Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘z zycia wzięte’ Category

Po raz kolejny wracam po długiej przerwie i zastanawiam się czy warto dalej tu pisać. Ale z drugiej strony gdzieś i jakoś trzeba utrwalać te uciekające chwile. Przystanąć i posłuchać wiatru i poczuć zapach rozgrzanego asfaltu po deszczu. I przypomnieć sobie, że radość jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko nieco zwolnić i zauważyć te wszystkie drobiazgi, które mogą tak wiele wnieść do szarej i monotonnej rzeczywistości. Kilka lat temu wydawało mi się, że moje życie to jedno pasmo splatających się ze sobą dni, które niewiele się od siebie różnią i wydawało mi się że nic się ciekawego nie dzieje i otacza mnie monotonia i bardzo szara rzeczywistość. I doszłam do wniosku że muszę zacząć szukać kolorów wokół siebie. Wszędzie i zawsze. Postanowiłam sobie, że codziennie wieczorem będę sobie zapisywać przynajmniej jedną pozytywną chwilę, która mi się przydarzyła w danym dniu.Na początku było trudno, musiałam się bardzo rozglądać i być czujna, żeby zacząć zauważać co się pozytywnego dzieje dokoła. Żeby chociaż jeden wpis pojawił się w moim zeszycie. Uważnie się rozglądałam w drodze do pracy, na spacerze z psem, w czasie zakupów czy spotkania ze znajomymi. I okazało się, że z czasem mój zeszyt zaczął sie zapełniać zapachami, obrazami, smakami, doznaniami i odczuciami. Z czasem przestałam o tym myśleć i świat nabrał wielu kolorów. Mimo to dalej zapisuję w zeszycie, prawie codziennie, różne pozytywne doznania i obserwacje. I wciąż mi to dużo daje, zmusza do zwolnienia, zastanowienia i docenienia tego, co mam. I dlatego też, nie potrafię zupełnie zamknąć i skończyć tej przygody blogowej bo jest też sposób na to, żeby zwolnić, zastanowić się i utrwalić. Chociażby tylko dla samej siebie.

Nie wiem jeszcze co tu się będzie pojawiało, pewnie sporo zdjęć a mało tekstu, jako że zdjęcia świetnie się nadają żeby utrwalać miłe chwile. Jak dzisiejszy spacer w czasie lunchu. Muszę przyznać, że odkąd mam telefon z aparatem, utrwalanie jest dużo łatwiejsze bo można to robić zawsze i wszędzie. Ale normalny duży aparat też mi wciąż często towarzyszy i będzie się tu pojawiał.

A oto obrazki z dzisiaj, co można zobaczyć jak się wyjdzie z biura o 1:00 i pochodzi po okolicy przez jakies 45 minut. Wciąż wiele do odkrycia przede mną. I do odkrycia na nowo, bo teoretycznie te miejsca znam, ale dawno mnie tam nie było. Jak i tutaj…

IMG_0454 IMG_0456 IMG_0459 IMG_0461 IMG_0465

Advertisements

Read Full Post »

I tak samo się stało z moim urlopem macierzyńskim. Nie wiem kiedy to przeleciało, wiem tylko że zdecydowanie za szybko… I tak jutro znowu wsiądę do metra i ruszę z tłumem do centrum Toronto żeby usiąść w swoim biurowym kąciku i stukać na klawiaturze przez osiem godzin dziennie. A tu jak na złość, na cały przyszły tydzień zapowiadają bardzo ciepłą pogodę. Jutro ma być słońce i 19 stopni a w czwartek słońce i 21 stopni. I wcale mi nie będzie żal, że muszę tam siedzieć zamiast zażywać świeżego powietrza i spacerować sobie z Małą nad jeziorem albo po innych miłych miejscach. No cóż, tak to niestety jest. Czas zabrać się poważnie za plan B. Czyli zaczynamy grać w totolotka…

A oto jak Mala wyrosla przez ten rok…

Read Full Post »

