Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘oblicza Toronto’ Category

Jak pisała u siebie Aneta, parę tygodni temu mieliśmy okazję wspólnie zwiedzić  i odwiedzić Świątynię BAPS Shri Swaminarayan Mandir w Toronto. Nie będę powtarzała informacji na temat samego miejsca, dodam tylko, że mimo, że rozumiem, to jednak troszkę szkoda, że w środku nie można robić zdjęć. Żeby mieć pojęcie jak wygląda wnętrze, można zajrzeć na stronę Świątyni i zobaczyć zdjęcia. Na żywo robi jeszcze większe wrażenie. Mam nadzieję, że uda nam się tam wybrać kiedyś wieczorem, jak cały budynek będzie oświetlony.

A tu kilka fotek z naszej wizyty.

Read Full Post »

Parę tygodni temu przeglądałam zdjęcia z pierwszego lata w naszym ogródku i przeraziłam się widząc jak bardzo urosła nasza wierzba przez te trzy lata naszego tutaj mieszkania. Co prawda staramy się nieco podcinac jej witki coby nas po nosach nie łaskotały kiedy chodzimy do i z auta, ale to pewnie tylko je wzmacnia. Jak podcinane włosy. Efekt jest taki, że wierzba prawie całkowicie zawładnęła tyłem ogródka, trawa pod nią nie rośnie, wszędzie pełno jej listków i gałązek, które się wplątują w noże naszej kosiarki do trawy.

wierzba w lipcu 2009

wierzba w lipcu 2012

Jak widać, prawie całkowicie już zarośliśmy i wierzba już nie mieści się w kadrze. Pewnie przydałoby się kiedyś to nasze drzewo nieco bardziej stanowczo ucywilizowac, ale póki co jest jak jest. Jak wspominał u siebie Res Varia, pomieszują na wierzbie szope pracze, które udało nam się ostatnio przyłapać na schodzeniu z drzewa.

Poza tym wieczorami grają nam koniki polne oraz sąsiad za płotem pobrzdękuje na gitarze. Tuż nad parasolem ogrodowym kursują nietoperze, które polują na komary, których, niestety, wciąż jest znacznie za dużo. Kiedy zdarzają się wieczory, że nie słychać karetek, sąsiedzi nie naprawiają aut ani motorów i nie urządzają głośnych imprez, a na bezchmurnym niebie widać gwiazdy, to można pomyśleć, że jesteśmy gdzieś daleko od zgiełku miasta… A jak K zacznie jeszcze wędzić i grilować to już zupełnie jakbyśmy byli pod namiotem i siedzieli przy ognisku. I wcale mi pszczół nie brakuje, wystarczą mi koniki polne…

Read Full Post »

Na początku zimy powiesiliśmy w naszym ogródku karmnik, ale jakoś mało ptaków się zlatywało. Pomyśleliśmy, że to dlatego że zima łagodna, więc skrzydlate mają dosyć innego pożywienia. U Szwagierki też było jakoś mało, mimo że mieli bardzo profesjonalny karmnik i nastawieni byli na duże ilości ptactwa. Pustki w okolicy ich karmnika były tym dziwniejsze, że latem i jesienią był tam całkiem spory ruch, a tu tymczasem cisza. Żadne z nas nie jest jakimś świetnym ornitologiem (nie mylić z orientalistą) więc tak sobie teoretyzowaliśmy że może w okolicy się pojawił jakiś drapieżnik. Kilka dni temu zauważyłam, że na drzewie na przeciw naszego domu ląduje coś dużego, ewidentnie drapieżnego. Niestety nie miałam pod ręką lornetki, a jak już znalazłam to było za późno, więc nie zdążyłam gościa zidentyfikować. Aż dzisiaj rano, K mnie woła do okna w drzwiach balkonowych i pokazuje scenkę rodzajową: ptaszysko wielkie siedzi na naszym z sąsiadami płotem i szarpie jakąś zdobycz. Popędziłam po aparat, ale niestety nie miałam dobrego obiektywu i ptak nie wyszedł zbyt wyraźnie. Chciałam biec na górę po lepszy sprzęt, ale niestety ptak odleciał spłoszony przez… wiewiórkę. A wyglądało to tak jak na zdjęciach poniżej. Wydaje nam się, że to cooper’s hawk, po polsku krogulec czarnolbisty, ale nie jesteśmy pewni. Jeśli ktoś wie, to prosimy o podpowiedź.

