Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘tam i z powrotem’ Category

Jak już Res Varia pisał u siebie, wróciłyśmy całe i zdrowe, zaaklimatyzowałyśmy się, Mała zaczęła żłobek i zeń wynikające choroby a ja się powoli (bardzo) godzę z myślą o powrocie do pracy… Udało nam się wybrać na rodzinny wypad w przyrodę, co pozwoliło na naładowanie akumulatorów i przyniosło dużą dawkę pozytywnej energii.

A dzisiaj było “otwarcie” mojej pierwszej małej wystawy fotograficznej, którą zorganizowaliśmy z czwórką znajomych z klubu fotograficznego. Nic wielkiego, każdy miał po trzy zdjęcia, ale zawsze coś. Wiszą na ścianie kawiarni, są oglądane przez tzw. publikę i są wystawione na sprzedaż. Nie liczę na to, że któreś się sprzeda, ale cena przy moim nazwisku i tytule zdjęcia jest wpisana, co też daje nieco inną perspektywę na własne dzieło.

A poniżej kilka zdjęć z naszego wypadu. Jest to tylko malutka próbka tego, co siedzi w komputerze, może kiedyś uda mi się wiecej wydobyć i tutaj umieścić po kawałku. Dzisiejszy odcinek poświęcony jest widokom z parku Algonquin oraz nocnym widokom na nasze jezioro. CDN

Advertisements

Read Full Post »

I wciąż tu jesteśmy. Odwiedzamy, zwiedzamy, oglądamy, jemy i pijemy. Matilda wciąż bardzo dzielnie znosi wszelakie oznaki zachwytu i miłości ze strony babć, dziadków, cioć i kuzynek. Pozwala się nosić, pieścić, tulić i zabawiać. Nie wiem co my z nią zrobimy po powrocie do Toronto. Chyba będzie trzeba iść na Dundas Square żeby jej dostarczyć rozrywki i widoku wielu obcych twarzy. A tak poważnie to cieszę się bardzo że jest taka otwarta na wszystko i wszystkich. Nie ma problemu żeby z nią chodzić po mieście, iść na obiad czy deser do Wedla. Gdybym jej dała to pewnie próbowałaby różnych gatunków piwa razem ze mną, a tak to musi się zadowolić swoimi słoiczkami i kosztowaniem potraw, które mogę jej dać.

A ja też wciąż oglądam, odkrywam i poznaję na nowo, przypominam sobie albo nie. Różne rzeczy mi się podobają, inne nieco mniej, ale doszłam do wniosku, że to już nie jest moje miejsce. Nie czuję się tutaj jakbym była u siebie, a raczej jak turysta, który patrzy na wszystko z zewnątrz. Jasne, że mam sentyment do różnych miejsc i przeprowadzam Matildę naszymi starymi ścieżkami, ale jak wczoraj szłam po Rynku to czułam się trochę tak, jak kiedy zwiedzałam Wiedeń, Pragę czy Berlin. Nie wiem czy to dlatego, że chodzę po mieście dużo wolniej niż chodziłam kiedy tu mieszkałam, bo nie muszę nigdzie pędzić (jak to turysta), czy też dlatego, że na szyi wisi mi aparat fotograficzny i na wiele rzeczy patrzę pod kątem robienia zdjęć, czy może dlatego, że właśnie już tu nie należę i nie potrafię się zgubić w tym tłumie. Nie mam pojęcia czy potrafilabym tu wrócić na stałe i tu żyć. Nie wiem też czy byłby to rzeczywiście powrót, czy też kolejne zaczynanie wszystkiego od nowa, poznawania realiów i życia w nowej rzeczywistości. Fakt, że język znamy nie znaczy, że bylibyśmy u siebie. Myślę, że może byłoby jeszcze trudniej bo kiedy się jest cudzoziemcem wiele błędów i potyczek może być wybaczonych. Ale przecież my nie jesteśmy cudzoziemcami, więc te same potknięcia pewnie przyniosłyby różne dziwne rezultaty. Ale wracać nie mamy zamiaru, więc nie ma co teoretyzować. Pozostaje spisać spostrzeżenia i obserwacje.

Zapachy – te przyjemne i te mniej. Niektóre są tak charakterystyczne, że wciąż są i trwają i nie straszne im mijające lata i mody:

Kiosk Ruchu – nie wiem co w tym jest, ale kiedy po raz pierwszy w ciągu tego pobytu weszłam do Kiosku Ruchu to jego zapach przeniósł mnie daleko w przeszłość. Niby zmienia się technika drukowania, papier i wszystko inne, ale jakimś cudem zapach jest ten sam, przynajmniej według mnie.

