Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘z zycia wzięte’ Category

Po raz kolejny wracam po długiej przerwie i zastanawiam się czy warto dalej tu pisać. Ale z drugiej strony gdzieś i jakoś trzeba utrwalać te uciekające chwile. Przystanąć i posłuchać wiatru i poczuć zapach rozgrzanego asfaltu po deszczu. I przypomnieć sobie, że radość jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko nieco zwolnić i zauważyć te wszystkie drobiazgi, które mogą tak wiele wnieść do szarej i monotonnej rzeczywistości. Kilka lat temu wydawało mi się, że moje życie to jedno pasmo splatających się ze sobą dni, które niewiele się od siebie różnią i wydawało mi się że nic się ciekawego nie dzieje i otacza mnie monotonia i bardzo szara rzeczywistość. I doszłam do wniosku że muszę zacząć szukać kolorów wokół siebie. Wszędzie i zawsze. Postanowiłam sobie, że codziennie wieczorem będę sobie zapisywać przynajmniej jedną pozytywną chwilę, która mi się przydarzyła w danym dniu.Na początku było trudno, musiałam się bardzo rozglądać i być czujna, żeby zacząć zauważać co się pozytywnego dzieje dokoła. Żeby chociaż jeden wpis pojawił się w moim zeszycie. Uważnie się rozglądałam w drodze do pracy, na spacerze z psem, w czasie zakupów czy spotkania ze znajomymi. I okazało się, że z czasem mój zeszyt zaczął sie zapełniać zapachami, obrazami, smakami, doznaniami i odczuciami. Z czasem przestałam o tym myśleć i świat nabrał wielu kolorów. Mimo to dalej zapisuję w zeszycie, prawie codziennie, różne pozytywne doznania i obserwacje. I wciąż mi to dużo daje, zmusza do zwolnienia, zastanowienia i docenienia tego, co mam. I dlatego też, nie potrafię zupełnie zamknąć i skończyć tej przygody blogowej bo jest też sposób na to, żeby zwolnić, zastanowić się i utrwalić. Chociażby tylko dla samej siebie.

Nie wiem jeszcze co tu się będzie pojawiało, pewnie sporo zdjęć a mało tekstu, jako że zdjęcia świetnie się nadają żeby utrwalać miłe chwile. Jak dzisiejszy spacer w czasie lunchu. Muszę przyznać, że odkąd mam telefon z aparatem, utrwalanie jest dużo łatwiejsze bo można to robić zawsze i wszędzie. Ale normalny duży aparat też mi wciąż często towarzyszy i będzie się tu pojawiał.

A oto obrazki z dzisiaj, co można zobaczyć jak się wyjdzie z biura o 1:00 i pochodzi po okolicy przez jakies 45 minut. Wciąż wiele do odkrycia przede mną. I do odkrycia na nowo, bo teoretycznie te miejsca znam, ale dawno mnie tam nie było. Jak i tutaj…

IMG_0454 IMG_0456 IMG_0459 IMG_0461 IMG_0465

Read Full Post »

I tak samo się stało z moim urlopem macierzyńskim. Nie wiem kiedy to przeleciało, wiem tylko że zdecydowanie za szybko… I tak jutro znowu wsiądę do metra i ruszę z tłumem do centrum Toronto żeby usiąść w swoim biurowym kąciku i stukać na klawiaturze przez osiem godzin dziennie. A tu jak na złość, na cały przyszły tydzień zapowiadają bardzo ciepłą pogodę. Jutro ma być słońce i 19 stopni a w czwartek słońce i 21 stopni. I wcale mi nie będzie żal, że muszę tam siedzieć zamiast zażywać świeżego powietrza i spacerować sobie z Małą nad jeziorem albo po innych miłych miejscach. No cóż, tak to niestety jest. Czas zabrać się poważnie za plan B. Czyli zaczynamy grać w totolotka…

A oto jak Mala wyrosla przez ten rok…

Read Full Post »

I wciąż tu jesteśmy. Odwiedzamy, zwiedzamy, oglądamy, jemy i pijemy. Matilda wciąż bardzo dzielnie znosi wszelakie oznaki zachwytu i miłości ze strony babć, dziadków, cioć i kuzynek. Pozwala się nosić, pieścić, tulić i zabawiać. Nie wiem co my z nią zrobimy po powrocie do Toronto. Chyba będzie trzeba iść na Dundas Square żeby jej dostarczyć rozrywki i widoku wielu obcych twarzy. A tak poważnie to cieszę się bardzo że jest taka otwarta na wszystko i wszystkich. Nie ma problemu żeby z nią chodzić po mieście, iść na obiad czy deser do Wedla. Gdybym jej dała to pewnie próbowałaby różnych gatunków piwa razem ze mną, a tak to musi się zadowolić swoimi słoiczkami i kosztowaniem potraw, które mogę jej dać.

A ja też wciąż oglądam, odkrywam i poznaję na nowo, przypominam sobie albo nie. Różne rzeczy mi się podobają, inne nieco mniej, ale doszłam do wniosku, że to już nie jest moje miejsce. Nie czuję się tutaj jakbym była u siebie, a raczej jak turysta, który patrzy na wszystko z zewnątrz. Jasne, że mam sentyment do różnych miejsc i przeprowadzam Matildę naszymi starymi ścieżkami, ale jak wczoraj szłam po Rynku to czułam się trochę tak, jak kiedy zwiedzałam Wiedeń, Pragę czy Berlin. Nie wiem czy to dlatego, że chodzę po mieście dużo wolniej niż chodziłam kiedy tu mieszkałam, bo nie muszę nigdzie pędzić (jak to turysta), czy też dlatego, że na szyi wisi mi aparat fotograficzny i na wiele rzeczy patrzę pod kątem robienia zdjęć, czy może dlatego, że właśnie już tu nie należę i nie potrafię się zgubić w tym tłumie. Nie mam pojęcia czy potrafilabym tu wrócić na stałe i tu żyć. Nie wiem też czy byłby to rzeczywiście powrót, czy też kolejne zaczynanie wszystkiego od nowa, poznawania realiów i życia w nowej rzeczywistości. Fakt, że język znamy nie znaczy, że bylibyśmy u siebie. Myślę, że może byłoby jeszcze trudniej bo kiedy się jest cudzoziemcem wiele błędów i potyczek może być wybaczonych. Ale przecież my nie jesteśmy cudzoziemcami, więc te same potknięcia pewnie przyniosłyby różne dziwne rezultaty. Ale wracać nie mamy zamiaru, więc nie ma co teoretyzować. Pozostaje spisać spostrzeżenia i obserwacje.

