Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘moje lektury’ Category

Osoba Lucy Maud Montgomery i jej literacka Ania kojarzą się głównie z Wyspą Księcia Edwarda i Zielonym Wzgórzem. Okazuje się jednak, że niecałą godzinę od Toronto znajduje się miejsce, które z osobą Lucy Maud ma wiele wspólnego. Mianowicie w miejscowości Leaskdale, na północ od Uxbridge znajduje się dom, w którym Lucy Maud mieszkała przez 15 lat i napisala 11 z 22 swoich powieści. O tym, że takie miejsce istnieje, dowiedziałam się dwa lata temu, kiedy byłam w okolicy z klubem fotograficznym. Wtedy nie udało nam się wejść do środka bo trwał remont. Jako, że wszystkie miejsca związane z Lucy Maud mnie fascynują, wróciliśmy tam żeby zobaczyć gdzie pisarka spędziła kawał swojego życia. Tym razem zwiedzać się dało i było warto!

Lucy Maud przyjechała do Leaskdale w 1911, niedługo po tym, jak wyszła za mąż za Ewana Macdonald’a, który został pastorem w miejscowym kościele prezbiteriańskim. Lucy Maud mieszkała w tym domu 15 lat i tu się urodzili jej dwaj synowie, Chester i Stuart. Kiedy Lucy Maud przybyła do Leaskdale, była już znaną autorką Ani z Zielonego Wzgórza, którą wydano trzy lata wcześniej i która stała się bestsellerem i otworzyła drogę do kariery pisarskiej Lucy Maud. W 1926 roku Lucy Maud wraz z rodziną przeprowadzili się do Narval w Ontario, gdzie mieszkali do 1935, kiedy to Ewan Macdonald zrezygnowal z kariery pastora. Para przeprowadziła się wtedy do Toronto, aby być bliżej synów. Lucy Maud Montgomery zmarła w Toronto 24 kwietnia 1942 roku i została pochowana na Wyspie Księcia Edwarda, na cmentarzu w Cavendish, w pobliżu jej starego domu.

Dom w Leaskdale jest obecnie własnością Lucy Maud Montgomery Society of Ontario, podobnie jak kościół, w którym służył jej mąż. Oba obiekty można zwiedzać, w lecie w każdy weeknd a w poza sezonem trzeba się wcześniej umawiać. Dom przez jakiś czas był wynajmowany, ale parę lat temu przeszedł gruntowny remont i został przywrócony do stanu w jakim był, kiedy mieszkała tam Lucy Maud. Niestety, wszystkie meble i inne rekwizyty nie pochodzą z kolekcji autorki a są zbieraniną z różnych aukcji, datków i sklepów z antykami. Jedynym oryginalnym eksponatem jest torba lekarska, która należała do doktora, który przyjął wszystkie porody Lucy Maud (oprócz dwóch synów, o których wcześniej wspomniałam, Lucy Maud miała jeszcze jednego syna, który się urodził martwy).

originalna torba lekarska

farma na przeciwko – ulubiony widok z okna

Na szczęście dom, jego wyposażenie oraz ogród często pojawiały się w dziennikach Lucy Maud, więc muzeum zostało odtworzone według szczegółowych zapisów autorki, która opisywała takie detale jak kolory i wzorki tapet, materiały, które zdobiły dom oraz ustawienie mebli. Poza tymi szczegółowymi opisami, Lucy Maud zostawiła po sobie sporą kolekcję zdjęć, na których też często pojawiały się dom i jego wyposażenie. Oprócz swojego domu, Lucy Maud fotografowała głównie swoich synów oraz okolicę w której mieszkała. Kolekcja zdjęć nie tylko stanowiła świetne źródło dla stowarzyszenia, które dom przywracało do życia, ale też pozwala zwiedzającym podglądnąć autorkę w jej prywatnym życiu. Muszę przyznać, że bardzo mi się całe muzeum podobało i uważam, że stowarzyszenie zrobiło kawał dobrej roboty. Pewnie się tam znowu wybierzemy bo na pewno znajdą się chętni, którzy będą chcieli żeby ich tam zabrać a i my z przyjemnością jeszcze raz popatrzymy na dom i zdjęcia. No i mam nadzieję, że uda mi się zrobić trochę lepsze zdjęcia, bo tym razem mi się zepsuł obiektyw z szerszym kątem i mało co mi weszło w kadr.

