Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘polskie podwórko’ Category

I wciąż tu jesteśmy. Odwiedzamy, zwiedzamy, oglądamy, jemy i pijemy. Matilda wciąż bardzo dzielnie znosi wszelakie oznaki zachwytu i miłości ze strony babć, dziadków, cioć i kuzynek. Pozwala się nosić, pieścić, tulić i zabawiać. Nie wiem co my z nią zrobimy po powrocie do Toronto. Chyba będzie trzeba iść na Dundas Square żeby jej dostarczyć rozrywki i widoku wielu obcych twarzy. A tak poważnie to cieszę się bardzo że jest taka otwarta na wszystko i wszystkich. Nie ma problemu żeby z nią chodzić po mieście, iść na obiad czy deser do Wedla. Gdybym jej dała to pewnie próbowałaby różnych gatunków piwa razem ze mną, a tak to musi się zadowolić swoimi słoiczkami i kosztowaniem potraw, które mogę jej dać.

A ja też wciąż oglądam, odkrywam i poznaję na nowo, przypominam sobie albo nie. Różne rzeczy mi się podobają, inne nieco mniej, ale doszłam do wniosku, że to już nie jest moje miejsce. Nie czuję się tutaj jakbym była u siebie, a raczej jak turysta, który patrzy na wszystko z zewnątrz. Jasne, że mam sentyment do różnych miejsc i przeprowadzam Matildę naszymi starymi ścieżkami, ale jak wczoraj szłam po Rynku to czułam się trochę tak, jak kiedy zwiedzałam Wiedeń, Pragę czy Berlin. Nie wiem czy to dlatego, że chodzę po mieście dużo wolniej niż chodziłam kiedy tu mieszkałam, bo nie muszę nigdzie pędzić (jak to turysta), czy też dlatego, że na szyi wisi mi aparat fotograficzny i na wiele rzeczy patrzę pod kątem robienia zdjęć, czy może dlatego, że właśnie już tu nie należę i nie potrafię się zgubić w tym tłumie. Nie mam pojęcia czy potrafilabym tu wrócić na stałe i tu żyć. Nie wiem też czy byłby to rzeczywiście powrót, czy też kolejne zaczynanie wszystkiego od nowa, poznawania realiów i życia w nowej rzeczywistości. Fakt, że język znamy nie znaczy, że bylibyśmy u siebie. Myślę, że może byłoby jeszcze trudniej bo kiedy się jest cudzoziemcem wiele błędów i potyczek może być wybaczonych. Ale przecież my nie jesteśmy cudzoziemcami, więc te same potknięcia pewnie przyniosłyby różne dziwne rezultaty. Ale wracać nie mamy zamiaru, więc nie ma co teoretyzować. Pozostaje spisać spostrzeżenia i obserwacje.

Zapachy – te przyjemne i te mniej. Niektóre są tak charakterystyczne, że wciąż są i trwają i nie straszne im mijające lata i mody:

Kiosk Ruchu – nie wiem co w tym jest, ale kiedy po raz pierwszy w ciągu tego pobytu weszłam do Kiosku Ruchu to jego zapach przeniósł mnie daleko w przeszłość. Niby zmienia się technika drukowania, papier i wszystko inne, ale jakimś cudem zapach jest ten sam, przynajmniej według mnie.

Warzywniak Osiedlowy – pojawiają się nowe owoce i warzywa obok marechwki i selera, ale osiedlowy warzywniak wciąż pachnie tak samo. Jakaś taka mieszanka ogórków kiszonych, kapusty i ziemniaków. Nie wiem co w tym jest, ale jest to niepowtarzalny zapach.

Antykawriat na Szpitalnej – jeden z nielicznych antykwariatów, który jest tam gdzie zawsze był. I jak się przechodzi obok to ze środka bije taki zapach książek, że człowiek ma ochote zostawić wszystko w diabły i na nowo zapisać się na studia. Żeby mieć pretekst i powód żeby te książki kupować, nawet jeśli by ich nie czytać.