Warzywniak Osiedlowy – pojawiają się nowe owoce i warzywa obok marechwki i selera, ale osiedlowy warzywniak wciąż pachnie tak samo. Jakaś taka mieszanka ogórków kiszonych, kapusty i ziemniaków. Nie wiem co w tym jest, ale jest to niepowtarzalny zapach.

Antykawriat na Szpitalnej – jeden z nielicznych antykwariatów, który jest tam gdzie zawsze był. I jak się przechodzi obok to ze środka bije taki zapach książek, że człowiek ma ochote zostawić wszystko w diabły i na nowo zapisać się na studia. Żeby mieć pretekst i powód żeby te książki kupować, nawet jeśli by ich nie czytać.

Sukiennice – polączenie cepelii, starych murów, tłumów turystów i nie wiem czego jeszcze, ale pachną tak samo i niepowtarzalnie.

Zapach podwórka w starej krakowskiej kamienicy – czasem zaciągnie z jakiejś bramy i trudno go czymś innym pomylić. Wilgoć, minione wieki i sama nie wiem co jeszcze.

Planty – gołębie wciąż robią swoje…

Pasaż od Plant do Dworca Głównego – jak bardzo by się nie starali, unowocześniali i pucowali, ten pasaż wciąż ma zapach moczu i oscyka. A może to tylko istnieje w mojej podświadomości?

Tramwaje i Autobusy – są nowsze, ładniejsze itp ale ludzie wciąż tak samo nie-pachną. Dziś przyadło mi stanąć pod pachą pewnego pana i bardzo mi z tym było źle. Nie twierdzę, że w Toronto wszyscy pocą się na różano ale jednak tego zapachu potu mniej się czuje. Choć zapach ostrego curry wyziewający, zwłaszcza w zimie, z okryć niektórych współpasażerów też mógłby niejednego powalić z nóg.

Miało być więcej impresji i zapachów, ale robi się późno a jutro kolejny długi dzień przed nami. A na koniec widokówka z Krakowa.

Oraz zdjęcie dedykacja dla K., który ma dziś urodziny, które to, po raz pierwszy od lat studenckich, spędzamy osobno. Jeszcze raz, Sto Lat Paszczaku!

Read Full Post »

Jak doniósł u siebie Res Varia, dotarłyśmy całe i zdrowe na tę stronę Atlantyku. Korzystając z drzemki M, postaram się spisać kilka spostrzeżeń, doświadczeń i przeżyć. Będzie dosyć skrótowo, bo sporo tego jest i nie sposób wszystko spisać.

Podróż

Minęła nam dosyć szybko, choć M bardzo mało spała w samolocie z Toronto do Frankfurtu. W czasie startu była bardzo nieszczęśliwa bo już bardzo chciała się zdrzemnąć, a nie było jak. Kiedy tylko samolot zaczął bujać się w chmurach, zasnęła mi na prawej ręce i przez jakąś godzinę spała twardym snem. Dzięki czemu mogłam zjeść zaserwowany “obiad”. Po jakiejś godzinie z hakiem się obudziła i przez długi czas nie mogła ponownie zasnąć, bo co chwilę ją coś rozpraszało. Jak już zasnęła, to za parę minut włączyły się światła i zaczęto serwować “śniadanie”. Na szczęście z osłoniętą od światła głową, przespała ostatnie dwie godziny lotu. Samolot się spóźnił, więc lotnisko we Frankfurcie musiałyśmy przebiec z jednego końca na drugi żeby zdążyc na samolot do Krakowa. Przez cały bieg M bacznie się przyglądała otoczeniu i oczywiście ani myślała o spaniu podczas godzinnego lotu do grodu Kraka. Zasnęła jak już samolot kołował. I bardzo się zdziwiła, że trzeba już wysiadać. Troszkę pomarudziła, ale jak zobaczyła kolejne atrakcje, ludzi i psy wąchające to nie marudziła wcale. Potem były powitania i podróż do Myślenic, podczas której opowiadała wszystkim wrażenia z podrózy. Na miejscu zaczęła okazywać oznaki zmęczenia i zdrzemnęła się na jakieś dwie godziny i po południu znowu na jakieś półtorej. Mimo zamykających się oczu, kompletnego skołowacenia i ilości nowych twarzy, była duszą towarzystwa, dawała się nosić na rękach, karmić i uśmiechała się bez wytchnienia. Padła wieczorem, kolo 22 i spała (z przerwami na karmienie) do 13:30 następnego dnia. A ja z nią.