Read Full Post »

Kilka zdjec do poprzedniego wpisu

This slideshow requires JavaScript.

 

Read Full Post »

Nasz grafik na bieżący tydzień:

Sobota – dostaję zielone światło na wyjście z domu. K zostaje z Małą oraz zapasem mleka w lodówce i zamrażalniku a ja udaję się na spacekr z kilkoma osobami z klubu fotograficznego po St. Lawrence Market a potem lunch w pubie obok. St. Lawrence Market to hala handlowa, gdzie mieszczą się liczne stoiska warzywne, owocowe, rybne, mięsne, serowe i jakie jeszcze tylko mogą być jadalne. Jako że z każdej strony atakują nas wyśmienite zapachy, kolory i widok różnych smakołyków, wszyscy się szybko robią głodni i całe towarzystwo ląduje na brunchu w pubie Giant Jersey gdzie serwują jeszcze śniadaniowe przysmaki. Wracam do domu kolo czwartej, K wrócił z Małą ze spaceru i właśnie jest pora na następne karmienie. Reszta soboty upływa na różnych codziennych czynnościach i, jak zwykle, długim usypianiu Małej.

Niedziela – późne śniadanie pt. podróż sentymentalna do czasów tureckich. Na naszych talerzach lądują sery z rodziny fetowatych – irański i grecki, ser akkawi (prawdopodobnie z Libanu), oliwki zielone i pomidor. Do w pełni tureckiego śniadania brakuje nam jajka na twardo i zielonego ogórka i nie pasuje ser brie. Niedzielne popołudnie upłynęło bardzo szybko, częściowo na plotkach z koleżanką z pracy, która wpadła żeby nieco ponarzekać na szykujące się zmiany w biurze. Oj, jak wrócę będzie ciężko się przestawić na nowe porządki…

Poniedziałek – K ma zajęcia więc większość dnia jesteśmy same. Musimy się wybrać do sklepu po kilka składników potrzebnych do gotowania zupy i przy okazji idziemy do biblioteki odebrać zamówione CD. Reszta dnia mija na karmieniu, gotowaniu zupy na raty, zabawie z Małą i tego typu sprawach. W międzyczasie odwiedza nas Szwagierka z Szwagrem i wyprowadzają na spacer Pana Psa. K wraca do domu, przejmuje usypianie Małej i w końcu możemy zjeść i niedługo potem padamy zmęczeni.

Wtorek – już czwarty tydzień jeździmy na zajęcia prowadzone przez pielęgniarkę środowiskową a finansowane przez miasto. Dwie godziny spędzamy na śpiewaniu piosenek dla maluchów, rozmowach z innymi mamami z dziećmi w podobnym wieku oraz na słuchaniu pogadanki i potem dyskutowaniu na różne tematy związane z hodowlą niemowląt. Były omawiane choroby, problemy ze spaniem, alergie oraz różne programy prowadzone przez miasto i inne instytucje. Za tydzień mamy mówić na temat wprowadzania normalnego jedzenia. A wieczorem mieliśmy gości, więc dzień całkowicie zajęty.

Środa – cotygodniowe wyjście do kina z grupą mam z zajęć ze szkoły rodzenia, poporodowych lekcji oraz wtorkowego programu. Co tydzień w pobliskim kinie jest seans filmowy dla mam z wózkami. Można przyjść z dzieckiem, postawić wózek obok siedzenia, albo siedzenie samochodowe na fotelu i rozkoszować się filmem, na ile dziecię pozwoli. Część mam chodzi i usypia dzieci, część stoi, co jakiś czas ktoś wstaje i wynosi rozwrzeszczane niemowlę do tyłu, gdzie jest tez stół do przewijania i akcesoria typu pieluchy i chusteczki do podmywania. Jak na razie udalo mi się obejrzeć Hugo The Muppets oraz Young Adult. Muszę przyznać, że Mała jest całkiem spolegliwa i daje mi oglądać bez większych awantur. Po kinie chodzimy na plotki i pogawędkę do pobliskiego Pie Shack gdzie serwują boskie paje owocowe. Często też kupujemy mięsne na wynos, bo nikomu nie chce się gotować po całym dniu rozrywki. Po posiedzeniu przy smakołykach pojechałam do domu, gdzie nawet nie wchodziłam bo Mała spała a w programie mieliśmy wizytę u Szwagierki i Szwagra. Tak więc z śpiącą Małą zabrałyśmy K i razem poszliśmy na smaczny obiadek.