gabinet pastora

widok na jadalnie z klatki schodowej

——————

Wiadomości na temat Lucy Maud Montgomery pochodzą ze strony Lucy Maud Montgomery Society of Ontario oraz ze strony The L.M. Montgomery Institute of U.P.E.I.

——————-

okoliczne pola

Jak wcześniej wspominałam, mam spory sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza, więc wszelkie miejsca związane z książką, autorką i filmem mnie zawsze wabią. Dzięki temu mam już ich małą kolekcję i postaram się nią tu podzielić w następnych odcinkach.

Read Full Post »

Pierwszą poważną książką, którą przeczytałam były Dzieci z Bulerbyn i miałam chyba wtedy jakieś 7 lat. Pamiętam, że byłam bardzo dumna, że skończyłam sama tak grube tomisko i cieszyłam się, że tyle jeszcze innych wspaniałych książek przede mną. Miałam uczucie, że zaczynam właśnie ekscytującą przygodę, która przyniesie wiele wspaniałych wrażeń i doznań. Podobne uczucie miałam jak skończyłam czytać pierwszą powieść po angielsku i potem po turecku. Nowy świat stawał przede mną otworem i czekał żeby go zagłębiać i poznawać.

Od czasów Dzieci z Bulerbyn które swoją drogą przeczytałam jeszcze wiele razy, mam na koncie wiele przeczytanych książek wszelakich i różnorakich. Czytanie nałogowe wiąże się z nałogowym kupowaniem, na które to cierpi również mój mąż. W związku z tym, nasz dom jest zawalony książkami, część stoi na dwóch obecnie działających regałach, ale znaczna część zalega w pudłach na werandzie i czeka na swoje miejsce na półkach, których jeszcze nie ma w pokoju, który będzie ich domem a na razie jest w stanie wiecznego remontu. Do niektórych książek wracam, do innych nie, ale i tak nie potrafię się z nimi rozstać. Kilka razy przebierałam, wybierałam i decydowałam, które można oddać / sprzedać / zamienić, ale zawsze jakoś tego nie było za wiele. Także nasza kolekcja słowa drukowanego rośnie i wzrasta niezmiennie.

Mamy niezłą kolekcję powieści po polsku, angielsku i turecku, słowników, książek naukowych K, książek kucharskich, fotograficznych, wszelakich poradników na temat hodowli dzieci i ogródka, poradników dla majsterkowicza i oczywiście stolarza oraz troche różnych albumów. Do tego dochodzą czasopisma, które oboje prenumerujemy – fotograficzne i stolarskie oraz tygodnik Maclean’s. Żeby to wszystko gdzieś ładnie ułożyć, przydałby nam się osobny pokój – biblioteka, gdzie wszystko by ładnie było poukładane a w kącie stał wygodny fotel z podnóżkiem do czytania.