I wciąż tu jesteśmy. Odwiedzamy, zwiedzamy, oglądamy, jemy i pijemy. Matilda wciąż bardzo dzielnie znosi wszelakie oznaki zachwytu i miłości ze strony babć, dziadków, cioć i kuzynek. Pozwala się nosić, pieścić, tulić i zabawiać. Nie wiem co my z nią zrobimy po powrocie do Toronto. Chyba będzie trzeba iść na Dundas Square żeby jej dostarczyć rozrywki i widoku wielu obcych twarzy. A tak poważnie to cieszę się bardzo że jest taka otwarta na wszystko i wszystkich. Nie ma problemu żeby z nią chodzić po mieście, iść na obiad czy deser do Wedla. Gdybym jej dała to pewnie próbowałaby różnych gatunków piwa razem ze mną, a tak to musi się zadowolić swoimi słoiczkami i kosztowaniem potraw, które mogę jej dać.

A ja też wciąż oglądam, odkrywam i poznaję na nowo, przypominam sobie albo nie. Różne rzeczy mi się podobają, inne nieco mniej, ale doszłam do wniosku, że to już nie jest moje miejsce. Nie czuję się tutaj jakbym była u siebie, a raczej jak turysta, który patrzy na wszystko z zewnątrz. Jasne, że mam sentyment do różnych miejsc i przeprowadzam Matildę naszymi starymi ścieżkami, ale jak wczoraj szłam po Rynku to czułam się trochę tak, jak kiedy zwiedzałam Wiedeń, Pragę czy Berlin. Nie wiem czy to dlatego, że chodzę po mieście dużo wolniej niż chodziłam kiedy tu mieszkałam, bo nie muszę nigdzie pędzić (jak to turysta), czy też dlatego, że na szyi wisi mi aparat fotograficzny i na wiele rzeczy patrzę pod kątem robienia zdjęć, czy może dlatego, że właśnie już tu nie należę i nie potrafię się zgubić w tym tłumie. Nie mam pojęcia czy potrafilabym tu wrócić na stałe i tu żyć. Nie wiem też czy byłby to rzeczywiście powrót, czy też kolejne zaczynanie wszystkiego od nowa, poznawania realiów i życia w nowej rzeczywistości. Fakt, że język znamy nie znaczy, że bylibyśmy u siebie. Myślę, że może byłoby jeszcze trudniej bo kiedy się jest cudzoziemcem wiele błędów i potyczek może być wybaczonych. Ale przecież my nie jesteśmy cudzoziemcami, więc te same potknięcia pewnie przyniosłyby różne dziwne rezultaty. Ale wracać nie mamy zamiaru, więc nie ma co teoretyzować. Pozostaje spisać spostrzeżenia i obserwacje.

Zapachy – te przyjemne i te mniej. Niektóre są tak charakterystyczne, że wciąż są i trwają i nie straszne im mijające lata i mody:

Kiosk Ruchu – nie wiem co w tym jest, ale kiedy po raz pierwszy w ciągu tego pobytu weszłam do Kiosku Ruchu to jego zapach przeniósł mnie daleko w przeszłość. Niby zmienia się technika drukowania, papier i wszystko inne, ale jakimś cudem zapach jest ten sam, przynajmniej według mnie.

Warzywniak Osiedlowy – pojawiają się nowe owoce i warzywa obok marechwki i selera, ale osiedlowy warzywniak wciąż pachnie tak samo. Jakaś taka mieszanka ogórków kiszonych, kapusty i ziemniaków. Nie wiem co w tym jest, ale jest to niepowtarzalny zapach.

Antykawriat na Szpitalnej – jeden z nielicznych antykwariatów, który jest tam gdzie zawsze był. I jak się przechodzi obok to ze środka bije taki zapach książek, że człowiek ma ochote zostawić wszystko w diabły i na nowo zapisać się na studia. Żeby mieć pretekst i powód żeby te książki kupować, nawet jeśli by ich nie czytać.

Sukiennice – polączenie cepelii, starych murów, tłumów turystów i nie wiem czego jeszcze, ale pachną tak samo i niepowtarzalnie.

Zapach podwórka w starej krakowskiej kamienicy – czasem zaciągnie z jakiejś bramy i trudno go czymś innym pomylić. Wilgoć, minione wieki i sama nie wiem co jeszcze.