Sukiennice – polączenie cepelii, starych murów, tłumów turystów i nie wiem czego jeszcze, ale pachną tak samo i niepowtarzalnie.

Zapach podwórka w starej krakowskiej kamienicy – czasem zaciągnie z jakiejś bramy i trudno go czymś innym pomylić. Wilgoć, minione wieki i sama nie wiem co jeszcze.

Planty – gołębie wciąż robią swoje…

Pasaż od Plant do Dworca Głównego – jak bardzo by się nie starali, unowocześniali i pucowali, ten pasaż wciąż ma zapach moczu i oscyka. A może to tylko istnieje w mojej podświadomości?

Tramwaje i Autobusy – są nowsze, ładniejsze itp ale ludzie wciąż tak samo nie-pachną. Dziś przyadło mi stanąć pod pachą pewnego pana i bardzo mi z tym było źle. Nie twierdzę, że w Toronto wszyscy pocą się na różano ale jednak tego zapachu potu mniej się czuje. Choć zapach ostrego curry wyziewający, zwłaszcza w zimie, z okryć niektórych współpasażerów też mógłby niejednego powalić z nóg.

Miało być więcej impresji i zapachów, ale robi się późno a jutro kolejny długi dzień przed nami. A na koniec widokówka z Krakowa.

Oraz zdjęcie dedykacja dla K., który ma dziś urodziny, które to, po raz pierwszy od lat studenckich, spędzamy osobno. Jeszcze raz, Sto Lat Paszczaku!

Read Full Post »

Jak doniósł u siebie Res Varia, dotarłyśmy całe i zdrowe na tę stronę Atlantyku. Korzystając z drzemki M, postaram się spisać kilka spostrzeżeń, doświadczeń i przeżyć. Będzie dosyć skrótowo, bo sporo tego jest i nie sposób wszystko spisać.

Podróż

Minęła nam dosyć szybko, choć M bardzo mało spała w samolocie z Toronto do Frankfurtu. W czasie startu była bardzo nieszczęśliwa bo już bardzo chciała się zdrzemnąć, a nie było jak. Kiedy tylko samolot zaczął bujać się w chmurach, zasnęła mi na prawej ręce i przez jakąś godzinę spała twardym snem. Dzięki czemu mogłam zjeść zaserwowany “obiad”. Po jakiejś godzinie z hakiem się obudziła i przez długi czas nie mogła ponownie zasnąć, bo co chwilę ją coś rozpraszało. Jak już zasnęła, to za parę minut włączyły się światła i zaczęto serwować “śniadanie”. Na szczęście z osłoniętą od światła głową, przespała ostatnie dwie godziny lotu. Samolot się spóźnił, więc lotnisko we Frankfurcie musiałyśmy przebiec z jednego końca na drugi żeby zdążyc na samolot do Krakowa. Przez cały bieg M bacznie się przyglądała otoczeniu i oczywiście ani myślała o spaniu podczas godzinnego lotu do grodu Kraka. Zasnęła jak już samolot kołował. I bardzo się zdziwiła, że trzeba już wysiadać. Troszkę pomarudziła, ale jak zobaczyła kolejne atrakcje, ludzi i psy wąchające to nie marudziła wcale. Potem były powitania i podróż do Myślenic, podczas której opowiadała wszystkim wrażenia z podrózy. Na miejscu zaczęła okazywać oznaki zmęczenia i zdrzemnęła się na jakieś dwie godziny i po południu znowu na jakieś półtorej. Mimo zamykających się oczu, kompletnego skołowacenia i ilości nowych twarzy, była duszą towarzystwa, dawała się nosić na rękach, karmić i uśmiechała się bez wytchnienia. Padła wieczorem, kolo 22 i spała (z przerwami na karmienie) do 13:30 następnego dnia. A ja z nią.

Jet lag

Jaki jet lag? M okazała się wyśmienitą podróżniczką. Dzień po przylocie opędziła jedną drzemką, wieczorem znowu spać kolo 22 i z małymi przerwami do 9:30 rano. A następną noc juz zasnęła o swojej normalnej porze, jeszcze z pobudkami, ale następpna już przespana cała. Mimo tego, że musiała znowu zmienic otoczenie i łóżeczko.