Jet lag

Jaki jet lag? M okazała się wyśmienitą podróżniczką. Dzień po przylocie opędziła jedną drzemką, wieczorem znowu spać kolo 22 i z małymi przerwami do 9:30 rano. A następną noc juz zasnęła o swojej normalnej porze, jeszcze z pobudkami, ale następpna już przespana cała. Mimo tego, że musiała znowu zmienic otoczenie i łóżeczko.

Obsługa w samolocie (z Toronto do Frankfurtu)

Beznadziejna. Jedyną pomocą jaką mi zaoferowano było popilnowanie M w wózku kiedy wsiadałyśmy w Toronto, żebym mogła zanieść bagaże na miejsce i potem po nią wrócić. Przed startem ani lądowaniem nikt się nie pofatyował żeby mi powiedzieć jak mam M trzymać, a kiedy próbowałam o coś zapytać, pani przebiegła koło mojego siedzenia i nie zwolniła nawet. A potem już pilot wzywał obsługę do zajęcia miejsc. Dobrze, że poczytałam na ten temat wcześniej bo bym chyba nieźle spanikowała. Podczas rozdawania jedzenia, M spała mi na prawej ręce, więc miałam tylko lewą do odbioru jedzenia, otwarcia wszystkiego itp. Pani rozdająca nawet nie patrzyła gdzie ląduje ta taca z gorącym jedzeniem i musiałam się nieźle wykręcić żeby ją odebrać. Potem jak serwowała śniadanie w postaci zdechłego muffina, prawie jej spadł na siedzenie obok (tym razem lewą rękę miałam zajetą i nie było jak łapać). Na szczęście dziewczyna, która siedziała obok, pomogła i złapała. Przy wysiadaniu też nie było nikogo żeby pomógł się zabrać z całym balastem. Na szczęście współpasażerowie zdjęli walizkę z góry i się jakoś wytoczyłyśmy. Plusem było to, że siedzenie obok było wolne, więc sie mogłyśmy trochę rozłożyc z gratami i nogami M. Przy wychodzeniu z samolotu powiedziałam, że obsługa byla beznadziejna i jakiś facet z Air Canada wysłuchał moich zażaleń. Ale oczywiście cóż on może. Natomiast w samolocie Lufthansy do Krakowa było super, tyle że lot trwał tylko godzinę. Ale dali specjalne pasy, które się zakłada na swoje i którymi się dziecko przypina. Przy czym facet był zszokowany, że w samolocie Air Canada z Toronto czegoś takiego nie mieli i nie udzielili mi wskazówek jak postępować. No cóż, moje szczęście.

Ludzie

M od jakiegoś czasu bardzo aktywnie trenuje swoje wdzięki na przypadkowych przechodniach, współpasażerach itp. Wygląda to tak, że jak jesteśmy w jakimś miejscu publicznym, rozgląda się wokół, natrafia na jakąś twarz i na nią poluje aż twarz się uśmiechnie do niej albo odezwie. Polowanie polega na wysyłaniu uśmiechów, zagadywaniu, chrząkaniu i pluciu. W samolocie nieco marudziła, ale kiedy nie płakała, miała świetny humor i rozdawała uśmiechy komu tylko się dało. Dzięki czemu przy wysiadaniu usłyszałam poczwały, jak to była dzielna przez cały lot. Odkąd wylądowałyśmy w Krakowie, M niezmordowanie ćwiczy swe wdzięki, tylko jakoś nie bardzo jej się udaje trafiać na podatny grunt. Ludzie patrzą na nią jakimś takim zamglonym wzrokiem i nic. A M marszczy brwi ze zdziwienia i się na mnie patrzy pytająco: “O co im chodzi?”. Jak nawet bobasy nie wzbudzają uśmiechu, to trudno się dziwić, że tyle ludzi tu jest takich smętnych. A bobasy zrażone niepowodzeniem w końcu przestaną próbować i wyrosną na kolejnych smętków. Na szczęście jest rodzina, która nadrabia i obdarza M taką ilością uśmiechów, że na pewno jej wystarczy.

Jedzenie

Owszem, zwracam uwagę na to, co jem i co daję M, ale nie uważam siebie za jakąś przesadnie zwariowaną czy nawiedzoną pod tym względem. Czytam naklejki i patrzę co jest w środku, więc tutaj też to robię. I się dziwię. W związku z tym, że się sporo przemieszczamy i bywamy w różnych miejscach, założyłam że będziemy bazować na jedzeniach ze słoika dla M. Nie wysłałam całego zapasu z Toronto, mimo ze Ania mnie ostrzegała, że różnie z tymi słoikami bywa. No i teraz czytam naklejki a M próbuje i kilka słoików już wylądowało w koszu. Jeden, z ekologicznym obiadkiem, zabrała moja siostra dla psa. I pies w nocy miał rozstrój żołądka… Po co do obiadków dla dzieci daje się soki z jabłek albo winogron? Mąke? i jeszcze inne dodatki, których teraz nie pamiętam. No nic, będziemy dalej czytać i próbować i mieć nadzieję, że pies siostry nie rozchoruje się całkowicie.

