotu przejeżdżaliśmy koło sklepu, który ogłaszał, że sprzedaje wyposażenie do aparatów cyfrowych. Niezbyt przekonana, że tam coś znajdę postanowiłam zapytać czy mają coś do moich baterii. Okazało się, że pani miała ładowarkę uniwersalną, która pasuje do wszystkich rodzajów baterii do aparatu. Pani pozwoliła nam spróbować czy moje baterie się ładują, czy działa tak jak trzeba I jak się okazało, że działa, to się bardzo ucieszyła a ja jeszcze bardziej . K. też odetchnął z ulgą, że nie będe marudzić i narzekać na brak sprzętu.
Cabot Trail słynie z tego, że jest tam mnóstwo łosi i można je bardzo łatwo spotkać I się im przyjrzeć. Oczywiście bardzo nam zależało na takim spotkaniu, więc wypytywaliśmy gdzie te łosie bywają. Wszyscy nam mówili, że trzeba być na szczytach gór albo rano albo o zmierzchu. Z tym zmierzchem też trzeba odpowiednio wycelować, bo nie powinno się jeździć bo Cabot Trail po ciemku gdyż wtedy łosie się tamtędy przechadzają I łatwo o wypadek. Ponoć te stworzenia, mimo olbrzymich gabarytów, nie grzeszą zbytnią inteligencją I na widok auta nie uciekaja, lecz stoją i się patrzą w zbliżające się światła. Ponoć wypadki z łosiami w roli głównej są dosyć częste, więc miejscowi ostrzegają turystów żeby po ciemku nie jeździć. Tak więc nie po ciemku, ale przed zmierzchem zaczęliśmy “polowanie” na łosie. Pojechaliśmy szlakiem na jedną z pobliskich gór I stanęliśmy na skraju drogi. Trochę poczekaliśmy, ale żadne czterokopytne stworzenie się nie zjawiło więc wróciliśmy do namiotu.
Niedziela była zdecydowanie najdłuższym dniem całego pobytu. Wstaliśmy wcześnie rano żeby zobaczyć wschód słońca, który miał niesamowicie wyglądać na plaży blisko namiotów. Wstaliśmy więc o porze dosyć niezwykłej dla nas bo o 4:20 I szybko się zwinęliśmy na plażę. Tam się okazało, że pewnie by ładnie ten wschód wyglądał, gdyby nie te chmury co wiszą na niebie… No ale I tak było uroczo, spokojnie i dziko, zupełnie inaczej niż o jakiejkolwiek innej porze dnia. Spotkaliśmy jeszcze jednego człowieka, który się wybrał z aparatem na wschód, ale też musiał się zadowolić czymś innym.

swiat przed 5:00 rano...
Po serii zdjęć z chmurami I mgłą pojechaliśmy do namiotu na śniadanie a potem na podbój Parku Narodowego. Do parku trzeba kupic pozwolenie, które jest ważne na jeden dzień plus do czwartej następnego dnia. Część szlaków jest taka, że trzeba na nich nocować, więc ludzie muszą mieć dosyć czasu żeby wrócić do aut. W całym parku jest 28 dłuższych I krótszych szlaków, po zachodniej I wschodniej części wyspy. Postanowiliśmy zacząc od zachodniej. Najpierw poszliśmy na krótki szlak na którym, wedle opisu, można było spotkać łosia, ale wcale się im nie dziwię, że nie chciały wychodzić przy takiej ilości ludzi. Potem poszliśmy na słynny szlak Skyline, którego opis zachęcił chyba wszystkich, którzy akurat byli w okolicy. Zachęcał pięknymi widokami i możliwością spotkania orłów, łosi i niedźwiedzi oraz oglądania wielorybów. Widoki rzeczywiście były niesamowite. Cały szlak zakończony jest takim drewnianym deptakiem, który prowadzi po bardzo wąskim grzbiecie góry. Kiedy szliśmy w tamtą stronę spotkaliśmy kilka osob, które nam mówiły, że widziały łosia albo łosie. W pewnym momencie zobaczyliśmy skupisko osób na ścieżce a starsza pani zaczęła do nas machać przykładając ręce do głowy i ewidentnie naśladując zwierzę rogate. No i zobaczyliśmy spokojnie żującego trawę łosia. Spokojnie sobie pałaszował trawkę czy inne listki kiedy grupka go podziwiających dwunogów coraz bardziej się powiększała. W końcu ktoś zaczął na niego cmokać, żeby się odwróciłi pokazał całe oblicze, więc łoś się wkurzył i sobie poszedł zostawiając nas z poczuciem niedosytu.