Obsługa w samolocie (z Toronto do Frankfurtu)

Beznadziejna. Jedyną pomocą jaką mi zaoferowano było popilnowanie M w wózku kiedy wsiadałyśmy w Toronto, żebym mogła zanieść bagaże na miejsce i potem po nią wrócić. Przed startem ani lądowaniem nikt się nie pofatyował żeby mi powiedzieć jak mam M trzymać, a kiedy próbowałam o coś zapytać, pani przebiegła koło mojego siedzenia i nie zwolniła nawet. A potem już pilot wzywał obsługę do zajęcia miejsc. Dobrze, że poczytałam na ten temat wcześniej bo bym chyba nieźle spanikowała. Podczas rozdawania jedzenia, M spała mi na prawej ręce, więc miałam tylko lewą do odbioru jedzenia, otwarcia wszystkiego itp. Pani rozdająca nawet nie patrzyła gdzie ląduje ta taca z gorącym jedzeniem i musiałam się nieźle wykręcić żeby ją odebrać. Potem jak serwowała śniadanie w postaci zdechłego muffina, prawie jej spadł na siedzenie obok (tym razem lewą rękę miałam zajetą i nie było jak łapać). Na szczęście dziewczyna, która siedziała obok, pomogła i złapała. Przy wysiadaniu też nie było nikogo żeby pomógł się zabrać z całym balastem. Na szczęście współpasażerowie zdjęli walizkę z góry i się jakoś wytoczyłyśmy. Plusem było to, że siedzenie obok było wolne, więc sie mogłyśmy trochę rozłożyc z gratami i nogami M. Przy wychodzeniu z samolotu powiedziałam, że obsługa byla beznadziejna i jakiś facet z Air Canada wysłuchał moich zażaleń. Ale oczywiście cóż on może. Natomiast w samolocie Lufthansy do Krakowa było super, tyle że lot trwał tylko godzinę. Ale dali specjalne pasy, które się zakłada na swoje i którymi się dziecko przypina. Przy czym facet był zszokowany, że w samolocie Air Canada z Toronto czegoś takiego nie mieli i nie udzielili mi wskazówek jak postępować. No cóż, moje szczęście.

Ludzie

M od jakiegoś czasu bardzo aktywnie trenuje swoje wdzięki na przypadkowych przechodniach, współpasażerach itp. Wygląda to tak, że jak jesteśmy w jakimś miejscu publicznym, rozgląda się wokół, natrafia na jakąś twarz i na nią poluje aż twarz się uśmiechnie do niej albo odezwie. Polowanie polega na wysyłaniu uśmiechów, zagadywaniu, chrząkaniu i pluciu. W samolocie nieco marudziła, ale kiedy nie płakała, miała świetny humor i rozdawała uśmiechy komu tylko się dało. Dzięki czemu przy wysiadaniu usłyszałam poczwały, jak to była dzielna przez cały lot. Odkąd wylądowałyśmy w Krakowie, M niezmordowanie ćwiczy swe wdzięki, tylko jakoś nie bardzo jej się udaje trafiać na podatny grunt. Ludzie patrzą na nią jakimś takim zamglonym wzrokiem i nic. A M marszczy brwi ze zdziwienia i się na mnie patrzy pytająco: “O co im chodzi?”. Jak nawet bobasy nie wzbudzają uśmiechu, to trudno się dziwić, że tyle ludzi tu jest takich smętnych. A bobasy zrażone niepowodzeniem w końcu przestaną próbować i wyrosną na kolejnych smętków. Na szczęście jest rodzina, która nadrabia i obdarza M taką ilością uśmiechów, że na pewno jej wystarczy.

