Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘office’ Category

Do Toronto przyjechałam z Teściową i…. kotem Szwagierki. W Krakowie Teść wykupił kotu wcześniej zarezerwowany bilet (za jedyne 1000 zł…) i  nastąpiła niejaka konsternacja kto kota ma przejąć bo odprawiałyśmy się z lotniska krakowego, gdzie obsługa nie jest przyzwyczajona do odprawiania kotów za ocean. W końcu po porozumieniu się z lotniskiem zagranicznym wszystko się wyjaśniło i po prześwietleniu klatki, kot został nadany razem z bagażem do odbioru w Toronto. W Warszawie panie przy odprawie potwierdziły, że kot żywy leci z nami dalej do Kanady. W Toronto kot nie pojawił się tam gdzie był znaczek, że się odbiera duży bagaż i zwierzęta, lecz ktoś go z klatką postawił koło taśm z walizkami. Na szczęście go zauważyłam i poszłyśmy się odprawiać. Kot wcześniej został zgłoszony na granicy kanadyjskiej jako część mienia przesidleńczego Szwagierki, więc wszystko przeszło sprawnie. Celnik zajrzał do klatki, wpisał do komputera „jeden żywy kot”, przejrzał papiery ze szczepieniami, paszport i świadectwo zdrowia, zapłaciłam opłatę na cześć ministerstwa zdrowia (31 dolarów) i kot znalazł się w ramionach stęsknionej właścicielki. Zaaklimatyzował się bardzo szybko i prowadzi teraz bardzo zrelaksowany tryb życia.

A ja na  drugi dzień po powrocie poszłam do pracy i bardzo szybko musiałam się przestawić na tutejszy świat i realia. W pracy czekało na mnie prawie 500 emaili i innych spraw do załatwienia. Wśród emaili było sporo tych poświęconych spotkaniu G20, które w najbliszym tygodniu odbędzie się w Toronto. Całe miasto jest postawione w stan gotowości. Jako, że nasze biuro jest w samym centrum, zarząd firmy zdecydował, że w piątek zrobią wolne (hurrra!) żeby nie narażać pracowników na podróż do centrum Toronto. W piątek osoby, które chcą przyjść do pracy muszą wcześniej dostać specjalną przepustkę żeby wejść do budynku. Ulice wokół będą zamknięte, parkingi niedostępne, parkownice dla rowerów zdemontowane, a w podziemiach będą całe armie policji patrolującej miasto. Gdzieś nawet widziałam informację, że w centrum mają zamiar wykopać wszystkie drzewa na czas spotkania a potem je znowu wsadzić. Oczywiście wszyscy tu krytukują to, że spotkanie odbywa się w centrum miasta i kosztuje miliony dolarów, które można byłoby wydać na cos znacznie pożyteczniejszego. Ale cóż począć. Wśród maili z pracy, dostaliśmy też taki, który udzielał wskazówek jak się należy zachowywać w razie zaplątania się w protesty, gdzie chodzić, jak nie chodzić, co robić i czego unikać. Niektóre rady wydają się nieco przesadzone, jak na przykład żeby nosić ze sobą zapasy jedzenia i wody, w razie gdyby się gdzieś utknęło na dłużej (na przykład w metrze). Chociaż kto to może tak do końca przewidzieć… Poza dniem wolnym bonusem całego tego cyrku jest to, że cały przyszły tydzień możemy chodzić w jeansach i wygodnych sportowych butach! Żeby, w razie czego, można było uciekać przed protestantami albo wysiąść z metra i przejść pięć (przykładowo) stacji metra zamiast w nim tkwić. Bardzo jestem ciekawa jak to wszystko będzie wyglądało w praktyce. Nie wiem czy będzie się dało robić jakieś zdjęcia, czy będą gonić ludzi, ale może się coś uda uwiecznić.