Wzdłuż całego Cabot Trail jest dużo punktów widokowych z których można podziwiać góry i ocean. Najczęściej było widać głównie mgłę nad chmurami I kawałki oceanu, ale I tak zatrzymywaliśmy się na każdym. Szlak jest też ulubionym miejscem motocyklistów – góry, zakręty, ciekawa trasa itp itd. Kiedy wyjeżdzaliśmy z jednego z takich punktów, z przeciwnej strony zza zakrętu wyjechało kilka motorów. Jeden z motorzystów wpadł na żwir i stracił kontrolę nad motorem. Wyleciał z niego a motor uderzył w nasze auto, a dokładnie tylny zderzak i lewą tylną felgę. Kiedy zobaczyłam jak leci, aż mi włosy stanęły dęba. Na szczęście nic mu się nie stało, choć nie wiem jakim cudem. Nam też się nic nie stało, ale cała przygoda nas kosztowała sporo nerwów. Motor okazał się być zupełnie nie do użytku gdyż rama się wygięła. Czekaliśmy razem z motorzystą I jego kumplami na przyjazd lawety gdyż nam policjant powiedział, że kierowca lawety może mieć opony do naszego auta. Jak już przyjechał I zwinął motor to kazał nam jechać za sobą… Sam ruszył z kopyta tak, że się tylko za nim kurzyło. Oczywiście, że on znał każdy zakręt na pamięć, my jechaliśmy tamtą trasą po raz pierwszy. Do tego za nami jechał w aucie policjant, więc trudno było łamać ograniczenie prędkości. W końcu zjechaliśmy do miejscowości Cheticamp, gdzie mieścił się zakład laweciarza. Opony nie miał, ale powieział nam gdzie możemy dostać, tyle że nie w niedzielę.
W nagrodę za te wszystkie stresy, drodze do namiotu spotkaliśmy kolejne łosie, tym razem łosianki. Pasły się spokojnie przy samej drodze. Najpierw była jedna, potem kawałek druga.

Oczywiście nie byliśmy jedynymi polującymi na łosie. Na szczytach gór większość aut z przyjezdnymi rejestracjami zdecydowanie zwalniała, ludzie otwierali okna I wypatrywali łosi. Miejscowi natomiast pędzili niesamowicie I poganiali ociągających się turystów. Trudno się im dziwić, zwłaszcza ze wszędzie mają daleko. Sklepy są oddalone od siebie dosyć znacznie, najbliższe piwo można było kupić jakies 30 km od naszego kampingu. W ogóle z piwem to było tam kiepsko. W niewielu restauracjach było serwowane, a jak już tak, to ceny restauracji automatycznie były dużo wyższe niż w podobnej klasy restauracjach bez piwa. Wszędzie mieli tylko piwo z butelki, nigdzie nie mieli lanego. Co jest w sumie dziwne, bo w Nowej Szkocji jest trochę browarów miejscowych, więc chętnie by się człowiek napił takiego świeżego miejscowego piwa.
W poniedziałek odwiedziliśmy jeszcze kilka krótszych szlaków I napatrzyliśmy się jeszcze więcej na niesamowite widoki. Większość dnia spędziliśmy chodząc, nie jeżdząc autem, więc dokładnie tak, jak chcieliśmy. We wtorek udaliśmy się znowu do Cheticamp żeby nabyć nową oponę do naszego auta bo od niedzieli jeździliśmy na zapasowej. Tym razem mogliśmy się przyjrzeć miasteczku spokojniejszym okiem. Po smacznym kanadyjskim śniadaniu I wizycie w La Boulangerie pojechaliśmy zdobywać kolejne szlaki parku. Przeszliśmy kawałek trasą wzdłuż niegdysiejszych wsi, inny szlak prowadził nad jezioro gdzie nie było żywej duszy, oraz zobaczyliśmy dwa wodospady. Pod koniec dnia marzyło nam się już zimne piwo, ale nic z tego, musieliśmy poczekać do powrotu do namiotu. Dobrze, że mieliśmy poletko z prądem i nasza podróżna lodówka cały czas była podłączona albo w aucie albo koło namiotu I dzielnie chłodziła zapasy cennego, zwłaszcza tam, napoju.
W środę spakowaliśmy manatki i opuścili Cabot Trail i północną część Cape Breton. Wcześniej udało nam się zarezerwować miejsce na kampingu w parku prowincjonalnym Mira River.W drodze zatrzymywaliśmy się w różnych miejscach widokowych oraz podziwialiśmy celtyckość tego miejsca. Na północy wyspy Cabot Trail jest główną atrakcją, a na południu wszystko co celtyckie przyciąga turystów. Nazwy miejscowości też są dwujęzyczne.