Oczywiście na takie luksusy nie mamy szans, więc jakoś znowu trzeba będzie poupychać całą tę makulaturę po kątach. Wydawałoby się, że rozsądni ludzie przestaliby kupować i przynosić do domu kolejne tomy, ale niestety do rozsądnych nie należymy, choć staramy się bardzo ograniczyć ilości zdobywanych dzieł oraz oboje korzystamy namiętnie z biblioteki miejskiej. A kolejnym krokiem do tego, żeby nie przybywało tak wiele i szybko, było nabycie eczytacza przeze mnie i dla mnie. Bo K sie na razie wzdryga i odżegnuje. Nabyłam więc to urządzenie, choć nie ukrywam, że z pewną taką nieśmiałością. Trochę się ośmieliłam po wizycie u nas Anety, która przywiozła swojego Kindla, o którym u siebie kilkakrotnie pisała i którego  to sobie mogłam dokładnie obejrzeć i mi Aneta opowiedziała trochę jak to działa i co się z tym robi i gdzie się zdobywa takie książki. Już miałam kupić Kindla, jak zobaczyłam na stronie torontońskiej biblioteki, że format książek, który oni mają nie działa na Kindle tylko na Kobo. Tak więc decyzja, który czytacz mam kupić została podjęta za mnie. Pozostało tylko kupić i używać. Więc kupiłam i używam kobisia od jakichś paru tygodni.

Na razie przeczytałam jedną całą powieść, którą pożyczyłam z biblioteki. I jak na razie mam uczucia mieszane. Na pewno urządzenie ma mnóstwo racjonalnych i praktycznych zalet i rozwiązań: to że można mieć na raz ze sobą tyle różnych tytułow w różnych językach, że jest lekkie, że tak łatwo można kupować powieści w innych językach i nie płacić za przesyłkę, że ma słownik wbudowany, że jest sporo darmowych tytułów, że pożyczanie książek z biblioteki jest niesamowicie łatwe i nie trzeba pamiętać o dacie zwrotu bo książka sama znika z czytacza (co może być denerwujące, jak się ma jeden rozdział do skonczenia i by się świadomie chciało zwlec z oddaniem i zapłacić te 0.40 kary). I z tych wszystkich racjonalnych powodów kobisia lubię i będę używać. Ale niestety nie mogę się zdeklarować, że już nie kupię żadnej książki i że od dzisiaj tylko na czytaczu będę czytać. Brakowało mi papieru, brakowało mi kartkowania do przodu, tak żeby podglądnąc co się będzie działo (wiem ze taka opcja jest, ale to jakoś inaczej jest) oraz kartkowania po skończeniu powieści żeby sobie przypomnieć i utrwalić ciekawsze momenty…Tak więc dalej jestem zadowolona, że kobisia kupiłam, będę z niego na pewno dużo korzystać, zwłaszcza jak wrócę do pracy i będę znowu czytać w metrze, będę pożyczać powieści z biblioteki i pewnie też będę kupować ebooki w różnych językach, ale jakoś nie czuję tego samego co czułam po przeczytaniu Dzieci z Bulerbyn czy pierwszej powieści po turecku. Choć kto wie, może z czasem kobiś zapracuje na głębsze uczucie z mojej strony.

Read Full Post »

Raz na jakiś czas przeszukuje polskie księgarnie internetowe żeby zobaczyć co się ciekawego ukazuje i publikuje. Podczas jednej z takich wędrówek po internecie, wpadł mi w oko tytuł najnowszej książki Magdaleny Samozwaniec. No może nie “najnowszej”, bo trudno mówić w ten sposób o czymś co się ukazało po śmierci autorki, ale na pewno wczesniej nieznanej. Książkę dostałam od Teściów podczas pobytu w Polsce i dopiero teraz się za nią zabrałam, ale jak już przysiadłam to skończyłam w dwa wieczory.

“Z pamiętnika niemłodej już mężatki” to zbiór luźnych zapisków córki Wojciecha Kossaka, w których w bardzo ciekawy i humorystyczny sposób przekazuje anegdoty i spostrzeżenia na temat swojej rodziny, czyli Wojciecha Kossaka, siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz “Mamidła”. Są tam obserwacje i ciekawostki na temat śmietanki artystycznej przedwojennego Krakowa, a także zwyczajów panujących w Krakowie tamtych czasów. Przy czym muszę przyznać, że autorka, mimo że ma wielki sentyment do tego miasta, przy okazji potrafi w brutalny sposób wytknąć jego zaściankowość i dulszczyznę. Jest też w tych zapiskach sporo uwag na temat różnych dziedzin życia w powojennej Polsce i porównań do tego jak to dawniej bywało. Trudno wymienić wszystkie poruszane tematy, ale jest trochę o modzie, o dzieciach i ich wychowaniu, o kobietach i ich roli w polskim społeczeństwie, o mężczyznach i ich ułomnościach o podróżowaniu i czytaniu oraz szczęściu. Część z tych spostrzeżeń w sumie jest wciąż całkiem aktualna.