Planty – gołębie wciąż robią swoje…

Pasaż od Plant do Dworca Głównego – jak bardzo by się nie starali, unowocześniali i pucowali, ten pasaż wciąż ma zapach moczu i oscyka. A może to tylko istnieje w mojej podświadomości?

Tramwaje i Autobusy – są nowsze, ładniejsze itp ale ludzie wciąż tak samo nie-pachną. Dziś przyadło mi stanąć pod pachą pewnego pana i bardzo mi z tym było źle. Nie twierdzę, że w Toronto wszyscy pocą się na różano ale jednak tego zapachu potu mniej się czuje. Choć zapach ostrego curry wyziewający, zwłaszcza w zimie, z okryć niektórych współpasażerów też mógłby niejednego powalić z nóg.

Miało być więcej impresji i zapachów, ale robi się późno a jutro kolejny długi dzień przed nami. A na koniec widokówka z Krakowa.

Oraz zdjęcie dedykacja dla K., który ma dziś urodziny, które to, po raz pierwszy od lat studenckich, spędzamy osobno. Jeszcze raz, Sto Lat Paszczaku!

Read Full Post »

Parę tygodni temu przeglądałam zdjęcia z pierwszego lata w naszym ogródku i przeraziłam się widząc jak bardzo urosła nasza wierzba przez te trzy lata naszego tutaj mieszkania. Co prawda staramy się nieco podcinac jej witki coby nas po nosach nie łaskotały kiedy chodzimy do i z auta, ale to pewnie tylko je wzmacnia. Jak podcinane włosy. Efekt jest taki, że wierzba prawie całkowicie zawładnęła tyłem ogródka, trawa pod nią nie rośnie, wszędzie pełno jej listków i gałązek, które się wplątują w noże naszej kosiarki do trawy.

wierzba w lipcu 2009

wierzba w lipcu 2012

Jak widać, prawie całkowicie już zarośliśmy i wierzba już nie mieści się w kadrze. Pewnie przydałoby się kiedyś to nasze drzewo nieco bardziej stanowczo ucywilizowac, ale póki co jest jak jest. Jak wspominał u siebie Res Varia, pomieszują na wierzbie szope pracze, które udało nam się ostatnio przyłapać na schodzeniu z drzewa.

Poza tym wieczorami grają nam koniki polne oraz sąsiad za płotem pobrzdękuje na gitarze. Tuż nad parasolem ogrodowym kursują nietoperze, które polują na komary, których, niestety, wciąż jest znacznie za dużo. Kiedy zdarzają się wieczory, że nie słychać karetek, sąsiedzi nie naprawiają aut ani motorów i nie urządzają głośnych imprez, a na bezchmurnym niebie widać gwiazdy, to można pomyśleć, że jesteśmy gdzieś daleko od zgiełku miasta… A jak K zacznie jeszcze wędzić i grilować to już zupełnie jakbyśmy byli pod namiotem i siedzieli przy ognisku. I wcale mi pszczół nie brakuje, wystarczą mi koniki polne…

Read Full Post »

Pierwszą poważną książką, którą przeczytałam były Dzieci z Bulerbyn i miałam chyba wtedy jakieś 7 lat. Pamiętam, że byłam bardzo dumna, że skończyłam sama tak grube tomisko i cieszyłam się, że tyle jeszcze innych wspaniałych książek przede mną. Miałam uczucie, że zaczynam właśnie ekscytującą przygodę, która przyniesie wiele wspaniałych wrażeń i doznań. Podobne uczucie miałam jak skończyłam czytać pierwszą powieść po angielsku i potem po turecku. Nowy świat stawał przede mną otworem i czekał żeby go zagłębiać i poznawać.

Od czasów Dzieci z Bulerbyn które swoją drogą przeczytałam jeszcze wiele razy, mam na koncie wiele przeczytanych książek wszelakich i różnorakich. Czytanie nałogowe wiąże się z nałogowym kupowaniem, na które to cierpi również mój mąż. W związku z tym, nasz dom jest zawalony książkami, część stoi na dwóch obecnie działających regałach, ale znaczna część zalega w pudłach na werandzie i czeka na swoje miejsce na półkach, których jeszcze nie ma w pokoju, który będzie ich domem a na razie jest w stanie wiecznego remontu. Do niektórych książek wracam, do innych nie, ale i tak nie potrafię się z nimi rozstać. Kilka razy przebierałam, wybierałam i decydowałam, które można oddać / sprzedać / zamienić, ale zawsze jakoś tego nie było za wiele. Także nasza kolekcja słowa drukowanego rośnie i wzrasta niezmiennie.