Zapachy – te przyjemne i te mniej. Niektóre są tak charakterystyczne, że wciąż są i trwają i nie straszne im mijające lata i mody:

Kiosk Ruchu – nie wiem co w tym jest, ale kiedy po raz pierwszy w ciągu tego pobytu weszłam do Kiosku Ruchu to jego zapach przeniósł mnie daleko w przeszłość. Niby zmienia się technika drukowania, papier i wszystko inne, ale jakimś cudem zapach jest ten sam, przynajmniej według mnie.

Warzywniak Osiedlowy – pojawiają się nowe owoce i warzywa obok marechwki i selera, ale osiedlowy warzywniak wciąż pachnie tak samo. Jakaś taka mieszanka ogórków kiszonych, kapusty i ziemniaków. Nie wiem co w tym jest, ale jest to niepowtarzalny zapach.

Antykawriat na Szpitalnej – jeden z nielicznych antykwariatów, który jest tam gdzie zawsze był. I jak się przechodzi obok to ze środka bije taki zapach książek, że człowiek ma ochote zostawić wszystko w diabły i na nowo zapisać się na studia. Żeby mieć pretekst i powód żeby te książki kupować, nawet jeśli by ich nie czytać.

Sukiennice – polączenie cepelii, starych murów, tłumów turystów i nie wiem czego jeszcze, ale pachną tak samo i niepowtarzalnie.

Zapach podwórka w starej krakowskiej kamienicy – czasem zaciągnie z jakiejś bramy i trudno go czymś innym pomylić. Wilgoć, minione wieki i sama nie wiem co jeszcze.

Planty – gołębie wciąż robią swoje…

Pasaż od Plant do Dworca Głównego – jak bardzo by się nie starali, unowocześniali i pucowali, ten pasaż wciąż ma zapach moczu i oscyka. A może to tylko istnieje w mojej podświadomości?

Tramwaje i Autobusy – są nowsze, ładniejsze itp ale ludzie wciąż tak samo nie-pachną. Dziś przyadło mi stanąć pod pachą pewnego pana i bardzo mi z tym było źle. Nie twierdzę, że w Toronto wszyscy pocą się na różano ale jednak tego zapachu potu mniej się czuje. Choć zapach ostrego curry wyziewający, zwłaszcza w zimie, z okryć niektórych współpasażerów też mógłby niejednego powalić z nóg.

Miało być więcej impresji i zapachów, ale robi się późno a jutro kolejny długi dzień przed nami. A na koniec widokówka z Krakowa.

Oraz zdjęcie dedykacja dla K., który ma dziś urodziny, które to, po raz pierwszy od lat studenckich, spędzamy osobno. Jeszcze raz, Sto Lat Paszczaku!

Read Full Post »

Parę tygodni temu przeglądałam zdjęcia z pierwszego lata w naszym ogródku i przeraziłam się widząc jak bardzo urosła nasza wierzba przez te trzy lata naszego tutaj mieszkania. Co prawda staramy się nieco podcinac jej witki coby nas po nosach nie łaskotały kiedy chodzimy do i z auta, ale to pewnie tylko je wzmacnia. Jak podcinane włosy. Efekt jest taki, że wierzba prawie całkowicie zawładnęła tyłem ogródka, trawa pod nią nie rośnie, wszędzie pełno jej listków i gałązek, które się wplątują w noże naszej kosiarki do trawy.

wierzba w lipcu 2009

wierzba w lipcu 2012

Jak widać, prawie całkowicie już zarośliśmy i wierzba już nie mieści się w kadrze. Pewnie przydałoby się kiedyś to nasze drzewo nieco bardziej stanowczo ucywilizowac, ale póki co jest jak jest. Jak wspominał u siebie Res Varia, pomieszują na wierzbie szope pracze, które udało nam się ostatnio przyłapać na schodzeniu z drzewa.

Poza tym wieczorami grają nam koniki polne oraz sąsiad za płotem pobrzdękuje na gitarze. Tuż nad parasolem ogrodowym kursują nietoperze, które polują na komary, których, niestety, wciąż jest znacznie za dużo. Kiedy zdarzają się wieczory, że nie słychać karetek, sąsiedzi nie naprawiają aut ani motorów i nie urządzają głośnych imprez, a na bezchmurnym niebie widać gwiazdy, to można pomyśleć, że jesteśmy gdzieś daleko od zgiełku miasta… A jak K zacznie jeszcze wędzić i grilować to już zupełnie jakbyśmy byli pod namiotem i siedzieli przy ognisku. I wcale mi pszczół nie brakuje, wystarczą mi koniki polne…

Read Full Post »

Pierwszą poważną książką, którą przeczytałam były Dzieci z Bulerbyn i miałam chyba wtedy jakieś 7 lat. Pamiętam, że byłam bardzo dumna, że skończyłam sama tak grube tomisko i cieszyłam się, że tyle jeszcze innych wspaniałych książek przede mną. Miałam uczucie, że zaczynam właśnie ekscytującą przygodę, która przyniesie wiele wspaniałych wrażeń i doznań. Podobne uczucie miałam jak skończyłam czytać pierwszą powieść po angielsku i potem po turecku. Nowy świat stawał przede mną otworem i czekał żeby go zagłębiać i poznawać.

Od czasów Dzieci z Bulerbyn które swoją drogą przeczytałam jeszcze wiele razy, mam na koncie wiele przeczytanych książek wszelakich i różnorakich. Czytanie nałogowe wiąże się z nałogowym kupowaniem, na które to cierpi również mój mąż. W związku z tym, nasz dom jest zawalony książkami, część stoi na dwóch obecnie działających regałach, ale znaczna część zalega w pudłach na werandzie i czeka na swoje miejsce na półkach, których jeszcze nie ma w pokoju, który będzie ich domem a na razie jest w stanie wiecznego remontu. Do niektórych książek wracam, do innych nie, ale i tak nie potrafię się z nimi rozstać. Kilka razy przebierałam, wybierałam i decydowałam, które można oddać / sprzedać / zamienić, ale zawsze jakoś tego nie było za wiele. Także nasza kolekcja słowa drukowanego rośnie i wzrasta niezmiennie.

Mamy niezłą kolekcję powieści po polsku, angielsku i turecku, słowników, książek naukowych K, książek kucharskich, fotograficznych, wszelakich poradników na temat hodowli dzieci i ogródka, poradników dla majsterkowicza i oczywiście stolarza oraz troche różnych albumów. Do tego dochodzą czasopisma, które oboje prenumerujemy – fotograficzne i stolarskie oraz tygodnik Maclean’s. Żeby to wszystko gdzieś ładnie ułożyć, przydałby nam się osobny pokój – biblioteka, gdzie wszystko by ładnie było poukładane a w kącie stał wygodny fotel z podnóżkiem do czytania.