Chodniki

Dzielą się na te pokryte wypasioną kostką / brukiem i na rozjechane płyty chodnikowe o których świat zapomniał. Nie ma za bardzo nic pomiędzy. Dobrze, że M nie ma jeszcze zębów, bo by sobie pewnie nieraz język przygryzła. Takie rozwiązanie jak w Toronto, żeby po prostu zrobić krawężnik i wylać chodnik cementem wydaje się być zbyt proste. I pewnie nie dałoby się na tym odpowiednio zarobić, więc nie byłoby chętnych do przetargu. Poza tym zauważyłam, ze jest bardzo mało podjazdów dla wózków. Choć przyznaję, że jak na razie moje spostrzeżenia sa oparte na spacerach osiedlowych, w centrum jest pewnie inaczej. No ale po osiedlach też wózki kursują.

Na dziś to tyle, a ciąg dalszy nastąpi (prędzej lub później). Nie wiem jeszcze kiedy się wybierzemy na podbój Rynku i okolic, odwiedzimy Smoka i Lajkonika, ale mam nadzieję że się uda. Jutro jedziemy na wieś pod Tarnowem, potem wracamy i jedziemy na parę dni na Resvariowy Śląsk. A potem znowu do Krakowa. Mam nadzieję, że M dalej będzie tak pozytywnie nastawiona do całej przygody bo jak dotychczas jest świetną towarzyszką podróży.

Read Full Post »

Osoba Lucy Maud Montgomery i jej literacka Ania kojarzą się głównie z Wyspą Księcia Edwarda i Zielonym Wzgórzem. Okazuje się jednak, że niecałą godzinę od Toronto znajduje się miejsce, które z osobą Lucy Maud ma wiele wspólnego. Mianowicie w miejscowości Leaskdale, na północ od Uxbridge znajduje się dom, w którym Lucy Maud mieszkała przez 15 lat i napisala 11 z 22 swoich powieści. O tym, że takie miejsce istnieje, dowiedziałam się dwa lata temu, kiedy byłam w okolicy z klubem fotograficznym. Wtedy nie udało nam się wejść do środka bo trwał remont. Jako, że wszystkie miejsca związane z Lucy Maud mnie fascynują, wróciliśmy tam żeby zobaczyć gdzie pisarka spędziła kawał swojego życia. Tym razem zwiedzać się dało i było warto!

Lucy Maud przyjechała do Leaskdale w 1911, niedługo po tym, jak wyszła za mąż za Ewana Macdonald’a, który został pastorem w miejscowym kościele prezbiteriańskim. Lucy Maud mieszkała w tym domu 15 lat i tu się urodzili jej dwaj synowie, Chester i Stuart. Kiedy Lucy Maud przybyła do Leaskdale, była już znaną autorką Ani z Zielonego Wzgórza, którą wydano trzy lata wcześniej i która stała się bestsellerem i otworzyła drogę do kariery pisarskiej Lucy Maud. W 1926 roku Lucy Maud wraz z rodziną przeprowadzili się do Narval w Ontario, gdzie mieszkali do 1935, kiedy to Ewan Macdonald zrezygnowal z kariery pastora. Para przeprowadziła się wtedy do Toronto, aby być bliżej synów. Lucy Maud Montgomery zmarła w Toronto 24 kwietnia 1942 roku i została pochowana na Wyspie Księcia Edwarda, na cmentarzu w Cavendish, w pobliżu jej starego domu.

Dom w Leaskdale jest obecnie własnością Lucy Maud Montgomery Society of Ontario, podobnie jak kościół, w którym służył jej mąż. Oba obiekty można zwiedzać, w lecie w każdy weeknd a w poza sezonem trzeba się wcześniej umawiać. Dom przez jakiś czas był wynajmowany, ale parę lat temu przeszedł gruntowny remont i został przywrócony do stanu w jakim był, kiedy mieszkała tam Lucy Maud. Niestety, wszystkie meble i inne rekwizyty nie pochodzą z kolekcji autorki a są zbieraniną z różnych aukcji, datków i sklepów z antykami. Jedynym oryginalnym eksponatem jest torba lekarska, która należała do doktora, który przyjął wszystkie porody Lucy Maud (oprócz dwóch synów, o których wcześniej wspomniałam, Lucy Maud miała jeszcze jednego syna, który się urodził martwy).