Mamy niezłą kolekcję powieści po polsku, angielsku i turecku, słowników, książek naukowych K, książek kucharskich, fotograficznych, wszelakich poradników na temat hodowli dzieci i ogródka, poradników dla majsterkowicza i oczywiście stolarza oraz troche różnych albumów. Do tego dochodzą czasopisma, które oboje prenumerujemy – fotograficzne i stolarskie oraz tygodnik Maclean’s. Żeby to wszystko gdzieś ładnie ułożyć, przydałby nam się osobny pokój – biblioteka, gdzie wszystko by ładnie było poukładane a w kącie stał wygodny fotel z podnóżkiem do czytania.

Oczywiście na takie luksusy nie mamy szans, więc jakoś znowu trzeba będzie poupychać całą tę makulaturę po kątach. Wydawałoby się, że rozsądni ludzie przestaliby kupować i przynosić do domu kolejne tomy, ale niestety do rozsądnych nie należymy, choć staramy się bardzo ograniczyć ilości zdobywanych dzieł oraz oboje korzystamy namiętnie z biblioteki miejskiej. A kolejnym krokiem do tego, żeby nie przybywało tak wiele i szybko, było nabycie eczytacza przeze mnie i dla mnie. Bo K sie na razie wzdryga i odżegnuje. Nabyłam więc to urządzenie, choć nie ukrywam, że z pewną taką nieśmiałością. Trochę się ośmieliłam po wizycie u nas Anety, która przywiozła swojego Kindla, o którym u siebie kilkakrotnie pisała i którego  to sobie mogłam dokładnie obejrzeć i mi Aneta opowiedziała trochę jak to działa i co się z tym robi i gdzie się zdobywa takie książki. Już miałam kupić Kindla, jak zobaczyłam na stronie torontońskiej biblioteki, że format książek, który oni mają nie działa na Kindle tylko na Kobo. Tak więc decyzja, który czytacz mam kupić została podjęta za mnie. Pozostało tylko kupić i używać. Więc kupiłam i używam kobisia od jakichś paru tygodni.

Na razie przeczytałam jedną całą powieść, którą pożyczyłam z biblioteki. I jak na razie mam uczucia mieszane. Na pewno urządzenie ma mnóstwo racjonalnych i praktycznych zalet i rozwiązań: to że można mieć na raz ze sobą tyle różnych tytułow w różnych językach, że jest lekkie, że tak łatwo można kupować powieści w innych językach i nie płacić za przesyłkę, że ma słownik wbudowany, że jest sporo darmowych tytułów, że pożyczanie książek z biblioteki jest niesamowicie łatwe i nie trzeba pamiętać o dacie zwrotu bo książka sama znika z czytacza (co może być denerwujące, jak się ma jeden rozdział do skonczenia i by się świadomie chciało zwlec z oddaniem i zapłacić te 0.40 kary). I z tych wszystkich racjonalnych powodów kobisia lubię i będę używać. Ale niestety nie mogę się zdeklarować, że już nie kupię żadnej książki i że od dzisiaj tylko na czytaczu będę czytać. Brakowało mi papieru, brakowało mi kartkowania do przodu, tak żeby podglądnąc co się będzie działo (wiem ze taka opcja jest, ale to jakoś inaczej jest) oraz kartkowania po skończeniu powieści żeby sobie przypomnieć i utrwalić ciekawsze momenty…Tak więc dalej jestem zadowolona, że kobisia kupiłam, będę z niego na pewno dużo korzystać, zwłaszcza jak wrócę do pracy i będę znowu czytać w metrze, będę pożyczać powieści z biblioteki i pewnie też będę kupować ebooki w różnych językach, ale jakoś nie czuję tego samego co czułam po przeczytaniu Dzieci z Bulerbyn czy pierwszej powieści po turecku. Choć kto wie, może z czasem kobiś zapracuje na głębsze uczucie z mojej strony.