Oczywiście na takie luksusy nie mamy szans, więc jakoś znowu trzeba będzie poupychać całą tę makulaturę po kątach. Wydawałoby się, że rozsądni ludzie przestaliby kupować i przynosić do domu kolejne tomy, ale niestety do rozsądnych nie należymy, choć staramy się bardzo ograniczyć ilości zdobywanych dzieł oraz oboje korzystamy namiętnie z biblioteki miejskiej. A kolejnym krokiem do tego, żeby nie przybywało tak wiele i szybko, było nabycie eczytacza przeze mnie i dla mnie. Bo K sie na razie wzdryga i odżegnuje. Nabyłam więc to urządzenie, choć nie ukrywam, że z pewną taką nieśmiałością. Trochę się ośmieliłam po wizycie u nas Anety, która przywiozła swojego Kindla, o którym u siebie kilkakrotnie pisała i którego  to sobie mogłam dokładnie obejrzeć i mi Aneta opowiedziała trochę jak to działa i co się z tym robi i gdzie się zdobywa takie książki. Już miałam kupić Kindla, jak zobaczyłam na stronie torontońskiej biblioteki, że format książek, który oni mają nie działa na Kindle tylko na Kobo. Tak więc decyzja, który czytacz mam kupić została podjęta za mnie. Pozostało tylko kupić i używać. Więc kupiłam i używam kobisia od jakichś paru tygodni.

Na razie przeczytałam jedną całą powieść, którą pożyczyłam z biblioteki. I jak na razie mam uczucia mieszane. Na pewno urządzenie ma mnóstwo racjonalnych i praktycznych zalet i rozwiązań: to że można mieć na raz ze sobą tyle różnych tytułow w różnych językach, że jest lekkie, że tak łatwo można kupować powieści w innych językach i nie płacić za przesyłkę, że ma słownik wbudowany, że jest sporo darmowych tytułów, że pożyczanie książek z biblioteki jest niesamowicie łatwe i nie trzeba pamiętać o dacie zwrotu bo książka sama znika z czytacza (co może być denerwujące, jak się ma jeden rozdział do skonczenia i by się świadomie chciało zwlec z oddaniem i zapłacić te 0.40 kary). I z tych wszystkich racjonalnych powodów kobisia lubię i będę używać. Ale niestety nie mogę się zdeklarować, że już nie kupię żadnej książki i że od dzisiaj tylko na czytaczu będę czytać. Brakowało mi papieru, brakowało mi kartkowania do przodu, tak żeby podglądnąc co się będzie działo (wiem ze taka opcja jest, ale to jakoś inaczej jest) oraz kartkowania po skończeniu powieści żeby sobie przypomnieć i utrwalić ciekawsze momenty…Tak więc dalej jestem zadowolona, że kobisia kupiłam, będę z niego na pewno dużo korzystać, zwłaszcza jak wrócę do pracy i będę znowu czytać w metrze, będę pożyczać powieści z biblioteki i pewnie też będę kupować ebooki w różnych językach, ale jakoś nie czuję tego samego co czułam po przeczytaniu Dzieci z Bulerbyn czy pierwszej powieści po turecku. Choć kto wie, może z czasem kobiś zapracuje na głębsze uczucie z mojej strony.

Read Full Post »

Jak zwykle, mam spore zaległości z pisaniem i blog się całkiem zapuścił i opuścił. Często w ciągu dnia przychodzą mi do głowy pomysły na jakąś notkę, nawet sobie w myślach układam wstęp i wszystko ładnie i gładko idzie. Tyle ze jak już siadam przed komputerem to w głowie się robi pustka, albo notka już się robi nieaktualna i przeterminowana, o co przy zawrotnym tempie pędzącego czasu wcale nietrudno. Właśnie zobaczyłam, że mam jakieś sześć zaczętych wpisów, które nigdy nie zostały dokończone i nie ujrzały światła monitorowego. W związku z i w wyniku tego, po raz kolejny zastanawiam się czy istnienie tego bloga ma jeszcze w ogóle jakiś sens. Co jakiś czasnachodzi mnie myśl o jego zamknięciu, ale jakoś tak mi szkoda i sobie obiecuję, że się poprawie i pisać będę wiecej, albo chociaż jakieś zdjęcia wstawiać, ale z realizacją tych planów różnie wychodzi. Albo nawet i nie różnie, tylko wciąż tak samo: nie wychodzi. To może jednak zamknąć… Ale zanim zdecyduję ostatecznie, kilka słów o tym co się u nas dzieje.

Dni mijają szybko i choć często podobne do siebie wcale nie są monotonne. Pogoda dopisuje, więc sporo czasu spędzamy na spacerach w różnych kombinacjach – my w dwójke z Małą, z Małą i psem, całorodzinnie –  z Małą, K i psem, albo rodzinnie, ale bez psa. Pokonujemy trasy krótkie i długie, miejskie i podmiejskie, żeby coś załatwić albo się snujemy bez celu po okolicy. Udało nam się zaliczyć kilka szlaków z wózkiem i jak na razie Matylda najczęsciej dzielnie znosi całkiem długie w nim wędróki, oraz przenoszenie wózka przez nieprzejezdne kawałki lasu. Jak na razie tylko raz musieliśmy wrócic ze szlaku bo była bardzo nieszczęśliwa, ale przypuszczamy ze to dlatego, że ugryzł ją komar kiedy ją karmiłam w miejscu, gdzie było tego paskudztwa wyjątkowo dużo.

A gdy jest zbyt gorąco żeby wychodzić gdzieś dalej, siedzimy w domu i w ogródku, który pomimo kompletnego zaniedbania nabiera kolorów. Zaglądają do nas różne okazy przyrody, w tym bardzo dziwne robale, które okazały się być pożyteczne jako że ich larwy żywią się innymi robakami, które z kolei pasożytują na drzewach i je uśmiercają. Nie wiem jak się nazywają po polsku, bo nie znalazłam ale po angielsku to Ichneumonoidea. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Pozostając w temacie robali, kolejny rok z rzędu panuje w naszym ogródku plaga skorków. W tamtym roku zeżarły mi wszystkie ziola, w tym znowu się objawily. Na drugi dzień od posadzenia mięty i bazylii już były dziury w liściach i wieczorem można zobaczyć całe stada tego paskudztwa. K pryska okolice skrzynki na ziola i ziemię, poza tym mamy rozstawione specjalne pułapki, ale to nic nie daje. Ziół pryskać nie chcemy bo jak to potem jeść takie pryskane… Czasem mam wrażenie, że mieszkamy na jakiejś wsi a nie w kilkumilionowym mieście.