Jedzenie

Owszem, zwracam uwagę na to, co jem i co daję M, ale nie uważam siebie za jakąś przesadnie zwariowaną czy nawiedzoną pod tym względem. Czytam naklejki i patrzę co jest w środku, więc tutaj też to robię. I się dziwię. W związku z tym, że się sporo przemieszczamy i bywamy w różnych miejscach, założyłam że będziemy bazować na jedzeniach ze słoika dla M. Nie wysłałam całego zapasu z Toronto, mimo ze Ania mnie ostrzegała, że różnie z tymi słoikami bywa. No i teraz czytam naklejki a M próbuje i kilka słoików już wylądowało w koszu. Jeden, z ekologicznym obiadkiem, zabrała moja siostra dla psa. I pies w nocy miał rozstrój żołądka… Po co do obiadków dla dzieci daje się soki z jabłek albo winogron? Mąke? i jeszcze inne dodatki, których teraz nie pamiętam. No nic, będziemy dalej czytać i próbować i mieć nadzieję, że pies siostry nie rozchoruje się całkowicie.

Chodniki

Dzielą się na te pokryte wypasioną kostką / brukiem i na rozjechane płyty chodnikowe o których świat zapomniał. Nie ma za bardzo nic pomiędzy. Dobrze, że M nie ma jeszcze zębów, bo by sobie pewnie nieraz język przygryzła. Takie rozwiązanie jak w Toronto, żeby po prostu zrobić krawężnik i wylać chodnik cementem wydaje się być zbyt proste. I pewnie nie dałoby się na tym odpowiednio zarobić, więc nie byłoby chętnych do przetargu. Poza tym zauważyłam, ze jest bardzo mało podjazdów dla wózków. Choć przyznaję, że jak na razie moje spostrzeżenia sa oparte na spacerach osiedlowych, w centrum jest pewnie inaczej. No ale po osiedlach też wózki kursują.

Na dziś to tyle, a ciąg dalszy nastąpi (prędzej lub później). Nie wiem jeszcze kiedy się wybierzemy na podbój Rynku i okolic, odwiedzimy Smoka i Lajkonika, ale mam nadzieję że się uda. Jutro jedziemy na wieś pod Tarnowem, potem wracamy i jedziemy na parę dni na Resvariowy Śląsk. A potem znowu do Krakowa. Mam nadzieję, że M dalej będzie tak pozytywnie nastawiona do całej przygody bo jak dotychczas jest świetną towarzyszką podróży.

Read Full Post »

I niektórzy niezmiennie składają z tej okazji życzenia i ślą mailowe kartki (tutaj podziękowania dla Teścia), a niektórzy posyłają takie oto ciekawostki. Nie mogłam się oprzeć żeby tutaj wstawić i się podzielić z innymi.

Read Full Post »

Raz na jakiś czas przeszukuje polskie księgarnie internetowe żeby zobaczyć co się ciekawego ukazuje i publikuje. Podczas jednej z takich wędrówek po internecie, wpadł mi w oko tytuł najnowszej książki Magdaleny Samozwaniec. No może nie “najnowszej”, bo trudno mówić w ten sposób o czymś co się ukazało po śmierci autorki, ale na pewno wczesniej nieznanej. Książkę dostałam od Teściów podczas pobytu w Polsce i dopiero teraz się za nią zabrałam, ale jak już przysiadłam to skończyłam w dwa wieczory.

“Z pamiętnika niemłodej już mężatki” to zbiór luźnych zapisków córki Wojciecha Kossaka, w których w bardzo ciekawy i humorystyczny sposób przekazuje anegdoty i spostrzeżenia na temat swojej rodziny, czyli Wojciecha Kossaka, siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz “Mamidła”. Są tam obserwacje i ciekawostki na temat śmietanki artystycznej przedwojennego Krakowa, a także zwyczajów panujących w Krakowie tamtych czasów. Przy czym muszę przyznać, że autorka, mimo że ma wielki sentyment do tego miasta, przy okazji potrafi w brutalny sposób wytknąć jego zaściankowość i dulszczyznę. Jest też w tych zapiskach sporo uwag na temat różnych dziedzin życia w powojennej Polsce i porównań do tego jak to dawniej bywało. Trudno wymienić wszystkie poruszane tematy, ale jest trochę o modzie, o dzieciach i ich wychowaniu, o kobietach i ich roli w polskim społeczeństwie, o mężczyznach i ich ułomnościach o podróżowaniu i czytaniu oraz szczęściu. Część z tych spostrzeżeń w sumie jest wciąż całkiem aktualna.