Read Full Post »

Jak zwykle, mam spore zaległości z pisaniem i blog się całkiem zapuścił i opuścił. Często w ciągu dnia przychodzą mi do głowy pomysły na jakąś notkę, nawet sobie w myślach układam wstęp i wszystko ładnie i gładko idzie. Tyle ze jak już siadam przed komputerem to w głowie się robi pustka, albo notka już się robi nieaktualna i przeterminowana, o co przy zawrotnym tempie pędzącego czasu wcale nietrudno. Właśnie zobaczyłam, że mam jakieś sześć zaczętych wpisów, które nigdy nie zostały dokończone i nie ujrzały światła monitorowego. W związku z i w wyniku tego, po raz kolejny zastanawiam się czy istnienie tego bloga ma jeszcze w ogóle jakiś sens. Co jakiś czasnachodzi mnie myśl o jego zamknięciu, ale jakoś tak mi szkoda i sobie obiecuję, że się poprawie i pisać będę wiecej, albo chociaż jakieś zdjęcia wstawiać, ale z realizacją tych planów różnie wychodzi. Albo nawet i nie różnie, tylko wciąż tak samo: nie wychodzi. To może jednak zamknąć… Ale zanim zdecyduję ostatecznie, kilka słów o tym co się u nas dzieje.

Dni mijają szybko i choć często podobne do siebie wcale nie są monotonne. Pogoda dopisuje, więc sporo czasu spędzamy na spacerach w różnych kombinacjach – my w dwójke z Małą, z Małą i psem, całorodzinnie –  z Małą, K i psem, albo rodzinnie, ale bez psa. Pokonujemy trasy krótkie i długie, miejskie i podmiejskie, żeby coś załatwić albo się snujemy bez celu po okolicy. Udało nam się zaliczyć kilka szlaków z wózkiem i jak na razie Matylda najczęsciej dzielnie znosi całkiem długie w nim wędróki, oraz przenoszenie wózka przez nieprzejezdne kawałki lasu. Jak na razie tylko raz musieliśmy wrócic ze szlaku bo była bardzo nieszczęśliwa, ale przypuszczamy ze to dlatego, że ugryzł ją komar kiedy ją karmiłam w miejscu, gdzie było tego paskudztwa wyjątkowo dużo.

A gdy jest zbyt gorąco żeby wychodzić gdzieś dalej, siedzimy w domu i w ogródku, który pomimo kompletnego zaniedbania nabiera kolorów. Zaglądają do nas różne okazy przyrody, w tym bardzo dziwne robale, które okazały się być pożyteczne jako że ich larwy żywią się innymi robakami, które z kolei pasożytują na drzewach i je uśmiercają. Nie wiem jak się nazywają po polsku, bo nie znalazłam ale po angielsku to Ichneumonoidea. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Pozostając w temacie robali, kolejny rok z rzędu panuje w naszym ogródku plaga skorków. W tamtym roku zeżarły mi wszystkie ziola, w tym znowu się objawily. Na drugi dzień od posadzenia mięty i bazylii już były dziury w liściach i wieczorem można zobaczyć całe stada tego paskudztwa. K pryska okolice skrzynki na ziola i ziemię, poza tym mamy rozstawione specjalne pułapki, ale to nic nie daje. Ziół pryskać nie chcemy bo jak to potem jeść takie pryskane… Czasem mam wrażenie, że mieszkamy na jakiejś wsi a nie w kilkumilionowym mieście.

Poza walką ze skorkami, nasz ogród jest polem częstych manewrów grilowych. K wczesną wiosną zakupił grill na węgiel drzewny i teraz często i gęsto griluje i wędzi takie smakołyki, że weganin by się nie oparł. Jak na razie, największą popularnością cieszą się wędzone nogi kurczacze, choć żeberka też były wyśmienite.