originalna torba lekarska

farma na przeciwko – ulubiony widok z okna

Na szczęście dom, jego wyposażenie oraz ogród często pojawiały się w dziennikach Lucy Maud, więc muzeum zostało odtworzone według szczegółowych zapisów autorki, która opisywała takie detale jak kolory i wzorki tapet, materiały, które zdobiły dom oraz ustawienie mebli. Poza tymi szczegółowymi opisami, Lucy Maud zostawiła po sobie sporą kolekcję zdjęć, na których też często pojawiały się dom i jego wyposażenie. Oprócz swojego domu, Lucy Maud fotografowała głównie swoich synów oraz okolicę w której mieszkała. Kolekcja zdjęć nie tylko stanowiła świetne źródło dla stowarzyszenia, które dom przywracało do życia, ale też pozwala zwiedzającym podglądnąć autorkę w jej prywatnym życiu. Muszę przyznać, że bardzo mi się całe muzeum podobało i uważam, że stowarzyszenie zrobiło kawał dobrej roboty. Pewnie się tam znowu wybierzemy bo na pewno znajdą się chętni, którzy będą chcieli żeby ich tam zabrać a i my z przyjemnością jeszcze raz popatrzymy na dom i zdjęcia. No i mam nadzieję, że uda mi się zrobić trochę lepsze zdjęcia, bo tym razem mi się zepsuł obiektyw z szerszym kątem i mało co mi weszło w kadr.

gabinet pastora

widok na jadalnie z klatki schodowej

——————

Wiadomości na temat Lucy Maud Montgomery pochodzą ze strony Lucy Maud Montgomery Society of Ontario oraz ze strony The L.M. Montgomery Institute of U.P.E.I.

——————-

okoliczne pola

Jak wcześniej wspominałam, mam spory sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza, więc wszelkie miejsca związane z książką, autorką i filmem mnie zawsze wabią. Dzięki temu mam już ich małą kolekcję i postaram się nią tu podzielić w następnych odcinkach.

Read Full Post »

Nasz grafik na bieżący tydzień:

Sobota – dostaję zielone światło na wyjście z domu. K zostaje z Małą oraz zapasem mleka w lodówce i zamrażalniku a ja udaję się na spacekr z kilkoma osobami z klubu fotograficznego po St. Lawrence Market a potem lunch w pubie obok. St. Lawrence Market to hala handlowa, gdzie mieszczą się liczne stoiska warzywne, owocowe, rybne, mięsne, serowe i jakie jeszcze tylko mogą być jadalne. Jako że z każdej strony atakują nas wyśmienite zapachy, kolory i widok różnych smakołyków, wszyscy się szybko robią głodni i całe towarzystwo ląduje na brunchu w pubie Giant Jersey gdzie serwują jeszcze śniadaniowe przysmaki. Wracam do domu kolo czwartej, K wrócił z Małą ze spaceru i właśnie jest pora na następne karmienie. Reszta soboty upływa na różnych codziennych czynnościach i, jak zwykle, długim usypianiu Małej.

Niedziela – późne śniadanie pt. podróż sentymentalna do czasów tureckich. Na naszych talerzach lądują sery z rodziny fetowatych – irański i grecki, ser akkawi (prawdopodobnie z Libanu), oliwki zielone i pomidor. Do w pełni tureckiego śniadania brakuje nam jajka na twardo i zielonego ogórka i nie pasuje ser brie. Niedzielne popołudnie upłynęło bardzo szybko, częściowo na plotkach z koleżanką z pracy, która wpadła żeby nieco ponarzekać na szykujące się zmiany w biurze. Oj, jak wrócę będzie ciężko się przestawić na nowe porządki…

Poniedziałek – K ma zajęcia więc większość dnia jesteśmy same. Musimy się wybrać do sklepu po kilka składników potrzebnych do gotowania zupy i przy okazji idziemy do biblioteki odebrać zamówione CD. Reszta dnia mija na karmieniu, gotowaniu zupy na raty, zabawie z Małą i tego typu sprawach. W międzyczasie odwiedza nas Szwagierka z Szwagrem i wyprowadzają na spacer Pana Psa. K wraca do domu, przejmuje usypianie Małej i w końcu możemy zjeść i niedługo potem padamy zmęczeni.