Poza tym spędzamy teraz bardzo mało czasu przed komputerami, wieczory i weekendy spędzamy z Teściową, czasem też razem ze Szwagierką i Szwargrem, z naszym psem albo, jak wczoraj, ze zrelaksowanym kotem. Będzie też kilka wspólnych wypadów za miasto i trochę prac domowo-ogrodowych. Trzeba korzystać z lata póki gorące…

Advertisements

Read Full Post »

Podobnie jak Res Varia i z tych samych powodów ostatnio bardzo mało siedzę przed komputerem. Zaglądam czasem na sąsiednie blogi, ale nie bardzo miałam kiedy tutaj coś napisać. Tak więc w pokoju piętrzy się coraz więcej pudeł, pies się smętnie przygląda bo już wie dobrze co to oznacza. W końcu przeżył już z nami dwie przeprowadzki i wie co się święci.

W pracy jakoś tak się nagle zrobiło dużo roboty, choć muszę przyznać, że przez jakiś tydzień było troszkę luźniej. Do tego mam nową współpracowniczkę, wiec się nawzajem oswajamy i staramy dotrzeć. Obojgu nam zależy bo placujemy plecy w plecy i spędzamy ze sobą osiem godzin dziennie. Do tego w ciągu ubiegłego tygodnia przeżyłam w pracy dwa lunch’e świąteczne i jedną imprezę po pracy, też świąteczną. Acha i jeszcze wręczanie nagród długoletnim pracownikom firmy. W tym tygodniu pracuję tylko do środy, ale w środę właśnie w pracy jeszcze jeden lunch świąteczny… Ma to dobre strony, zwłaszcza, że wszystkie te imprezy były bardzo smaczne i winne. Zobaczyłam mnóstwo ludzi którzy niby pracują w tej samej firmie, ale odkąd tam pracuję nigdy ich nie widziałam. Pierwszy raz coś takiego przerabiam i muszę przyznać, że takie imprezy to ciekawe pole do obserwacji socjologiczno-obyczajowych. Jeśli oczywiście nie trzeba w nich za często uczestniczyc. I nie zbyt aktywnie, wystarczy z podobnie nastawionymi współpracowniczkami postać w kąciku sącząc co nieco, poobserwoać i czasem nieco się zdziwić.

W poprzedniej pracy od szefostwa nawet kartki nie dostałam, więc takie obchodzenie Świąt z rozmachem jest dla mnie nowością. O przepraszam! To nie są Święta, to są “Wakacje”. W ramach poprawnosci politycznej na każdym piętrze firmy stoi choinka ale w głównej recepcji choinki nie ma.  Żeby nie drażnić tych, którzy Święta kojarzą tylko z Wakacjami i dniami wolnymi od pracy. W ramach wakacyjnej ozdoby są więc gałęzie brzozy, zdaje się, ozdobione innymi gałęziami koloru czerwonego i wszystko z tyłu oświetlone. Wygłąda to ładnie i reczywiście zupełnie nie jak choinka.

W sklepach tłumy, kolędy i kolędopodobne utwory straszą z każdego centymetra kwadratowego, wszędzie okazje i przeceny, ludzie szaleją i się zastanawiają co kupić komu. Jedna kobieta w pracy się zastanawiała co kupić od wnuczki dla dziadków. Ile wnuczka ma lat? A no roczek dopiero… Powiedziałam, że dziadkowie chyba zrozumieją, że dziecko nie ma jeszcze kieszonkowego żeby prezenty kupować, ale chyba nie trafiłam z żartem. Inna uczestniczka rozmowy była lepsza, bo powiedziała że ktoś tam w ramach takiego podarku zorganizował dziadkom talerz z odbitą stópką czy rączką wnuczka…

Tak więc wszystko się kręci, ludzie dostają fioła i obłędu w oczach bo listy prezentów są długie i kręte. A my się pakujemy, uważamy tylko żeby zeszyt z przepisami był w wiadomym miejscu bo jak sie już przeprowadzimy to mamy zamiar ponownie zaatakować polski sklep i zaopatrzyć w najważniejsze składniki. No i mamy zamiar nabyć żywą choinkę w doniczce, którą potem wsadzimy do ogródka i będzie (mam nadzieję) sobie rosła.

A do tego wszystkiego, zaczęłam czytać na nowo Sapkowskiego…. Zapomniałam już bardzo wiele i niesamowitą radochę sprawia mi ta lektura. Tylko nie wiem dlaczego się za nią zabrałam akurat teraz. No cóż, widocznie tak miało być.