Poza walką ze skorkami, nasz ogród jest polem częstych manewrów grilowych. K wczesną wiosną zakupił grill na węgiel drzewny i teraz często i gęsto griluje i wędzi takie smakołyki, że weganin by się nie oparł. Jak na razie, największą popularnością cieszą się wędzone nogi kurczacze, choć żeberka też były wyśmienite.

Poza tym wraz z Matyldą spotykamy się dalej z innymi mamami i niezmiennie się dziwimy jak szybko te nasze maluchy się zmieniają i dorośleją. Każdy tydzień przynosi jakieś nowe umiejętności, odkrycia i niespodzianki. Już od prawie dwóch miesięcy Matylda zapoznaje się z nowymi smakami i konsystencją jedzenia inną od ciekłej. Zdecydowanie sprawia jej to dużo radości i zawsze chętnie otwiera buzię na widok łyżeczki albo próbuje sama przejąć ster i trafiać łyżeczką do buzi. Jak na razie preferuje owoce / warzywa o wyrazistych smakach, ewentualnie kombinacje z takimi.

Przez kilka tygodni gościliśmy Dziadka Michała, z którym Matylda nawiązała świetny kontakt. Dziadek oprócz dziadkowania pomógł nam niezmiernie w remoncie łazienki, która dzięki jego cierpliwości i wytrwałości nabrała zupełnie innego wyglądu. Tutaj jeszcze bez umywalki:

 

Poza tym mieliśmy bardzo miłych gości z Syracuse i tutaj tez Mała okazała się być bardzo otwarta i gościnna i nawet pozwalała się brać na ręce. Co prawda jedną noc była tak “gadatliwa” że goście mimo stoperów w uszach i odległości sypialni mieli problemy ze spaniem, ale jakoś to zostało wybaczone.

Poza wszelkimi zajęciami związanymi z matkowaniem, oraz jedzeniem wędzonych smakołyków, czasem udaje mi się zrobić jakieś zdjęcia, czasem też inne niż Matyldy, choć zdecydowanie to ona jest głównym obiektem. Ale jak tu się oprzeć, kiedy zmienia się tak szybko i chciałabym jakoś zatrzymać ten pędzący czas. Wiem, że jest to niemożliwe, więc staram się utrwalić jak najwięcej tych cennych i niepowtarzalnych chwil. Częściowo dla siebie, ale też dla rodziny, która nie ma możliwości ich doświadczać na żywo. No i oczywiście też dla Matyldy, żeby kiedyś mogła sobie zobaczyć jakim byla słodkim bobasem.

———————————————————–

I tyle udało mi się napisać przez ostatnie kilka dni. Notka miała być dłuższa i obfitsza, ale ponieważ powoli mi to idzie, to lepiej ją już tu wsadzę bo za chwilę znowu będzie zupełnie nieaktualna. Zobaczymy jak będzie dalej z pisaniem….

Read Full Post »

Na początku zimy powiesiliśmy w naszym ogródku karmnik, ale jakoś mało ptaków się zlatywało. Pomyśleliśmy, że to dlatego że zima łagodna, więc skrzydlate mają dosyć innego pożywienia. U Szwagierki też było jakoś mało, mimo że mieli bardzo profesjonalny karmnik i nastawieni byli na duże ilości ptactwa. Pustki w okolicy ich karmnika były tym dziwniejsze, że latem i jesienią był tam całkiem spory ruch, a tu tymczasem cisza. Żadne z nas nie jest jakimś świetnym ornitologiem (nie mylić z orientalistą) więc tak sobie teoretyzowaliśmy że może w okolicy się pojawił jakiś drapieżnik. Kilka dni temu zauważyłam, że na drzewie na przeciw naszego domu ląduje coś dużego, ewidentnie drapieżnego. Niestety nie miałam pod ręką lornetki, a jak już znalazłam to było za późno, więc nie zdążyłam gościa zidentyfikować. Aż dzisiaj rano, K mnie woła do okna w drzwiach balkonowych i pokazuje scenkę rodzajową: ptaszysko wielkie siedzi na naszym z sąsiadami płotem i szarpie jakąś zdobycz. Popędziłam po aparat, ale niestety nie miałam dobrego obiektywu i ptak nie wyszedł zbyt wyraźnie. Chciałam biec na górę po lepszy sprzęt, ale niestety ptak odleciał spłoszony przez… wiewiórkę. A wyglądało to tak jak na zdjęciach poniżej. Wydaje nam się, że to cooper’s hawk, po polsku krogulec czarnolbisty, ale nie jesteśmy pewni. Jeśli ktoś wie, to prosimy o podpowiedź.

Read Full Post »

Siedzę sobie na dole pod nieco obeschniętą choinką, dziecko śpi w koszyku obok, pies chrapie na podłodze obok koszyka a mąż halasuje w piwnicy. Jak dobrze, że przez większą część ciąży w naszym domu cały czas kręciły się jakieś remonty, pracowały różne maszyny, wyły piły i inne takie bo teraz nasze dziecko potrafi spać przy huku odkurzacza przemysłowego i grubościówki, piły czy innego pieroństwa. Do tego dodać można głęboki sen rodziców, który mam nadzieję odziedziczyła i mieć nadzieję, że jej spanie w takich warunkach dalej będzie dobrze wychodziło. Inna sprawa, że jest nieco zmęczona całym dniem, który dla nas wszystkich był dosyć trudny.