Poza tym wraz z Matyldą spotykamy się dalej z innymi mamami i niezmiennie się dziwimy jak szybko te nasze maluchy się zmieniają i dorośleją. Każdy tydzień przynosi jakieś nowe umiejętności, odkrycia i niespodzianki. Już od prawie dwóch miesięcy Matylda zapoznaje się z nowymi smakami i konsystencją jedzenia inną od ciekłej. Zdecydowanie sprawia jej to dużo radości i zawsze chętnie otwiera buzię na widok łyżeczki albo próbuje sama przejąć ster i trafiać łyżeczką do buzi. Jak na razie preferuje owoce / warzywa o wyrazistych smakach, ewentualnie kombinacje z takimi.

Przez kilka tygodni gościliśmy Dziadka Michała, z którym Matylda nawiązała świetny kontakt. Dziadek oprócz dziadkowania pomógł nam niezmiernie w remoncie łazienki, która dzięki jego cierpliwości i wytrwałości nabrała zupełnie innego wyglądu. Tutaj jeszcze bez umywalki:

 

Poza tym mieliśmy bardzo miłych gości z Syracuse i tutaj tez Mała okazała się być bardzo otwarta i gościnna i nawet pozwalała się brać na ręce. Co prawda jedną noc była tak “gadatliwa” że goście mimo stoperów w uszach i odległości sypialni mieli problemy ze spaniem, ale jakoś to zostało wybaczone.

Poza wszelkimi zajęciami związanymi z matkowaniem, oraz jedzeniem wędzonych smakołyków, czasem udaje mi się zrobić jakieś zdjęcia, czasem też inne niż Matyldy, choć zdecydowanie to ona jest głównym obiektem. Ale jak tu się oprzeć, kiedy zmienia się tak szybko i chciałabym jakoś zatrzymać ten pędzący czas. Wiem, że jest to niemożliwe, więc staram się utrwalić jak najwięcej tych cennych i niepowtarzalnych chwil. Częściowo dla siebie, ale też dla rodziny, która nie ma możliwości ich doświadczać na żywo. No i oczywiście też dla Matyldy, żeby kiedyś mogła sobie zobaczyć jakim byla słodkim bobasem.

———————————————————–

I tyle udało mi się napisać przez ostatnie kilka dni. Notka miała być dłuższa i obfitsza, ale ponieważ powoli mi to idzie, to lepiej ją już tu wsadzę bo za chwilę znowu będzie zupełnie nieaktualna. Zobaczymy jak będzie dalej z pisaniem….

Read Full Post »

Na początku zimy powiesiliśmy w naszym ogródku karmnik, ale jakoś mało ptaków się zlatywało. Pomyśleliśmy, że to dlatego że zima łagodna, więc skrzydlate mają dosyć innego pożywienia. U Szwagierki też było jakoś mało, mimo że mieli bardzo profesjonalny karmnik i nastawieni byli na duże ilości ptactwa. Pustki w okolicy ich karmnika były tym dziwniejsze, że latem i jesienią był tam całkiem spory ruch, a tu tymczasem cisza. Żadne z nas nie jest jakimś świetnym ornitologiem (nie mylić z orientalistą) więc tak sobie teoretyzowaliśmy że może w okolicy się pojawił jakiś drapieżnik. Kilka dni temu zauważyłam, że na drzewie na przeciw naszego domu ląduje coś dużego, ewidentnie drapieżnego. Niestety nie miałam pod ręką lornetki, a jak już znalazłam to było za późno, więc nie zdążyłam gościa zidentyfikować. Aż dzisiaj rano, K mnie woła do okna w drzwiach balkonowych i pokazuje scenkę rodzajową: ptaszysko wielkie siedzi na naszym z sąsiadami płotem i szarpie jakąś zdobycz. Popędziłam po aparat, ale niestety nie miałam dobrego obiektywu i ptak nie wyszedł zbyt wyraźnie. Chciałam biec na górę po lepszy sprzęt, ale niestety ptak odleciał spłoszony przez… wiewiórkę. A wyglądało to tak jak na zdjęciach poniżej. Wydaje nam się, że to cooper’s hawk, po polsku krogulec czarnolbisty, ale nie jesteśmy pewni. Jeśli ktoś wie, to prosimy o podpowiedź.

Read Full Post »

Older Posts »