Read Full Post »

Stałyśmy sobie z E. wczoraj na przystanku tramwajowym i przytupując z zimna czekały na pojawienie się pojazdu. Nagle gdzieś z tyłu ktoś zawołał moje imię. Najpierw myślałam, że mi się wydawało, ale kiedy wołanie się powtórzyło, obejrzałam się za siebie, w końcu nie jest to bardzo popularne imię tutaj. Kiedy się odwróciłam, stanęłam twarzą w twarz z państwem A. Państwo A. pochodzą z Kenii i są ludźmi, których poznałam w mojej poprzedniej pracy. Pracowałam też dla prawniczki imigracyjnej, ale takiej która zajmowała się głównie sprawami uchodźców przybywających do Kanady z różnych zakątków świata. Spędziłam z różnymi ludźmi długie godziny słuchając ich opowieści, pomagając wypełniać formularze przeróżne, wdrażać się w życie w Toronto a czasem nawet doradzając jak się należy ubierać w zimie. Dla niektórych, świeżoprzybyłych z krajów takich jak Uganda, Kenia czy Kolumbia śnieg na początku był atrakcją, ale po pół godzinie okazywało się, że część ludzi nie miała pojęcia, że zimą trzeba nosić czapkę, że sama koszulka pod kurtką to mało żeby się zabezpieczyć przed mrozem, że dobrze się ubierać warstwowo i zawsze coś włożyc do spodni żeby nie podwiewało. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, dowiedziałam się jeszcze więcej o różnych krajach i obyczajach z pierwszej ręki, bo od ich mieszkańców. Co prawda najczęściej był to obraz niezbyt pozytywny, bo to dlatego nie chcieli wracać do ojczyzny. Przez opowieści tych ludzi często przewijały się wojny, porwania, tortury, gwałty, prześladowania religijne i polityczne, korupcja i różne inne sposoby znęcania się nad człowiekiem. Zdarzało mi się, że niektórzy z tych ludzi śnili mi się po nocach, przeżywałam ich przesłuchania przed tzw. Immigration and Refugee Board (Komisją do Spraw Imigracji i Uchodźctwa), czasem stawałam na uszach, żeby znaleźć tłumacza który będzie w stanie pracować z uchodźcami i prawniczką dla której pracowałam. Ludzie zjawiali się w poczekalni bez zapowiedzi, dzwonili, pytali i często proste rozmowy stawały się niesamowitymi wyzwaniami, bo jak tu wytłumaczyć kmuś z Korei Północnej co to jest pozwolenie na pracę, jeśli taki ktoś nie zna żadnego innego języka, wszelakie tutejsze kody kulturowe są mu obce a jednocześnie ma przyzwyczajenia, które tutaj wydają się bardzo niezwykłe. Poza tym wszystkim atmosfera w biurze była różna, z wielu powodów. W pewnym momencie zrobiło się tak, że za dużo spraw było na mojej głowie i poczułam się przywalona nadmiarem odpowiedzialności za tych wszystkich ludzi. Do tego doszły różne prywatne przeżycia i w końcu w tamtym roku zdecydowałam, że albo stamtąd odejdę, albo całkiem wsiąknę i już nigdy się nie wydostanę i zostanę strzępkiem nerwów. Trudny to był krok, bo mimo wielu zgrzytów czułam się zżyta z ludźmi, z którymi pracowałam i uważałam też, że wiele im zawdzięczam. Dzięki temu, że mi dali szansę moją pierwszą pracą tutaj nie było zmywanie garów, ale praca w firmie adwokackiej. Dzięki temu czego mnie nauczyli i czego sama się przy nich dowiedziałam udało mi się dostać obecną pracę i znaleźć się w środowisku zupełnie innym. Teraz mam do czyniena nie z ”ludźmi” ale z „klientami” i to za pośrednictwem ich kadr, z którymi się komunikuję jedynie przez telefon i maila. Znam ich głosy, ale nie mam zupełnie pojęcia jak wyglądają. Twarze tych, nad którymi sprawami pracuję znam ze zdjęć paszportowych, albo wcale, tylko parę osób widziałam na żywo. Nikt nie przyjdzie bez zapowiedzi, w poczekalni nie tłoczą się rodziny kolumbijskie, chińskie, ugandyjskie czy koreańskie, dzieci nie płaczą, matki nie karmią ani nie przewijają. Jest cisza, spokój, każdy pracuje na swoim miejscu, firma pracuje wedle ustalonego rytmu, na wszystko są zasady, przepisy i formularze. Zazwyczaj mi to pasuje i czuję się dobrze z tym, że pracę mogę zostawić za sobą kiedy o 17:00 wychodzę z biura. Nikt mnie nie prześladuje w myślach, nie zastanawiam się „co będzie jak….”, bo zazwyczaj wiem jak będzie. I ogólnie mi się taki stan rzeczy podoba i jestem zadowolona z tego co robię. Ale w momencie kiedy na przystanku spotykam państwa A., którzy mnie poznają i się wyraźnie cieszą na mój widok, pytają co robię i jak się mam i mówią że jak odeszłam to oni i inni byli bardzo smutni bo przez jakiś czas w biurze panował chaos i nikt nie był w stanie nic im powiedzieć, którzy się upewniają czy na pewno ich pamiętam i na pytanie jak się mają odpowiadają, że jakoś się starają wszystko sobie ułożyc i mimo że mieliśmy ze sobą do czynienia tylko przez kilka miesięcy zachowują się jak starzy znajomi, ciepli i serdeczni, to w takim momencie właśnie robi mi się żal. Żal, że nie wiem co się dzieje dalej z tymi ludźmi, dla których często byłam jedną z pierwszych osób, z którymi się zetknęli po przyjeździe do Kanady, którzy często mówili mi rzeczy, o których adwokatowi się krępowali mówić, ludźmi których losy mogłyby stanowić fabułę niejednej książki czy filmu. Wiem, że nie byłabym w stanie wrócić już do tamtego biura i jego obyczajów i że podjęłam właściwą decyzję odchodząc stamtąd, ale jednak jakaś pustka zostaje i raz na jakiś czas daje o sobie znać.