Czwartek – przez jakiś czas był to dzień, kiedy jeździliśmy do szpitala na zmianę gipsu. Teraz możemy inaczej ten dzień zagospodarować, więc chodzimy na kolejne zajęcia, tym razem finansowane przez rząd Ontario. Bardzo blisko naszego domu jest jedna z placówek Ontario Early Years, gdzie raz w tygodniu są prowadzone zajęcia dla dzieci do roku. Znowu śpiewamy piosenki, niektóre nowe, część ta sama co we wtorek, rozmawiamy z innymi mamami i udzielamy się społecznie. Mała ma radochę przez większość czasu, ale pod koniec już jest zmęczona i musimy się szybciorem zbierać bo zaczyna płakać jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Ja wiem, że to jest jej normalny płacz i nic wielkiego się nie dzieje, ale inni rodzice i część obsługi patrzy z lekkim niepokojem w naszą stronę. No cóż. Sam ośrodek jest prawie nowy, w ciągu tygodnia są tam zajęcia dla różnych grup wiekowych, można przychodzić tak ot bez rejestracji czy zapisywania się. Zajęcia prowadzą dwie panie, poza tym jest wolontariuszka, która pomaga rodzicom – trzyma dziecko jak ktoś chce iść do ubikacji czy się ubrać czy też zjeść małą przekąskę przygotowaną dla każdego. Ponoć rozpoczynają też akcję promującą czytelnictwo – każdemu dorosłemu i dziecku, które przyjdą danego dnia o danej porze, będą dawać książkę. Teraz już wiemy na co idą nasze podatki, więc też trzeba trochę z tych atrakcji skorzystać.

Piątek – zaplanowana wizyta do mojego biura i lunch z koleżankami. Mała śpi większość drogi, ale budzi się w drugim metrze i do biura wkraczamy na sygnale jej płaczu. Oczywiście nie tylko moje najbliższe koleżanki, ale pół piętra wie, że ktoś przyszedł z dzieckiem. Wyjęta z wózka się troche uspokaja, odbywa rundę z rąk do rąk i kiedy przychodzi kolej mojego szefa bardzo pokazowo wymiotuje w jego stronę. Oczywiście wywołuje to wielką radość wśród całej żeńskiej cześci zespołu. Po obchodzie idziemy na lunch, najpierw je Mała potem ja a ona jakimś cudem usypia kołysana w wózku. Potem jeszcze na chwilę do biura, gdzie jemy deser po którym wracamy do domu. Mała śpi całą drogę i budzi się w momencie, kiedy przekraczamy próg domu. Oczywiście od razu chce jeść, potem zwraca część mleka na psa, który zdegustowany wycofuje się z pola rażenia.

Jutro sobota, mamy w planie wizytę koleżanki. A potem reszta weekendu też przeleci szybko, chociaż pocieszające jest to, że to długi weekend w Ontario dzięki Family Day i w poniedziałek K nie będzie musiał iść do pracy. A potem znowu zajęcia, wyjścia i spacery. Pod koniec lutego są zapisy na zajęcia prowadzone przez bibliotekę, a miasto ma jeszcze inny program dla mam, też prowadzony przez pielęgniarki, ale obejmujący nieco inny program. Tak więc jak nam się uda zapisać do dalej będziemy bywać wśród innych mam i dzieci. Czasem się czuję nieco zmęczona codziennymi wyjściami, ale z drugiej strony i tak chcę Małą codziennie z domu wyprowadzić, choćby na chwilę. Pogoda wprawdzie bardzo sprzyjająca jak na zimę, ale i tak nie zawsze chce mi się smędzić bez celu po okolicy. A tak przynajmniej mam cel i motywację żeby z domu wyjść. Zazwyczaj wychodzę później niż powinnam, więc potem pędzę do autobusu albo metra, co daje mi niezły wycisk. No i mam okazję pogadać z innymi mamami w podobnym wieku z dziećmi w podobnym wieku i mam możliwość wymienić się doświadczeniami, ale też pogadać na inne tematy niż hodowla latorośli.

Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się wstawić kilka zdjęć z St. Lawrence Market bo teraz już muszę iść poświęcić się Małej.

Read Full Post »

Właściwie to już nie takie nowości, bo Res Varia zdążył już ogłosić u siebie, ale co tam, tu jeszcze nie było nic na ten temat, więc mogę sobie taki tytuł nadać. Tak więc 31 października w naszej rodzinie pojawiła się mała istota, którą nazwaliśmy Matilda. Dzisiaj mija siedem tygodni odkąd jesteśmy razem, a ja nie wiem kiedy ten czas przeleciał i jak to się stało że za tydzień są Święta. Sporo tematów mi chodzi po głowie, które bym tu chciała poruszyć, ale jakoś tak się dzieje, że jak mam pomysł na wpis to nie mam czasu. A teraz jak sobie usiadłam na chwilę z laptopem to jakoś wszystkie myśli mi się rozbiegły. W każdym razie myślę, że ten blog nie zamieni się w blog tylko na temat matkowania, ale nie da się ukryć, że chwilowo jest to rzecz która mnie pochłania w znacznej części.  Poza tym odkrywam zupełnie inny wymiar kanadyjskiej rzeczywistości o której wcześniej nie miałam pojęcia. Część tych moich odkryć na pewno tu się znajdzie bo myślę, że mogą być ciekawe dla tych którzy mieszkają w innych częściach świata. Do tej pory kontakt z tutejszą służbą zdrowia ograniczał się do kontrolnych wizyt u lekarza domowego, a odkąd byłam w ciąży zaliczyłam niezliczone wizyty w szpitalach, klinikach i innych tego typu przybytkach i jak na razie zapowiada się, że te wizyty będą się dalej regularnie odbywać.   Liczne wizyty u lekarzy, w szpitalach, u specjalistów i położnych dały mi okazję żeby poznać nieco bliżej słynną kanadyjską służbę zdrowia oraz spotkać mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy przy okazji są specjalistami w różnych dziedzinach, ale głównie po prostu ludźmi. Ludźmi, którzy pacjentów nie traktują jak nachalnych petentów, ale też jako równych sobie ludzi. Sama nie wiem od czego zacząć, więc chyba najlepiej od początku jak wchodziliśmy w tę nową rzeczywistość.

Na początku ciąży zdecydowaliśmy się, że nie chcemy być pod opieką lekarza, zwanego tutaj w skrócie OB (obstetrician – ginekolog położnik), a chcemy znaleźć położną. Decyzję podjęliśmy po rozmowach ze znajomymi i tym co przeczytaliśmy w sieci. Głównym powodem było to, że OB mają bardzo mało czasu na to, żeby faktycznie się kobietą opiekować w czasie ciąży. Ponoć to pielęgniarki dokonują wszelkich pomiarów i przeprowadzają wywiad, a lekarz pojawia sie na chwilkę żeby odfajkować wizytę. Poza tym czas oczekiwania na wizytę jest zazwyczaj długi, mimo że się każdy umawia na konkretną godzinę. I w czasie porodu wcale nie ma gwarancji, że będzie akurat ten lekarz prowadzący, bo poród może przypaść na dyżur kogoś innego. Na temat położnych słyszeliśmy głównie pozytywne opinie i muszę przyznać ze sporo się sprawdziło.