Wtorek – już czwarty tydzień jeździmy na zajęcia prowadzone przez pielęgniarkę środowiskową a finansowane przez miasto. Dwie godziny spędzamy na śpiewaniu piosenek dla maluchów, rozmowach z innymi mamami z dziećmi w podobnym wieku oraz na słuchaniu pogadanki i potem dyskutowaniu na różne tematy związane z hodowlą niemowląt. Były omawiane choroby, problemy ze spaniem, alergie oraz różne programy prowadzone przez miasto i inne instytucje. Za tydzień mamy mówić na temat wprowadzania normalnego jedzenia. A wieczorem mieliśmy gości, więc dzień całkowicie zajęty.

Środa – cotygodniowe wyjście do kina z grupą mam z zajęć ze szkoły rodzenia, poporodowych lekcji oraz wtorkowego programu. Co tydzień w pobliskim kinie jest seans filmowy dla mam z wózkami. Można przyjść z dzieckiem, postawić wózek obok siedzenia, albo siedzenie samochodowe na fotelu i rozkoszować się filmem, na ile dziecię pozwoli. Część mam chodzi i usypia dzieci, część stoi, co jakiś czas ktoś wstaje i wynosi rozwrzeszczane niemowlę do tyłu, gdzie jest tez stół do przewijania i akcesoria typu pieluchy i chusteczki do podmywania. Jak na razie udalo mi się obejrzeć Hugo The Muppets oraz Young Adult. Muszę przyznać, że Mała jest całkiem spolegliwa i daje mi oglądać bez większych awantur. Po kinie chodzimy na plotki i pogawędkę do pobliskiego Pie Shack gdzie serwują boskie paje owocowe. Często też kupujemy mięsne na wynos, bo nikomu nie chce się gotować po całym dniu rozrywki. Po posiedzeniu przy smakołykach pojechałam do domu, gdzie nawet nie wchodziłam bo Mała spała a w programie mieliśmy wizytę u Szwagierki i Szwagra. Tak więc z śpiącą Małą zabrałyśmy K i razem poszliśmy na smaczny obiadek.

Czwartek – przez jakiś czas był to dzień, kiedy jeździliśmy do szpitala na zmianę gipsu. Teraz możemy inaczej ten dzień zagospodarować, więc chodzimy na kolejne zajęcia, tym razem finansowane przez rząd Ontario. Bardzo blisko naszego domu jest jedna z placówek Ontario Early Years, gdzie raz w tygodniu są prowadzone zajęcia dla dzieci do roku. Znowu śpiewamy piosenki, niektóre nowe, część ta sama co we wtorek, rozmawiamy z innymi mamami i udzielamy się społecznie. Mała ma radochę przez większość czasu, ale pod koniec już jest zmęczona i musimy się szybciorem zbierać bo zaczyna płakać jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Ja wiem, że to jest jej normalny płacz i nic wielkiego się nie dzieje, ale inni rodzice i część obsługi patrzy z lekkim niepokojem w naszą stronę. No cóż. Sam ośrodek jest prawie nowy, w ciągu tygodnia są tam zajęcia dla różnych grup wiekowych, można przychodzić tak ot bez rejestracji czy zapisywania się. Zajęcia prowadzą dwie panie, poza tym jest wolontariuszka, która pomaga rodzicom – trzyma dziecko jak ktoś chce iść do ubikacji czy się ubrać czy też zjeść małą przekąskę przygotowaną dla każdego. Ponoć rozpoczynają też akcję promującą czytelnictwo – każdemu dorosłemu i dziecku, które przyjdą danego dnia o danej porze, będą dawać książkę. Teraz już wiemy na co idą nasze podatki, więc też trzeba trochę z tych atrakcji skorzystać.

Piątek – zaplanowana wizyta do mojego biura i lunch z koleżankami. Mała śpi większość drogi, ale budzi się w drugim metrze i do biura wkraczamy na sygnale jej płaczu. Oczywiście nie tylko moje najbliższe koleżanki, ale pół piętra wie, że ktoś przyszedł z dzieckiem. Wyjęta z wózka się troche uspokaja, odbywa rundę z rąk do rąk i kiedy przychodzi kolej mojego szefa bardzo pokazowo wymiotuje w jego stronę. Oczywiście wywołuje to wielką radość wśród całej żeńskiej cześci zespołu. Po obchodzie idziemy na lunch, najpierw je Mała potem ja a ona jakimś cudem usypia kołysana w wózku. Potem jeszcze na chwilę do biura, gdzie jemy deser po którym wracamy do domu. Mała śpi całą drogę i budzi się w momencie, kiedy przekraczamy próg domu. Oczywiście od razu chce jeść, potem zwraca część mleka na psa, który zdegustowany wycofuje się z pola rażenia.