Tak się rozochociłam tą lekturą, że poprosiłam K. żeby przyniósł mi z biblioteki kolejną książkę Samozwaniec, “Zalotnica niebieska”, która jest biografią jej siostry. Zobaczymy jaka będzie. W sumie z dorobku Samozwaniec pory przeczytałam jedynie “Marię i Magdalenę”, a było to gdzieś w podstawówce, kiedy to moja przyjaciółka Marysia mnie namówiła na te lekturę. Pamiętam, że pochłonęłam te dwa tomy w mgnieniu oka i myślę, że sobie ją kiedyś odświeżę.

Read Full Post »

Nie miałam czasu jeszcze tak porządnie zająć się zdjęciami z wyajazdu do Polski, żeby je włożyć do galerii. Tak więc na razie trochę zdjęć na użytek tego bloga, mam nadzieję, że cdn….

This slideshow requires JavaScript.

Read Full Post »

I tak oto już minęła połowa czerwca, wizyta w Polsce powoli zamienia się we wspomnienie.  Spędziłam dwa tygodnie z rodziną, głównie nadrabiając zaległości w rozmawianiu z siostrą, z czego bardzo się cieszę, bo na tym mi najbardziej zależało. Poza tym zrobiłam trochę zdjęć w Krakowie, ale jeszcze nie zdążyłam z nimi nic zrobić, ani nigdzie wstawić. Mam nadzieję, że jakoś niebawem się za to zabiorę.

W Krakowie sporo miejsc się pozmieniało. Przybyły nowe “galerie handlowe”, część sklepów zniknęła i pojawiły się jakieś nowe. Nie ma na przykład już Świata Herbaty w Pasażu Bielaka, ponoć jest jeszcze na ul. Św. Jana, ale tam nie doszłam. Music Corner bardzo się skurczył i przeniósł się na ul. Św. Tomasza, bardzo blisko Starego Teatru. Plac Szczepański się odnowił, Sukiennice są całkowicie zasłonięte i część jest zamknięta, przez co Rynek zamienił się w wielki targ. Turystów wciąż mnóstwo, ceny rosną makabrycznie, a Kazimierz z niegdyś awangardowego kawałka Krakowa zamienił się w skupisko modnych knajp. Teraz to centrum Podgórza wabi Krakowian spragnionych czegoś innego niz piwo w rytm modnej muzyki siedząc przy wypucowanych stolikach ustawionych pod linijkę.

Poza tym zauważalnie zwiększyła się ilość rowerów kursujących po mieście, co jest dobre, ale też niebezpieczne bo znaczna część tych rowerów bezgłośnie posuwa się po chodnikach i nie zawsze ma ochotę usuwać się pieszym. Chociaż scieżek rowerowych też jest coraz więcej i te które są, są całkiem sensowne bo są dosyć szerokie i odzielone innym kolorem niż chodniki dla pieszych. Poza tym pojawiły się wypożyczalnie rowerów w całym mieście. Rowery się zamawia ponoć przez internet i zabiera z jednego z postojów żeby potem na inny odstawić. Nie wiem jakie są ceny i ile osób z tego korzysta, ale fajnie ze takie cos wprowadzono. Tramwaje chyba jakoś tak częściej jeżdzą (chyba że to złudzenie po doświadczeniach z torontońską komunikacją) i jest coraz więcej tych nowych. Ale tymi nowymi tramwajami obok bardzo zadbanych, wciąż jeszcze jeżdzą ludzie, dla których higiena osobista oznacza kąpiel raz w tygodniu. I to się niestety czuje i odczuwa. Na przystankach są elektroniczne tablice, na których się wyświetla informacja za ile minut który tramwaj przyjedzie. I rzeczywiście zjawia się za tyle minut ile mu darowała tabliczka. Niesamowicie zmieniła się okolica Ronda Mogliskiego, gdzie drogi i tory prowadzą nad ziemią, tunelem i jeszcze jakos tak inaczej. Przy remoncie skrzyżowania odkryto kawałki murów obronnych, które teraz można podziwiać bo fragmenty zostały pozostawione odkryte.