Nam się udało dostać do kliniki położniczej niedaleko naszego domu, gdzie nam przydzielono dwie położne – Tracy, która była główną położną oraz Sarah, która była pomocnicza. Na początku chodziłam do nich raz na miesiąc i spotykałyśmy się na zmianę, raz z Tracy raz Sarah. Raz się zdarzyło że Sarah musiała jechać do porodu, więc miałam wizytę z inną położną z kliniki. Pod koniec ciąży wizyty były co dwa  tygodnie, a potem co tydzień, tak samo jak u lekarza. Położne mają uprawnienia do wypisywania skierowań na wszelkie badania krwi, USG itp więc wszystko to było też takie jak gdybym była pod opieką lekarza. Co mi się bardzo podobało to to, że wszystkie spotkania były bardzo punktualne bo najczęściej musiałam się zwalniać z pracy żeby iść na wizytę. Trwały też dosyć długo i zawsze był czas na pytania moje, czy też K który chodził ze mną na sporą część tych wizyt. Sama klinika też bardzo przyjazna i pozbawiona tej szpitalnej atmosfery, tak więc same plusy.

Od samego początku mieliśmy numer pagera naszych położnych i instrukcje kiedy mamy dzwonić gdyby się coś działo. Położne są dostępne 24 godziny na dobę podczas całej ciąży, poród a potem sześć tygodni po porodzie. Na szczęście w czasie ciąży nie musieliśmy z tej możliwości korzystać, ale po porodzie kilka razy dzwoniłam i zawsze odpowiadały na mój telefon w ciągu 10-15 minut. Muszę przyznać, że sama świadomość że można liczyć na fachową pomoc w momencie kiedy ma się w domu noworodka była bardzo budująca.

Kolejną rzeczą, która zdecydowała na kożyść położnych był fakt, ze wiedzieliśmy ze to właśnie Tracy albo Sarah bedą z nami w czasie porodu, a nie ktoś zupełnie przypadkowy. Przez te wszystkie wizyty, mieliśmy czas się poznać i oswoić ze sobą. Muszę przyznać, że w czasie porodu mi to dużo dało, że nie jakaś obca osoba, ale ktoś z kim się zdążyłam poznać i zżyć opiekuje się mną i dzieckiem w czasie porodu.

W dniu porodu Tracy najpierw była dostępna przez telefon w nocy a potem od rana do momentu jak się urodziła Matilda była cały czas z nami. Dzięki temu że rodziliśmy w szpitalu był też dostępny lekarz, z którym Tracy musiała się konsultować i który w końcu musiał przejąć pałeczkę i wyjąć małą, która okazała się być zbyt duża (4.690 kg!) żeby wyjść na świat naturalnie. Ale Tracy też była obecna w czasie operacji i nam dodawala otuchy i mówiła K co ma robić.

Po porodzie trzymali nas w szpitalu jedynie 36 godzin. Jako że lekarz przejął opiekę robiąc cesarkę, obie byłyśmy pod kontrolą szpitalną, ale i tak położne przyszły z wizytą dzień po porodzie i w dniu kiedy szłyśmy do domu. Potem miałam jeszcze cztery wizyty domowe i trzy wizyty u nich w klinice, plus całkiem sporo konsultacji przez telefon.  Muszę przyznać, że mi było wręcz smutno jak szłam na ostatnią wizytę bo wiedziałam, że będzie mi brakować nie tylko fachowej pomocy położnych ale też zwykłych rozmów, głównie z Tracy. No i faktycznie, brakuje, ale na szczęście są inni rozmówcy i motywacje do wyjścia z domu, ale o tym następnym razem.

Read Full Post »

Kilka lat temu do walki z zimą i śniegiem w Toronto została wezwana armia, gdyż miasto sobie nie radziło. Przez długi czas to wydarzenie było obiektem żartów, zarówno Torontończyków jak i reszty Kanady. Pod wpływem tego incydentu powstał poniższy raport specjalny:



A skoro o zimie w mediach mowa, to zawsze o tej porze roku przypomina mi się poniższa reklama, świetnie oddaje obecne nastroje (wydaje mi się że resvaria u siebie kiedyś to zamieszczał, ale nie mogę się powstrzymać):



I jeszcze jeden hit sezonu:



Oby do wiosny!

Read Full Post »

Older Posts »