Na jedzenie wstąpiliśmy do The St. Ann’s Bay United Church Celtic Tea Room Ceilidus, gdzie tradycyjnie zjadłam chowder, który chyba był najlepszy na całej trasie. Do tego pyszne ciasto na deser I herbatka. W końcu znaleźliśmy przyjazne miejsce, gdzie można było spokojnie wypisać kartki. Udało nam się je wysłać z poczty w maleńkim Englishtown.
O 16:47 dojechaliśmy do Parku Mira River i niedługo potem do naszego poletka, które okazało się być prawie na samym końcu parku, tuż nad wodą. Miejsce nam bardzo odpowiadało bo było daleko od reszty odwiedzających, blisko plaży i wśrod drzew. Odwiedziliśmy pobliski sklep przy stacji benzynowej, gdzie pod jedym dachem zmieściło się wszystko co w Toronto zajmuje kilka budynków: sklep z alkoholem, sklep spożywczy, piekarnia, pizzeria, poczta, sklep z artykułami gospodarczymi I remontowymi, SEARS I apteka. Zdecydowanie byliśmy bliżej cywilizacji.
W piątek udaliśmy się do Louisbourga. Jest to odtworzona bardzo wiernie forteca francuska z lat 40tych osiemnastego wieku. Odtworzona jest jedna piąta oryginalnego terenu miasta, z róznymi domami, koszarami, gospodami, siedzibą inżyniera I innych ważnych osobistości. Miasto jest wypełnione postaciami z epoki, odtwarzane przez zatrudnionych przez muzeum ludzi. Przebrani w wiernie odtworzone stroje na kilka miesięcy w roku wcielają się w rybaków, żołnierzy, kowala, gospodynie, kucharki i różne inne postaci które w tamtych czasach żyły w Louisbourgu. Robi to na prawdę niesamowite wrażenie, zwłaszcza, że całe wyposażenie domów jest wzorowane na oryginalnych przedmiotach wykopanych przez archeologów. Można rozmawiać z mieszkańcami, którzy odpowiadają na różne pytania I udzielają informacji o tym co oni robią I jak fukcjonowała cała forteca.

Do tego można zjeśc w scenerii z tamtych czasów. Do wyboru jest tawerna dla średniej klasy albo restauracja dla wyższej klasy. My poszliśmy spróbować jadła w tej niższej. Dostaliśmy po łyżce cynowej z zaznaczeniem, że ta ma nam starczyć na cały posiłek, niezależnie co będziemy zamawiać I jeść, mamy tylko tę łyżkę. Zdecydowaliśmy się na zupę rybną, która okazała się być wyśmienita. Wszystkie potrawy gotowane są z produktów, które były dostępne w tamtych czasach, więc na przykład nie było w zupie ziemniaków, bo jeszcze ich wtedy tu nie znano… Udało nam się załapać na pokaz musztry, odpalenie działa, oraz publiczne ukaranie złodzieja butelki wina. Został skazany na publiczne zakucie w kajdany – przez trzy dni, po dwie godziny codziennie. Bo tak wtedy karano. Wśród postaci przewijających się przez miasto były też dzieci, co sprawiło że wszystko wydawało się jeszcze bardziej wiarygodne. Część z nich pomagała dorosłym w codziennych zajęciach, część się szkoliła, na przykład na kowala czy piekarza. Przez całe 6 godzin, które tam spędziliśmy nad miatem wisiała mgła od oceanu. Z jednej strony źle bo nie było widać wody, ale z drugiej strony nadawało to temu wszystkiemu jeszcze więcej uroku I autetyczności.
W sobotę po raz kolejny spakowaliśmy manatki I ruszyli w dalszą drogę. Zanim jednak opuściliśmy Cape Breton, pojechaliśmy do Glace Bay, gdzie mieści się muzeum – kopalnai węgla. Jako, że K. pochodzi ze Śląska, ciekawiło go jak to tu wyglądało. Zwiedziliśmy nieczynną kopalnię po której nas oprowadzał emerytowany górnik. Pod ziemie wchodzi się chodnikiem który schodzi w dół pod ocean. Poza kopalnią są też odtworzone domy górników i sklep, tak jak to bylo w latach 20/30tych ubiegłego wieku.