Odkąd się Mała urodziła, tylko raz zostawiłam ją na kilka godzin z K, o czym zresztą wspominał u siebie na blogu. Poza tym jednym wypadem cały czas jesteśmy razem. Dziś natomiast musiałam ją zostawić na dłużej, a zostawiając nie wiedziałam dokładnie o której będziemy z powrotem. Do tego nie zostawiałam jej w domu, z K, tylko zawieźliśmy ją do Szwagierki która się dzielnie zaoferowała opiekować bratanicą, kiedy my będziemy zdawać egzamin na obywatela Kanady. Sam egzamin okazał się być łatwiejszy niż się spodziewałam i myślę, że zdołałam odpowiedzieć poprawnie na 15 z 20 pytań. A jak nie, to będzie obciach potworny. Egzamin był na podstawie książeczki wydanej przez Ministerswo Imigracji, która zawiera najważniejsze fakty z historii, geografii, kultury, praw i obowiązków obywateli. Zaintersowani mogą sobie tę książeczkę zobaczyć tutaj. Książeczka niby nie jest gruba, ale jest tam trochę nazwisk i dat, więc jakby egzaminatorzy wzięli przykład z polskich nauczycieli historii to można byłoby z tego przygotować narzędzie do odsiewania znacznej ilości egzaminowanych. Na szczęście egzamin przygotowywano tutaj i jeśli ktoś książeczkę przeczytał i zna angielski na tyle żeby pytania zrozumieć, to nie miał problemu żeby sobie poradzić. Jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić swoją wiedzę na temat Kanady to zapraszam na tę stronę, gdzie są pytania podobne do tych które się pojawiły dzisiaj. Trzeba tylko wybrać prowincję w której się mieszka, bo niektóre z pytań są zależne od miejsca zamieszkania. Poza egzaminem, każdy kandydat na obywatela musi przejść przez krótką rozmowę z urzędnikiem/-czką i odpowiedzieć na parę podstawych pytań na temat pracy, daty przyjazdu do Kanady itp. Rozmowa ta ma na celu sprawdzenie, czy kandydaci potrafią się porozumiewać w jednym z urzędowych języków Kanady. Ponieważ wszyscy siedzieli w tej samej sali co urzędnicy przepytujący, można było podsłuchac i poobserwować cały proces. Większość kandydatów była z różnych krajów azjatyckich, głównie Chin i Indii, było kilka osób z Filipin, krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu. Wśród urzęników była jedna kobieta, która była najbardziej urzędowa i najbardziej oschła w swojej rozmowie. Oczywiście nam się ta właśnie pani trafila, ale nie mieliśmy problemów żeby przekonać ją, że jednak się potrafimy porozumiewać po angielsku. Pani urzędniczka od razu skojarzyła mi się z kobietą z którą mieliśmy do czynienia w ambasadzie kanadyjskiej w Ankarze, kiedy to staraliśmy się o wizę studencką dla K i pracowniczą dla mnie. Było to nasze pierwsze zetknięcie z kanadyjską imigracją i niestety nie było bardzo przyjemne. Musieliśmy się nieźle postarać żeby te wizy dostać, ale to temat na zupełnie inny wpis. Po przepytaniu wszystkich obecnych na sali, rozdano nam książeczki z pytaniami i mieliśmy 30 minut na odpowiedź. Na wyniki z egzaminu na obywateli musimy czekać jeszcze kilka miesięcy. Jeśli zdaliśmy to przed nami ceremonia uroczystej przysięgi i wręczenie dokumentów potwierdzających obywatelstwo. A potem zaraz wycieczka do urzędu paszportowego…

Przez całą tę naszą nieobecność od Małej udało mi się nie zadzwonić ani razu do Szwagierki z pytaniem jak im idzie, chociaż muszę przyznać, że kilka razy mnie ręka świerzbiła i miałam wielką ochotę się dowiedzieć jak sobie radzą. Jednak się powstrzymałam i przekonałam samą siebie, że mi to nic nie da, bo jak sobie nie radzą to i tak nie będę mogła natychmiast wracać do domu a będę się tylko bardziej denerwować. Tak więc jestem z siebie dumna, że ten trudny egzamin przeszłam zwycięsko. Po powrocie do domu okazało się, że Mała też bardzo dzielnie się zachowała i dała się nakarmić z butelki, przewinąć i zabawiała się w swojej “trzęsawce”. Ponoć nawet miała okazję pogadać przez skype z dziadkami w Polsce i dowiedzieć się co u nich nowego słychać. A ciocia też się świetnie sprawdziła w roli opiekunki i oferuje się na przyszłość.

Po powrocie do domu okazalo się, że telefon nie działa i nie ma sygnału. K zadzwonił do firmy telefonicznej, gdzie powiedzieli że u nich wszystko wygląda w porządku i że usterka pewnie jest u nas. Jeśli chcemy to poślą technika, ale jeśli awaria jest u nas, musimy zapłacić jakieś 100 dolarów. K zbadał sytuację, wsiadł w auto i pojechał do Home Depot gdzie nabył kabel telefoniczny i po powrocie do domu szybko i sprawnie usterke naprawił. Niniejszym egzamin na technika telekomunikacji ma zaliczony.

W związku z tym wszystkim jestem z nas wszystkich dumna i idę popatrzeć co grają w kinach…

A na deser zdjęcie Małej uśpionej dźwiękiem piły tarczowej…

Read Full Post »

Właściwie to już nie takie nowości, bo Res Varia zdążył już ogłosić u siebie, ale co tam, tu jeszcze nie było nic na ten temat, więc mogę sobie taki tytuł nadać. Tak więc 31 października w naszej rodzinie pojawiła się mała istota, którą nazwaliśmy Matilda. Dzisiaj mija siedem tygodni odkąd jesteśmy razem, a ja nie wiem kiedy ten czas przeleciał i jak to się stało że za tydzień są Święta. Sporo tematów mi chodzi po głowie, które bym tu chciała poruszyć, ale jakoś tak się dzieje, że jak mam pomysł na wpis to nie mam czasu. A teraz jak sobie usiadłam na chwilę z laptopem to jakoś wszystkie myśli mi się rozbiegły. W każdym razie myślę, że ten blog nie zamieni się w blog tylko na temat matkowania, ale nie da się ukryć, że chwilowo jest to rzecz która mnie pochłania w znacznej części.  Poza tym odkrywam zupełnie inny wymiar kanadyjskiej rzeczywistości o której wcześniej nie miałam pojęcia. Część tych moich odkryć na pewno tu się znajdzie bo myślę, że mogą być ciekawe dla tych którzy mieszkają w innych częściach świata. Do tej pory kontakt z tutejszą służbą zdrowia ograniczał się do kontrolnych wizyt u lekarza domowego, a odkąd byłam w ciąży zaliczyłam niezliczone wizyty w szpitalach, klinikach i innych tego typu przybytkach i jak na razie zapowiada się, że te wizyty będą się dalej regularnie odbywać.   Liczne wizyty u lekarzy, w szpitalach, u specjalistów i położnych dały mi okazję żeby poznać nieco bliżej słynną kanadyjską służbę zdrowia oraz spotkać mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy przy okazji są specjalistami w różnych dziedzinach, ale głównie po prostu ludźmi. Ludźmi, którzy pacjentów nie traktują jak nachalnych petentów, ale też jako równych sobie ludzi. Sama nie wiem od czego zacząć, więc chyba najlepiej od początku jak wchodziliśmy w tę nową rzeczywistość.