Tak się rozochociłam tą lekturą, że poprosiłam K. żeby przyniósł mi z biblioteki kolejną książkę Samozwaniec, “Zalotnica niebieska”, która jest biografią jej siostry. Zobaczymy jaka będzie. W sumie z dorobku Samozwaniec pory przeczytałam jedynie “Marię i Magdalenę”, a było to gdzieś w podstawówce, kiedy to moja przyjaciółka Marysia mnie namówiła na te lekturę. Pamiętam, że pochłonęłam te dwa tomy w mgnieniu oka i myślę, że sobie ją kiedyś odświeżę.

Read Full Post »

I tak oto już minęła połowa czerwca, wizyta w Polsce powoli zamienia się we wspomnienie.  Spędziłam dwa tygodnie z rodziną, głównie nadrabiając zaległości w rozmawianiu z siostrą, z czego bardzo się cieszę, bo na tym mi najbardziej zależało. Poza tym zrobiłam trochę zdjęć w Krakowie, ale jeszcze nie zdążyłam z nimi nic zrobić, ani nigdzie wstawić. Mam nadzieję, że jakoś niebawem się za to zabiorę.

W Krakowie sporo miejsc się pozmieniało. Przybyły nowe “galerie handlowe”, część sklepów zniknęła i pojawiły się jakieś nowe. Nie ma na przykład już Świata Herbaty w Pasażu Bielaka, ponoć jest jeszcze na ul. Św. Jana, ale tam nie doszłam. Music Corner bardzo się skurczył i przeniósł się na ul. Św. Tomasza, bardzo blisko Starego Teatru. Plac Szczepański się odnowił, Sukiennice są całkowicie zasłonięte i część jest zamknięta, przez co Rynek zamienił się w wielki targ. Turystów wciąż mnóstwo, ceny rosną makabrycznie, a Kazimierz z niegdyś awangardowego kawałka Krakowa zamienił się w skupisko modnych knajp. Teraz to centrum Podgórza wabi Krakowian spragnionych czegoś innego niz piwo w rytm modnej muzyki siedząc przy wypucowanych stolikach ustawionych pod linijkę.

Poza tym zauważalnie zwiększyła się ilość rowerów kursujących po mieście, co jest dobre, ale też niebezpieczne bo znaczna część tych rowerów bezgłośnie posuwa się po chodnikach i nie zawsze ma ochotę usuwać się pieszym. Chociaż scieżek rowerowych też jest coraz więcej i te które są, są całkiem sensowne bo są dosyć szerokie i odzielone innym kolorem niż chodniki dla pieszych. Poza tym pojawiły się wypożyczalnie rowerów w całym mieście. Rowery się zamawia ponoć przez internet i zabiera z jednego z postojów żeby potem na inny odstawić. Nie wiem jakie są ceny i ile osób z tego korzysta, ale fajnie ze takie cos wprowadzono. Tramwaje chyba jakoś tak częściej jeżdzą (chyba że to złudzenie po doświadczeniach z torontońską komunikacją) i jest coraz więcej tych nowych. Ale tymi nowymi tramwajami obok bardzo zadbanych, wciąż jeszcze jeżdzą ludzie, dla których higiena osobista oznacza kąpiel raz w tygodniu. I to się niestety czuje i odczuwa. Na przystankach są elektroniczne tablice, na których się wyświetla informacja za ile minut który tramwaj przyjedzie. I rzeczywiście zjawia się za tyle minut ile mu darowała tabliczka. Niesamowicie zmieniła się okolica Ronda Mogliskiego, gdzie drogi i tory prowadzą nad ziemią, tunelem i jeszcze jakos tak inaczej. Przy remoncie skrzyżowania odkryto kawałki murów obronnych, które teraz można podziwiać bo fragmenty zostały pozostawione odkryte.