Read Full Post »

Oj długi był to tydzień a następny zapowiada się niemniej szalenie. W piątek wzięłam do pracy apart żeby zrobić kilka zdjęć z wysokości, ale zanim zabrałam się do dzieła to się pogoda zepsuła i jakoś tak się musiałam spieszyć więc nie wyszło tak jak wyjść miało. Poza tym szyby są brudne i do tego światło się w nich odbija. Ale co tam, oto widok z 46 piętra. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zrobić lepszy. A teraz z psem i spać bo jutro znowu poniedziałek i kołomyi ciąg dalszy.

Ten poniższy budynek rośnie w tempie zastraszającym. Wystarczy, że się wraca do pracy po weekendzie i już cała budowla jest wyższa niż w piątek o piątej. Na samym szczycie stoi wielki dźwig i na każdym z rogów jest wetknięte drzewko. Ponoć firma, która to buduje wywodzi się z Norwegii i taki mają tam zwyczaj. A my się zastanawiamy jak oni ten dźwig potem na dół zwindują. Mamy nadzieję, że uda nam się być świadkami tej operacji, ale pewnie zrobią to w weekend żeby nie ryzykować, że się komuś cos zawali na głowę. A tak poza tym to w nocy się świecą wszystkie okna w tym nowym budynku, pewnie w nocy też pracują nad wykańczaniem środka.

Read Full Post »

Czwartek, 18 września 2008

Od rana wszyscy w firmie czekali z napięciem na zapowiadany fire drill czyli alarm przeciwpożarowy. Wiadomo było że będzie w czwartek, do południa, ale nie podano dokładnej godziny. Za to przekazano nam dokładne instrukcje gdzie mamy iść po wyjściu z budynku, kto co ma robić, gdzie mają się zbierać osoby, które nie mogą schodzić po schodach i żeby w tym dniu mieć wygodne obuwie. Cała firma przechodziła wcześniej szkolenie teoretyczne na temat takich wypadków, ale dzień wcześniej szkolenie było powtarzane dla tych, którzy nie zdążyli tego szkolenia zaliczyć. Poinformowano też, że maski przeciwgazowe, w które każdy został wcześniej zaopatrzony, są jednorazowe i NIE NALEŻY ich wypróbowywać w czasie alarmu.