Jutro sobota, mamy w planie wizytę koleżanki. A potem reszta weekendu też przeleci szybko, chociaż pocieszające jest to, że to długi weekend w Ontario dzięki Family Day i w poniedziałek K nie będzie musiał iść do pracy. A potem znowu zajęcia, wyjścia i spacery. Pod koniec lutego są zapisy na zajęcia prowadzone przez bibliotekę, a miasto ma jeszcze inny program dla mam, też prowadzony przez pielęgniarki, ale obejmujący nieco inny program. Tak więc jak nam się uda zapisać do dalej będziemy bywać wśród innych mam i dzieci. Czasem się czuję nieco zmęczona codziennymi wyjściami, ale z drugiej strony i tak chcę Małą codziennie z domu wyprowadzić, choćby na chwilę. Pogoda wprawdzie bardzo sprzyjająca jak na zimę, ale i tak nie zawsze chce mi się smędzić bez celu po okolicy. A tak przynajmniej mam cel i motywację żeby z domu wyjść. Zazwyczaj wychodzę później niż powinnam, więc potem pędzę do autobusu albo metra, co daje mi niezły wycisk. No i mam okazję pogadać z innymi mamami w podobnym wieku z dziećmi w podobnym wieku i mam możliwość wymienić się doświadczeniami, ale też pogadać na inne tematy niż hodowla latorośli.

Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się wstawić kilka zdjęć z St. Lawrence Market bo teraz już muszę iść poświęcić się Małej.

Read Full Post »

Niedawno Res Varia pisał o naszym wyjeździe do Awendy, jednego z naszych ulubionych miejsc w Ontario. Nie będę się powtarzać, bo w sumie nic nowego nie mam do dodania, ale za to wstawię kilka fotek z tamtego weekendu. Przyznaję, że nieco je “podszopowałam”, ale wciąż odkrywam nowe możliwości tego programu i czasem się nie mogę oprzeć.

Read Full Post »

Za oknem ciemno, cały dzień był szary i bury, więc nie pozostało mi nic innego jak zabrać się za zdjęcia z ubiegłego weekendu. A jest za co się zabierać, bo weekend spędziłam bardzo fotograficznie. Męża i psa zostawiłam w domu i wraz z sześcioma osobami z klubu fotograficznego udalam sie na zimowy wypad do Pinery Provincial Park.

Wyjechaliśmy w piątek rano, a właściwie to wyjechałyśmy, bo jechałam vanem z dwiema kobietami. Po drodze zatrzymayłyśmy się w Stratford, miasteczku, które jest znane z corocznego festiwalu teatralnego. Do tej pory jakoś nie udało się nam tam dotrzeć, ale myślę że tam jeszcze pojadę. Jest sporo ciekawych knajpek, restauracji i atrakcyjnie wyglądających sklepów z antykami. Tym razem nie zwiedzałam żadnego z nich, bo nie byłam nastawiona na zakupy. Pochodziłyśmy chwilę po miasteczku i zjadły całkiem smaczny lunch, po którym wyruszyłyśmy w dalsza drogę.

Tym razem nas zaniosło do Goderich, miateczka nad jeziorem Huron. Tam obejrzałyśmy latarnię i wszechobecne zwały śniegu.

Po ataku na latarnię pojechałyśmy na południe, wzdłuż jeziora Huron do naszego docelowego miejsca, czyli Pinery Provincial Park.

Kiedy byłyśmy już blisko, zadzwoniła do nas ekipa z drugiego vana, która się nieco zgubiła i nie mogła znaleźć naszych kwater. Chłopcy twierdzili, że nie było nikogo przy wjeździe parku i nie mieli jak wziąć map i przez to nie mogli trafić. Okazało się, że i owszem, nie było nikogo na bramce, ale mapy sobie grzecznie leżały i czekały aż się je weźmie. Udało nam się kolegów zaprowadzic na miejsce i zaczeło się rozlokowywanie w jurtach, gdzie miałyśmy spędzić najbliższe dwie noce.