Na początku ciąży zdecydowaliśmy się, że nie chcemy być pod opieką lekarza, zwanego tutaj w skrócie OB (obstetrician – ginekolog położnik), a chcemy znaleźć położną. Decyzję podjęliśmy po rozmowach ze znajomymi i tym co przeczytaliśmy w sieci. Głównym powodem było to, że OB mają bardzo mało czasu na to, żeby faktycznie się kobietą opiekować w czasie ciąży. Ponoć to pielęgniarki dokonują wszelkich pomiarów i przeprowadzają wywiad, a lekarz pojawia sie na chwilkę żeby odfajkować wizytę. Poza tym czas oczekiwania na wizytę jest zazwyczaj długi, mimo że się każdy umawia na konkretną godzinę. I w czasie porodu wcale nie ma gwarancji, że będzie akurat ten lekarz prowadzący, bo poród może przypaść na dyżur kogoś innego. Na temat położnych słyszeliśmy głównie pozytywne opinie i muszę przyznać ze sporo się sprawdziło.

Nam się udało dostać do kliniki położniczej niedaleko naszego domu, gdzie nam przydzielono dwie położne – Tracy, która była główną położną oraz Sarah, która była pomocnicza. Na początku chodziłam do nich raz na miesiąc i spotykałyśmy się na zmianę, raz z Tracy raz Sarah. Raz się zdarzyło że Sarah musiała jechać do porodu, więc miałam wizytę z inną położną z kliniki. Pod koniec ciąży wizyty były co dwa  tygodnie, a potem co tydzień, tak samo jak u lekarza. Położne mają uprawnienia do wypisywania skierowań na wszelkie badania krwi, USG itp więc wszystko to było też takie jak gdybym była pod opieką lekarza. Co mi się bardzo podobało to to, że wszystkie spotkania były bardzo punktualne bo najczęściej musiałam się zwalniać z pracy żeby iść na wizytę. Trwały też dosyć długo i zawsze był czas na pytania moje, czy też K który chodził ze mną na sporą część tych wizyt. Sama klinika też bardzo przyjazna i pozbawiona tej szpitalnej atmosfery, tak więc same plusy.

Od samego początku mieliśmy numer pagera naszych położnych i instrukcje kiedy mamy dzwonić gdyby się coś działo. Położne są dostępne 24 godziny na dobę podczas całej ciąży, poród a potem sześć tygodni po porodzie. Na szczęście w czasie ciąży nie musieliśmy z tej możliwości korzystać, ale po porodzie kilka razy dzwoniłam i zawsze odpowiadały na mój telefon w ciągu 10-15 minut. Muszę przyznać, że sama świadomość że można liczyć na fachową pomoc w momencie kiedy ma się w domu noworodka była bardzo budująca.

Kolejną rzeczą, która zdecydowała na kożyść położnych był fakt, ze wiedzieliśmy ze to właśnie Tracy albo Sarah bedą z nami w czasie porodu, a nie ktoś zupełnie przypadkowy. Przez te wszystkie wizyty, mieliśmy czas się poznać i oswoić ze sobą. Muszę przyznać, że w czasie porodu mi to dużo dało, że nie jakaś obca osoba, ale ktoś z kim się zdążyłam poznać i zżyć opiekuje się mną i dzieckiem w czasie porodu.

W dniu porodu Tracy najpierw była dostępna przez telefon w nocy a potem od rana do momentu jak się urodziła Matilda była cały czas z nami. Dzięki temu że rodziliśmy w szpitalu był też dostępny lekarz, z którym Tracy musiała się konsultować i który w końcu musiał przejąć pałeczkę i wyjąć małą, która okazała się być zbyt duża (4.690 kg!) żeby wyjść na świat naturalnie. Ale Tracy też była obecna w czasie operacji i nam dodawala otuchy i mówiła K co ma robić.

Po porodzie trzymali nas w szpitalu jedynie 36 godzin. Jako że lekarz przejął opiekę robiąc cesarkę, obie byłyśmy pod kontrolą szpitalną, ale i tak położne przyszły z wizytą dzień po porodzie i w dniu kiedy szłyśmy do domu. Potem miałam jeszcze cztery wizyty domowe i trzy wizyty u nich w klinice, plus całkiem sporo konsultacji przez telefon.  Muszę przyznać, że mi było wręcz smutno jak szłam na ostatnią wizytę bo wiedziałam, że będzie mi brakować nie tylko fachowej pomocy położnych ale też zwykłych rozmów, głównie z Tracy. No i faktycznie, brakuje, ale na szczęście są inni rozmówcy i motywacje do wyjścia z domu, ale o tym następnym razem.

Read Full Post »

Za oknem pełnia lata, a u mnie wciąż straszą śniegi i lutowe krajobrazy. Pomyślałam sobie, że albo coś muszę napisać, albo to w ogóle nie ma sensu i czas zamknąć tego bloga. Tak więc zmobilizowałam siły przytłumione upałami oraz panującą wokoło mnie atmosferą remontową. Cały nasz dom ogarnął chaos i nic nie stoi ani nie leży na swoim miejscu, więc trudno się od tego wszystkiego odgrodzić i tworzyć sensowne wpisy na bloga. No ale dosyć tłumaczenia, do roboty, innej niż remonty czas się zabrać.

Niedawno atsanik pisała u siebie jak zdobywała szlify jako kierowca na preriach, więc pomyślałam, że napiszę jak to wygląda w Ontario, jako że każda prowincja ma swoje prawa i zasady szkolenia przyszłych kierowców, takich którzy wcześniej tego dokumentu ani umiejętności nie posiadali (i którzy o dziwo jeszcze na tym świecie istnieją).

Muszę przyznać że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego, żeby siąść za kierownicą i śmigać po drogach i bezdrożach polskich. Potem mieszkaliśmy w Turcji, gdzie perspektywa włączenia się w tamtejszy ruch drogowy była jeszcze bardziej przerażająca. W końcu zjawiliśmy się tutaj i mimo, że na początku słyszałam, że w Kanadzie się bez prawa jazdy i auta nie da funkcjonować, to całkiem sobie długo dawałam radę. Przez kilka lat mieszkaliśmy w centrum Toronto, wszędzie można było dojść na piechotę (przez jakiś czas do pracy miałam 2 minuty wolnego bardzo spaceru) albo dojechać niedoskonałym, ale zawsze, TTC. Na wycieczki poza miasto K wypożyczał i prowadził auto, co mu sprawiało radochę bo jako że nie mieliśmy własnego pojazdu nie było to bardzo częste, więc tym atrakcyjniejsze. W końcu sytuacja mnie zmusiła żeby wyrobić sobie prawo jazdy, ale nie dlatego że chciałam zacząć jeździć, ale dlatego że potrzebowałam dowód tożsamości upoważniający mnie do… zakupu piwa. Po tym jak się musiałam wracać do domu z Beer Store żeby wziąć paszport bo inaczej mi piwa nie sprzedadzą, po tym jak musieliśmy raz zrezygnować z posiedzenia w pubie bo pani kelnerka za nic nie sprzedała mi piwa, zdecydowałam że trzeba coś z tym zrobić.