Z Glace Bay już udaliśmy się w dalszą drogę do kolejnego kampingu, tym razem na północnym wybrzeżu Nowej Szkocji, już bliżej Nowego Brunszwiku. Znalazłam kamping nad oceanem, który reklamował się wspaniałymi zachodami słońca i możliwością obserwacji fok. Dojechaliśmy na miejsce tuż przed zamknięciem biura, czyli tuż przed 20:00. Po raz pierwszy się zdarzyło, że na wyznaczone poletko nas poprowadził małym traktorkiem pracownik kampingu I pokazał gdzie jest nasze miejsce. Zostawił nam tez zakupione drewno na ognisko I pojechał pilotować innych nowoprzybyłych. Nasze poletko było właściwie przeznaczone dla przyczep, ale nam zależało na prądzie (lodówka okazała się być bezcenna), więc nam dali. Kamping był wypełniony po brzegi Nowymi Szkotami. Całe rodziny przyjechały na długi weekend, biwakując blisko siebie, imprezując i się bawiąc. Na początku byłam nieco przerażona tym zbiorowiskiem, zwlaszcza ze na całym polu nie było prawie w ogóle drzew. Z drugiej strony był to fascynujący widok, bo ani w Polsce ani w Ontario nie byliśmy w takim miejscu. Ale kamping był rzeczywiście tuż nad oceanem, z prywatną plażą. Wieczorem dosyć szybko nas przegonił deszcz a w nocy rozpętała się burza. Myślałam, że odlecimy razem z namiotem tak wiało od oceanu, deszcz zacinał, tropik na namiocie się tłukł. Słyszeliśmy jak ludzie z innych namiotów, tych bliżej oceanu, wstają I ratują swoje tropiki. Chyba część z nich poszła spac do aut. Mimo moich obaw, namiot przetrwał całą noc, choć w paru miejscach desczcz napadał do środka a przed namiotem utworzyła się całkiem spora kałuża.

Poszliśmy na spacer nad wodę kiedy akurat trwał odpływ. Wszędzie było sporo różnych stworzeń ocanicznych. Największą radochę sprawiło mi pojawienie się foki. Była dosyć daleko, ale ewidentnie była to foka, która nam się bardzo uważnie przyglądała. Później zauważyłam, że kawałek dalej było całe skupisko fok, chyba było ich ponad dwadzieścia. Udało mi się podejść całkiem blisko I spędziłam sporo czasu je podpatrując. Za każdym razem jak robiłam krok w ich stronę to się obracały żeby na mnie popatrzeć . Po chwili się przyzwyczajały, że tam stoję I zaczynały się zajmować sobą. Z każdym kolejnym krokiem cały rytuał się powtarzał. Udało mi się zobaczyć jak się na siebie złoszczą, jak się biją i kłócą, ale głównie wylegiwały się na słońcu co jakiś czas wskakując do wody po przekąskę. Znowu żałowałam, że nie mam lornetki, ale udało mi się zrobić im kilka zdjęć. To znaczy zrobiłam ich pewnie jakieś kilkadziesiąt, ale na kilku coś sensownie widać. Chyba muszę zacząć oszczędzać na lepszy obiektyw…

Po południu pojechaliśmy oglądać okolicę bo było zbyt gorąco żeby siedzieć na kampingu. Nie było zupełnie cienia, ani na plaży ani koło namiotu a upał się zrobił niesamowity. Odwiedziliśmy pobliską winnicę, boczne drogi i Tatamagouche, gdzie był świetny B&B zrobiony na starej stacji kolejowej. Wagony sypialniane przerobione na pokoje gościnne, a w wagonie restauracyjnym oczywiście jest restauracja. Niestety nie udało nam się tam zjeść bo trzeba było wcześniej rezerwować. W takim razie zjedliśmy kolejny chowder w Chowder House. Nasze jedzenie podczas całego pobytu było dosyć ograniczone, jak widać, ale tak prawdę powiedziawszy nie było za bardzo wyboru. Albo chowder, albo fish and chips (ryba smażona plus frytki) albo cale kraby czy homary. Przez te dwa tygodnie to mi pasowało, ale na dłuższą metę to chyba nie mogłabym tak funkcjonować. Zwłaszcza, że prawie nigdzie nie podają warzyw. W sklepach też z tym ciężko, czasem się przewinęła jakaś zasuszona kapusta albo nieświeży pomidor. Trochę nam się to kojarzyło z naszymi dawnymi wizytami na Słowacji, gdzie też królowała kompletnie pozbawiona smaku marchewka z groszkiem.
Po powrocie na kamping udało nam się jeszcze wykąpać w oceanie, który był całkiem ciepły. Znowu było widać foki, tym razem jedna ciekwska podpłynęła całkiem blisko nas, jakieś kilka metrów. Cały czas nam się przyglądała I jak się chcieliśmy trochę zbliżyc to dawała nura pod wodę i odpływała na bezpieczny dystans. Do kompletu zaliczyliśmy jeszcze kiczowaty zachód słońca, także wszystkie punkty programu zostały spełnione z nawiązką.