Każda jurta jest wyposażona w dwa piętrowe łóżka, na których się w sumie może zmieścić 6 osób, bo dół łóżka się rozkłada na dwuosobową kanapę. Nas było cztery i każda miała dla siebie całe łóżko. Na szczęście w tym parku jurty są ogrzewane prądem, bo w niektórych są tylko piece na drewno i trzeba w środku nocy wstawać i dokładać do pieca. Tutaj nie tylko było ogrzewanie, ale też prąd, więc można było sobie robić herbatki i inne ciepłe napoje oraz ładować baterie do aparatów i innych sprzętów. Poza tym w wyposażeniu jurty jest wiaderko z mopem, miotła i szufelka, kosz, suszarka na naczynia, cztery krzesła i stół. A przed jurtą jest zadaszony grill i miejsce na ognisko. W odległości dwuch minut na piechotę była ogrzewana łazienka z gorącą wodą, prysznicami i wszystkimi koniecznymi wygodami. Okazało się, że mój pierwszy wyjazd na zimowy kamping okazał się być wyjazdem z wygodami, bo gdzie indziej zdarzają się tylko latryny a do ogrzewanego wychodka trzeba iść daleko albo jechać autem, albo też go wcale nie ma. Oczywiście bardzo mnie to uradowało bo spodziewałam się dużo gorszych warunków. Przygotowana byłam jak na wyjazd na bezludną wyspę, dużo jedzenia, wody, dużo grubych skarpet, spodni, kurtka puchowa, swetry i inna odzież do kombinowania warstwowego, opisane poniżej raki, pożyczone rakiety śnieżne i wiele innych rzeczy. Miałam też takie specjalne poduszeczki do ogrzewania rąk i nóg, jest to pakowane w woreczek, wyciąga się to w godzinie potrzeby i wkłada do rękawiczek albo butów. Trzyma to ciepło przez 7 godzin (wedle opisu na opakowaniu) i jest to popularne bardzo wśród narciarzy. Okazało się jednak, że sporo z tych rzeczy nie było mi potrzebne, bo weekend był całkiem ciepły.

W piątek na kolację były kiełbaski z grilla i sałatka przywieziona z domu, a potem wspólne siedzenie w naszej jurcie i pogawędka przy muzyce i różnorakich napojach.

W niedzielę udało nam się wstac całkiem szybko, pomimo tego, że nasza jurta była całkiem zaciemniona. Nie odsłoniłyśmy otworów okiennych bo przez nie potwornie wiało, więc rano obudziłyśmy się w prawie całkowitych ciemnościach. Okazało się że na zewnątrz jest bardzo ładne słonce, więc po śniadaniu poszłyśmy w trójkę na czterogodzinną wędrówkę po parku i szlakach. Reszta towarzystwa sie rozeszła w swoje strony i dobrze, bo łażenie w takiej dużej gromadzie jest uciążliwe.

Ja wdziałam pożyczone rakiety śnieżne i obładowane aparatami i statywami wyruszyłyśmy w drogę. Najperw zeszłyśmy na kanał który przedziela park na dwie części i tam spędziłyśmy trochę czasu nad wodą.

Old Ausable Channel

Potem ruszyłyśmy szlakiem cedrowym przez las do brzegu jeziora Huron. Szlak nie jest długi, ale przez częste przystanki zabrało nam to trochę. Przez większość drogi szlak był ubity i właściwie moje śniegowce (rakiety śnieżne) nie były niezbędne, tyle że mogłam sobie chodzić na przełaj i podziwiać nieprzetarte części parku. Dopiero nad jeziorem się śniegowce przydały bo śnieg w niektórych miejscach mial koło pół metra, także moje towarzyszki zapadały się po kolana.

Pinery jest znane z wydm i piaszczystych plaży. Ponoć dużo Polaków tam lubi jeździć bo kojarzy im się to miejsce z wydmami nad Bałtykiem. Krajobraz był niesamowity, bo wydmy były przysypane dużą warstwą sniegu, a piasek na brzegu jeziora tworzył niesamowite kształty, momentami wyglądało to jak na jakiejś Grenlandii albo innym Biegunie Północym.

Pinery Provincial Park

Pinery III

Pinery II

Po spacerze zjadłyśmy co nieco i pojechałyśmy, już w czwórkę, do pobliskiego miasteczka Grand Bend. Okazało się, że wszystko tam można było kupić, więc czułam się nieco rozczarowana, że jesteśmy tak blisko cywilizacji. W Grand Bend poszłyśmy na tamtejszą plażę, która też wyglądała jak z innej planety.

Grand Bend, Ontario

A potem pojechałyśmy na przejażdzkę drogami polnymi i napotkałyśmy takiego oto przemiłego osiołka.

6359_edit

W niedzielę się w miarę szybko zebraliśmy i spakowali wszystkie manatki. Niedaleko parku jest wodospad, więc wszyscy zgodnie przystali na pomysł odwiedzenia wodospadu zimą. Niestety dzień był bardzo ponury i szary i zdjęcia nie są zbyt ciekawe.

Rock Glen Falls

Po wodospadzie zjedliśmy lunch i powoli potoczyliśmy się do Toronto, gdzie było jeszcze bardziej szaro, buro i ponuro. Ale miło było wrócić do ciepłego domu, gdzie czekał na mnie K, pies i banana bread.

Read Full Post »

Older Posts »