Dziwnym trafem sporo ludzi przyszło do firmy znacznie później, tudzież miało liczne spotkania poza biurem, tak jakoś w okolicach 10-11 rano. (more…)

Read Full Post »

Za każdym razem jak segreguję śmieci przed ich wyniesieniem przeraża mnie ilość jaką produkujemy. No bo woda nieco gazowana (Nałęczowianka albo Staropolanka najczęściej), soki, puszki, mleczne kartony, śmietanka, jogurcik itp itd. Zbiera się tego cała sterta i trzeba skrupulatnie odzielać papier od szkła i plastików. W prywatnych domach są też tzw. green bins czyli zielone kubły do których wyrzuca się wszelakie naturalne odpadki, czyli tzw. kompost po naszemu. W poprzednich mieszkaniach mieliśmy coś takiego, ale w obecnym bloku tego się nie stosuje. Toronto ostatnich kilka lat walczy z zalewającą je masą śmieci bo ich wywożenie jest coraz droższe. Ciekawe jest to, że śmieci wywozi się do… Stanów, a dokładnie do Michigan. Według strony miasta Toronto, od stycznia do sierpnia 2007 średnio 74 ciężarówek (jakieś 441,363 ton) dziennie kursowało ponad 400 kilometrów na drugą stronę granicy żeby tam zostawić nasze odpadki. Ponoć stan Michigan się zbuntował i tylko do 2010 roku będzie przyjmował nasze brudy. Teraz miasto organizuje wysypisko po tej stronie granicy jakieś 200 kilometrów od Toronto. Ale oprócz tego, prowadzi właśnie szeroką kampanię na rzecz mniejszej produkcji odpadów. Widać w mieście plakaty zachęcające do wyłączania światla, komputerów i innych sprzętów kiedy się ich nie używa, promuje się transport miejski (a to jest temat na osobny wpis, albo nawet na cała ich serie, ale krótko mówiąc kuleje to bardzo), zachęca do tego żeby nie kupować małych butelek z wodą tylko butelki wielorazowego użytku napełniać wodą z kranu itp. itd.

Dużo firm idąc śladem miasta wprowadza swoje programy ochrony środowiska. I tak naprzykład nasza firma ma specjalną komisję zajmującą się „zielenieniem” naszej firmy. (more…)

Read Full Post »

Nie wiem jak i kiedy mineła już połowa sierpnia… My się smucimy, ale znam takich którzy radośnie zacierją ręce. A właściwie to nie takich a takie – koleżanki z pracy. Trzeba przyznać, że się im nie dziwię. W sytuacji kiedy się jest pierwszym pokoleniem emigracji, nie ma się na miejscu babć, ciotek ani kuzynek, a nawet jak się cześć tego składu posiada to zazwyczaj pracującą to pojawia się wielki problem – co zrobić z pociechami na czas wakacji? W sytuacji kiedy się nie da ich wysłać na wakacje do dziadków do ojczyzny, kiedy nie ma się tutaj kto nimi zająć to pozostają jedynie wszelakie obozy i półkolonie. Zjawisko niesamowicie tutaj rozwinięte, bo nie ma mowy o tym, żeby pozostaić pociechę samą w domu czy też na podwórku z kluczem na szyi, jak to ongiś bywało, a pewnie i dalej bywa w Polsce. Mam w pracy dwie koleżanki i szefową, które posiadają dzieci w wieku szkolnym. Wszystkie trzy już długo przed wakacjami planowały, szukały, zastanawiały się na jakie obozy czy półkolonie dzieci wyslac. Zazwyczaj takie półkolonie trwają dwa tygodnie, trzeba dziecko przywieźć na czas, odebrać o odpowiedniej godzinie, zapakowac jedzenie na lunch, często przyszykować do rozlicznych wycieczek w teren. Czyli harówka dla rodziców na całego. Jak się pracuje normalnie to też trzeba szukać tak, żeby była jakaś przechowalnia i można było trochę później odebrać swą dwunożną pociechę. (more…)

Read Full Post »

Older Posts »