Wieczorem na kampingu była atrakcja – koncert na żywo. Niestety nie było to nic w stylu muzyki country albo czegoś takiego, ale przeboje lat 50/60. ale poszliśmy z ciekawości zobaczyć jak to wygląda. Najpierw była część dla dzieci, bardzo licznie biegających po kampingu. Potem zaczęło się dla dorosłych, gdzie już dzieci nie miały wstępu. Każdy kto chciał mógł sobie przynieść dowolne trunki I się nimi raczyć w czasie wieczoru. Chlopcy grali całkiem nieźle, towarzystwo ochoczo ruszyło do tańca I wszyscy się świetnie bawili.
W niedzielę ruszyliśmy w dalszą drogę w stronę domu. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć Grand Falls w Nowym Brunszwiku, niedaleko Edmudston. Dotarliśmy tam przed 18 i zdążyliśmy oglądnąć wodospad w tym samym dniu. Kilka miejscowych osób się zatrzymywało i zagadywało skąd jesteśmy. Jedna starsza pani powiedziała nam, że mamy szczęście bo w tym roku jest wyjątkowo dużo wody (ciekawe czemu….) Inny człowiek nam powiedział, że powinniśmy zobaczyć okoliczne pola ziemniaków bo są piękne i malownicze o tej porze roku, bo akurat kwitną… I okazało się, że dane nam było te ziemniaki z bliska oglądać bo kolejny kamping był położony dokładnie wśród pól ziemniaczanych. Ziemniaki okazały się być tylko jedną z atrakcji kampingu. Otóż było tam mnóstwo przyczep zainstalowanych na cały rok, a wokół tych przyczep były takie dekoracje, że oczy dęba stawały. Wszystkie możliwe krasnale, gnomy, psy, lwy, aniołki I fontanny znalazły swó raj. Ktoś miał nawet dekorację bożonarodzeniową, nie wiem czy gotową na zbliżające się święta, czy też pozostałość z ubiegłych.
Zrobiliśmy sobie ostatnie ognisko wyjazdowe i znowu nas przegonił deszcz. Tym razem zatrzymaliśmy się w chatce bo nie chciało nam się rozbijać na jedną noc, więc mogliśmy sobie w deszczu posiedzieć przed chatką, ale pod dachem I obserwować mieszkańców tego miejsca. Wszyscy mówili po francusku, przy czym non stop się śmiali. Czuliśmy się nieco jak we wiosce Asteriksa I jego kumpli, tylko brakowało, żeby się zaczeli walić rybami po twarzach…
Poniedziałek zaczął się od poszukiwania śniadania w Edmundston. Samo miasto przypominało mi miasta słowackie – góry, rzeka, kościoły, domy stare i nowe zabudowania w niezbyt gustownym stylu. Okazało się, że miasto świętuje długi weekend i byliśmy zdani na śniadanie pt. Tim Hortons. Nie było złe, do tego serwują tu inny zestaw śniadaniowy niż w Ontario – bułka z jajkiem i bekonem a do tego placek ziemniaczany z ziołami.
Większość dnia minęła nam na przemierzaniu Quebecu. Zatrzymaliśmy się niedaleko rzeki Św. Wawrzyńca, która za każdym razem wygląda inaczej. Znaczna część misteczek I wsi wzdłuż rzeki jest bardzo malownicza i zachęca do ponownego odwiedzenia. Po drodze jak zwykle nas bawiły nazwy miejscowości – większość z nich nosi nazwy różnych bardzo wymyślnych Świętych. Moją ulubioną, jak do tej pory nazwą jest Saint-Louis-du-Ha! Ha! Czyż nie brzmi to pięknie…
Ostatnią noc spędziliśmy już w Ontario, w motelu który już wcześniej się sprawdził na tej trasie. Rano we wtorek śniadanie w porcie i jedym rzutem dojechaliśmy do Toronto nad którym unosiły się chmury I smród śmieci. W dniu naszego powrotu do pracy powrócili smieciarze, którzy strajkowali od końca czerwca…
Zaparkowaliśmy pod domem o 14:15 a licznik pokazywał 19980 kilometrów. Zdecydowanie były to jedne z naszych bardziej udanych wakacji. Pies już też jest w domu, nieco chudszy i z nadszarpniętym uchem, widać, że świetnie się bawil na farmie psiej. Teraz głównie odsypia całą imprezę. My natomiast wdrażamy się na nowo w torontońskie życie….
PS. Więcej zdjęć z Nowej Szkocji można zobaczyć tutaj a z Louisbourga tutaj. Komentarze mile widziane.