Siostra i siostrzenice zapoznały mnie nieco ze współczesnym językiem i różnymi modnymi słówkami. Wszystko jest teraz mega-cośtam i masakrycznie cośtam. Wszechobecne zdrobnienia mnie często powalały swoją cukierkowością. Teraz już nie pamiętam przykładów, ale zdarzało mi się słyszeć zdania złożone w 100% ze zdrobnień, łącznie z czasownikiem. Najwięcej takich perełek słyszałam z ust sprzedawczyń w sklepach. Poza zalewaniem potokiem zdrobnieniowym, zauważyłam, że sprzedawcy w sklepach ogólnie zrobili się jacyś tacy milsi i pomocniejsi. Częściej się uśmiechają i nie wyglądają jakby byli źli, że się wynosi towar z ich sklepu.

Wszędzie jest mnóstwo wszystkiego, ale te kawy i piwa na Rynku spijają głównie turyści. Galeria Krakowska też jest pełna kupujących, ale to dlatego że jest blisko centrum i dworca więc to tam się wybierają na zakupy ludzie z pobliskich wsi i miasteczek. A Galeria Bonarka, do której trzeba dojechać kawałek i turyści raczej o niej nie wiedzą, wcale nie jest taka pełna i nie wychodzą z niej obładowane torbami rzesze Polaków. Przy kasach w spożywczych supermarketach ludzie pięć razy przeglądają co mają w koszyku i się zastanawiają czy czegoś nie trzeba odłożyć. Towary z promocji bardzo szybko znikają, choć często nie są najświetniejszej jakości.

Udało mi się nabyć nieco muzyki, trochę nowej, trochę takiej do której mieliśmy ochotę powrócić. Przyjechała ze mną między innymi najnowsza płyta Raz Dwa Trzy, którą na razie przesłuchałam tylko raz, ale już mi się podoba. Mamy też spore zapasy lektury bo tego nigdy nam nie ma za wiele. Już prawie kończę “Balzakiana” Jacka Dehnela. Polecam gorąco bo czyta sie bardzo dobrze. Nie wiem jak ten młody człowiek to robi, ale pisze świetnie. Wcześniej czytałam już jego “Lalę” i bardzo mi się spodobało. „Lala” to powieść w formie gawędy, rozów z babcią, która wspomina czasy swojej młodości i opowiada o swojej rodzinie i świecie w jakim żyła. Pochłonęłam ją bardzo szybko i jak zobaczyłam że jest kolejna powieść Dehnela to koniecznie chciałam kupic, i się nie zawiodłam. “Balzakiana” to zbiór czterech dłuższych opowiadań o bardzo różnych typach ludzkich we współczesnej Polsce.  Na pozór przeciętni ludzie tworzą bardzo ciekawą i kolorową mozaikę charakterów.

Miałam też chwilkę na to, żeby pogrzebać w starych zdjęciach, przywieźć trochę ze sobą, a trochę przygotować do wysłania, a jeszcze sporo naszych starych zdjęć  czeka w domu teściów na transport na tę stronę oceanu. Przywiozłam też trochę zdjęc jeszcze starszych, moich dziadków, rodziców i pradziadków i ma zamiar sobie je skanować w zimowe wieczory.

Będąc w Polsce usłyszałam, że mówie “z takim jakimś innym akcentem” ale też, że jak na to, że tu już tyle jestem “to nie mam jakiegoś innego akcentu”. A po powrocie do Toronto, K. stwierdził, że mam krakowski akcent jak mówię po polsku.

A tymczasem w Toronto…

Read Full Post »