Tak więc jakoś latem 2006 roku, udałam się do tzw. Test Centre żeby zdać egzamin teoretyczny z ruchu drogowego. Z tego co słyszałam o polskich testach, ten tutejszy wydał się być bardzo łatwy i logiczny. Przed testem trzeba sobie przeczytać książeczkę, ktora jest napisana w bardzo przystępny sposób, z dużą ilością obrazków ilustrujących różne zasady. Nie ma bezsensownego wkuwania budowy silnika czy absurdalnych sutacji, gdzie żadna z podanych odpowiedzi nie jest poprawna. Żeby zdać test, trzeba się wybrać do wyżej wspomnianego Test Centre, których jest w mieście kilka, ale wszystkie poza centrum Toronto. Na test z teorii nie trzeba się umawiac, tylko po prostu zgłosić kiedy się chce. Najpierw trzeba oczywiście zapłacić za test teoretyczny i pierwszy praktyczny, dać sobie sprawdzić oczy i zrobić zdjęcie. Potem trzeba poczekać w kolejce i wejść do pokoju gdzie siedzą pozostali kandydaci na kierowców. Test można zdawać po angielsku, francusku albo w kilku innych językach, między innymi po polsku. Nie ma ograniczenia czasowego, trzeba odpowiedziec na pytania, oddac pani, ktora skanuje papier z odpowiedziami i od razu mówi czy się zdało i ile było błędów. Po zaliczonym teście idzie się do okienka, gdzie się dostaje od razu tymczasowe prawo jazdy, a prawdziwe plastkiowe i ze zdjęciem (które upoważnia do zakupu piwa), przychodzi pocztą do domu za kilka tygodni. Tymczasowe prawo jazdy to wydruk z komputera potwierdzający dane kierowcy, numer prawa jazdy i kategorie, w tym wypadku jest to G1. I z takim papierkiem można już siadać za kierownicą…

Można siadać, ale oczywiście są ograniczenia – nie wolno jeździć samemu, trzeba mieć koło siebie doświadczonego kierowcę (poznaje się takiego po tym, że ma gwiazdki czerwone na swoim prawie jazdy) albo z instruktorem, nie wolno jeździć po autostradzie, nie wolno jeździć od północy do 5:00 rano (zdaje się), nie wolno wypić ani kropli alkoholu i coś tam pewnie jeszcze, ale nie pamiętam.

Kolejnym atapem jest egzamin G2 czyli pierwszy egzamin z praktycznej jazdy. Żeby na taki egzamin iść, trzeba odczekać rok od dnia kiedy się zdało na G1, albo skończyć kurs prawa jazdy i zdawać po 8 miesiącach od zdania teorii. Kurs to jakies 20 godzin z nudnym instruktorem plus jakies 25 (zdaje się, ale już nie pamiętam) godzin zegarowych na drodze. Na szczęście na kurs chodziłam z dwiema koleżankami, więc było to nieco bardziej znośne niż gdybym chodziła sama, ale i tak treść tego kursu można byłoby przekazać w jakieś dwie godziny może. Choć prawda jest taka, kursy są głównie skierowane do młodocianych kierowców, których trzeba nie tyle uczyć co uświadamiać im różne zagrożenia i wynikające z nich konsekwencje, z głównym naciskiem na prowadzenie po alkoholu. Kurs zaczełyśmy jakoś zimą i zanim się skończył i zanim zrobiłyśmy wszystkie godziny za kierownicą, była już wiosna. Oczywiście godzin na drodze zapewnionych w ramach kursu nie było wystarczająco dużo, więc trzeba było sobie dokupić ekstra jazdy i trenować pod okiem doświadczonego kierowcy.

W końcu w lipcu 2007 przyszła wielkopomna chwila próby i godzina egzaminu na kategorię G2. Datę egzaminu i zarezerwowanie miejsca załatwił za mnie mój instruktor, Abdul Bari, wielce ciekawa osoba rodem z Afganistanu. Egzaminy praktyczne są tylko od poniedziałku do piątku, od 8:00 rano do 4:30 po południu. Tak więc żeby iść na egzamin trzeba się zwolnić z pracy, niestety. Sam egzamin nie trwa długo, jakies 15-20 minut i polega na tym, że trzeba się przejechać po głównej ulicy jakiejś, pojechać do dzielnicy mieszkalnej, zaparkować, zawrócić i wrócić bezpiecznie do punktu wyjazdu. W czasie kiedy delikwent wykonuje te wszystkie manewry, egzaminator siedzi obok z kartką i zaznacza ewentualne błędy. Żeby zdać, można zrobić ileśtam małych błędów, ale nie można żadnego poważniejszego (np nie zatrzymać sie na znaku Stop albo coś tego typu).

Kiedy się już bezpiecznie przywiezie egzaminatora do bazy, to przed wyjściem z auta mówi czy się zdało czy nie i ewentualnie co było nie tak. Dostaje się kopię karty egzaminacyjnej z którą się idzie do okienka, gdzie wydają znowu tymczasowe prawo jazdy G2 które jest ważne z plastikowym G1 które działa tylko jako dokument tożsamości.

Posiadacz G2 może już jezdzić sam po drogach wszelakich, włączając autostrady, o każdej porze dnia i nocy ale dalej bez kropli alkoholu we krwi. Jako że i tak nie piję nigdy jak mam jechać to to jedno ograniczenie mi w ogóle nie przeszkadzało. I tak od lipca 2007 roku kiedy dostałam G2, całkiem mi to wystarczało. Aż do wiosny tego roku, kiedy dostałam zawiadomienie, ze jak nie zdam ostatniego egzaminu przed upływem daty ważnosci mojego prawa jazdy, będę musiała całą imprezę powtarzać od nowa…

Zmobilizowałam więc wszystkie me siły i w czerwcu zadzwoniłam znowu do Abdula Bariego żeby się znowu umówić na jazdy bo do egzaminu trzeba nie tylko umieć jeździc, ale jeździć według wymagań egzaminatora. Teoretycznie, wszystkie egzaminy można zdawać z marszu, nie biorąc żadnych lekcji, ale trudno wtedy zdać za pierwszym razem bo jak się okazuje jest sporo różnych kruczek i zasad o których trudno się inaczej niż od instruktora dowiedzieć. Poza tym ciekawe jest to, ze instruktor może powiedzieć jakimi trasami egzaminatorzy jeżdzą, ale nie może taką trasą wraz z kursantem przejechać. Okazuje się, ze te ośrodki egazminacyjne mają swoich ludzi, którzy trasy egzaminów kontrolują i wlepiają kary instruktorom, którzy do zasad się nie stosują. Za pierwszym razem instruktor płaci 150.00 dolarów kary, ale jak się wykroczenie powtórzy, mogą mu zabrać licencję. A chodzi o to, żeby nie zagęszczać tras na których się zdaje egzaminy mnóstwem aut z kursantami. Zwłaszcza ze wchodzi w grę autostrada i dzielnica mieszkanowa z domkam, gdzie mieszkańcy pewnie nie byliby zbyt szcześliwi, gdyby o każdej porze dnia kręcily się stada aspirujących kierowców uczących sie parkować wzdłuż małych uliczek. Tak więc spędziłam kilka letnich i upalnych godzin włócząc się starą Toyotą po wschodnim Toronto, pogłębiając tajniki jazdy “pod egzaminatora” i rozmawiając z Abdulem Barim na wszelakie tematy. Muszę przyznać, że ciekawe to były rozmowy bo nie często mam okazje rozmawiać z kimś z Afganistanu, do tego z osobą wykształconą i choć religijną, mającą często dosyć trzeźwe spojrzenie na wiele spraw związanych z Afganistanem i jego religią.

W końcu trzeba było się zdecydować na próbę ogniową i podjeść do egzaminu, zwłaszcza ze do upływu terminu mojego prawa jazdy było coraz mniej czasu. Jak się obleje egzamin, to kolejny można zdawać dopiero za 10 dni, więc miałam czas na dwie próby przed końcem prawa jazdy. Ponoć byłaby możliwość przedłużyć jeszcze o trochę żeby móc podjeśc do jeszcze jednego, ostatniego egzaminu, ale na taką możliwość wolałam się nie nastawiać.

Za egzamin G trzeba zapłacić przy rezerwowaniu terminu, a kosztuje $75.00. Egzamin trwa jakies 20-30 minut i poza jazdą po mieście i parkowaniem, trzeba też przejechać kawałek po autosradzie. Trzeba na nią płynnie wjechać, zmienić pas dwa razy, zjechać i wjechać jeszcze raz i znowu zjechać i wrócić do punktu wyjścia. Brzmi bezproblemowo, ale jazda po autostradach w Toronto, niezależnie od pory dnia, bezproblemowa nie jest. Mój egzamin odbywał się na najruchliwszej, albo raczej zawsze zakorkowanej, autosradzie DVP która prowadzi z centrum Toronto do północnych sypialni i po drodze łączy się z kolejnym monstrum – autostradą 401 prowdzącą ze wschodu na zachód i odwrotnie. Tak więc na DVP jest zawsze ruch, mnóstwo ciężarówek i szalonych kierowców, którzy jeżdzą autem w ramach pracy, więc nie mają czasu ani cierpliwości dla świeżych szoferów którzy jeżdzą z przepisową prędkością i zachowują przepisowe odstępy pomiędzy autami. Jakimś cudem udało mi się to przeżyć, moj egzaminator okazał się być całkiem wyrozumiały i po 20 minutach byłam z powrotem i dostałam cenny papierek z zaznaczonym “passed”. I znowu tymczasowe prawo jazdy, pożgnanie z Abdulem Barim, którego autem podchodziłam do egzaminu i radość że mam to z głowy i dalej mam dokument upoważniający mnie do zakupu piwa i do tego mogę sobie to kupione piwo wypić i jechać dalej.

Na nastpępny dzień popędziłam do punktu Service Ontario, gdzie prawo jazdy przedłużyłam. Miałam nadzieję, że będę miała spokój na 5 lat, ale przedłużyli mi tylko na niecałe dwa lata – do daty moich urodzin w 2013 roku. Wszystkie dokumenty, które wymagają przedłużenia tak są wydawane, żeby ludziom łatwiej było pamiętać datę, kiedy muszą przedłuzyć rejestracje samochodowe (co rok), prawo jazdy (co 5 lat normalnie) i kartę ubezpieczenia zdrowotnego (tez co 5 lat). W każdym razie już nie muszę nic zdawać, co najważniejsze. Ponoć przy pierwszym przedłużeniu prawa jazdy kategorii G wydają tylko na dwa lata ale następne już będą na 5. Oby!

Z powyższego opisu cała akcja zdobywania prawa jazdy wygląda zapewne na niesłychanie skomplikowany i długi proces. Ale z drugiej strony, trzeba przyznać, że jest to bardzo przewidywalne i logiczne. Mi to się tak długo ciągnęło bo mi nie zależało, ale normalnie można to wszystko zrobić w niecałe dwa lata, a po roku już można normalnie jeździc. Poza tym wszystkie egzaminy są bardzo konkretne, z konkretnych zasad i umiejętności, egzaminatorzy maja akrusze na których zaznaczają błędy i nie mogą kogoś oblać za jakąś głupotę. Nie mogą kazać zrobić czegoś co jest niezgodne z prawem czy wprowadzać w błąd. Wydaje mi się, że tutejszy system sprawdza ludzi właśnie pod kątem ich umiejętności, znajomości zasad oraz bezpieczeństwa prowadzącego oraz pasażera. Jasne, że są ludzie, którzy poskramiają swoją agresję na drodze i zdają egzamin żeby potem szaleć i powodować wypadki, ale normalny, przeciętny osobnik, który nie ma takich zapędów może się nauczyć jeździć bezpiecznie, sprawdzić się na egzaminie i nie musi się stresować absurdalnymi wymaganiami egzaminatorów. Cieszę się, że egzamin zdawałam tutaj, a nie w Polsce, gdzie z tego co słyszę, ludzie zdają po kilka i kilkanaście razy bo egzaminator biega z linijką i mierzy odległość od chodnika, a na egzaminie z teorii może się okazać ze prawidłowa odpowiedź jest jedna, dwie, trzy albo żadna…

A na koniec, dla ubarwienia tego nieco przydługawego wpisu, kilka zdjęć z naszego letniego ogródka.

Read Full Post »

Older Posts »