Siostra i siostrzenice zapoznały mnie nieco ze współczesnym językiem i różnymi modnymi słówkami. Wszystko jest teraz mega-cośtam i masakrycznie cośtam. Wszechobecne zdrobnienia mnie często powalały swoją cukierkowością. Teraz już nie pamiętam przykładów, ale zdarzało mi się słyszeć zdania złożone w 100% ze zdrobnień, łącznie z czasownikiem. Najwięcej takich perełek słyszałam z ust sprzedawczyń w sklepach. Poza zalewaniem potokiem zdrobnieniowym, zauważyłam, że sprzedawcy w sklepach ogólnie zrobili się jacyś tacy milsi i pomocniejsi. Częściej się uśmiechają i nie wyglądają jakby byli źli, że się wynosi towar z ich sklepu.

Wszędzie jest mnóstwo wszystkiego, ale te kawy i piwa na Rynku spijają głównie turyści. Galeria Krakowska też jest pełna kupujących, ale to dlatego że jest blisko centrum i dworca więc to tam się wybierają na zakupy ludzie z pobliskich wsi i miasteczek. A Galeria Bonarka, do której trzeba dojechać kawałek i turyści raczej o niej nie wiedzą, wcale nie jest taka pełna i nie wychodzą z niej obładowane torbami rzesze Polaków. Przy kasach w spożywczych supermarketach ludzie pięć razy przeglądają co mają w koszyku i się zastanawiają czy czegoś nie trzeba odłożyć. Towary z promocji bardzo szybko znikają, choć często nie są najświetniejszej jakości.

Udało mi się nabyć nieco muzyki, trochę nowej, trochę takiej do której mieliśmy ochotę powrócić. Przyjechała ze mną między innymi najnowsza płyta Raz Dwa Trzy, którą na razie przesłuchałam tylko raz, ale już mi się podoba. Mamy też spore zapasy lektury bo tego nigdy nam nie ma za wiele. Już prawie kończę “Balzakiana” Jacka Dehnela. Polecam gorąco bo czyta sie bardzo dobrze. Nie wiem jak ten młody człowiek to robi, ale pisze świetnie. Wcześniej czytałam już jego “Lalę” i bardzo mi się spodobało. „Lala” to powieść w formie gawędy, rozów z babcią, która wspomina czasy swojej młodości i opowiada o swojej rodzinie i świecie w jakim żyła. Pochłonęłam ją bardzo szybko i jak zobaczyłam że jest kolejna powieść Dehnela to koniecznie chciałam kupic, i się nie zawiodłam. “Balzakiana” to zbiór czterech dłuższych opowiadań o bardzo różnych typach ludzkich we współczesnej Polsce.  Na pozór przeciętni ludzie tworzą bardzo ciekawą i kolorową mozaikę charakterów.

Miałam też chwilkę na to, żeby pogrzebać w starych zdjęciach, przywieźć trochę ze sobą, a trochę przygotować do wysłania, a jeszcze sporo naszych starych zdjęć  czeka w domu teściów na transport na tę stronę oceanu. Przywiozłam też trochę zdjęc jeszcze starszych, moich dziadków, rodziców i pradziadków i ma zamiar sobie je skanować w zimowe wieczory.

Będąc w Polsce usłyszałam, że mówie “z takim jakimś innym akcentem” ale też, że jak na to, że tu już tyle jestem “to nie mam jakiegoś innego akcentu”. A po powrocie do Toronto, K. stwierdził, że mam krakowski akcent jak mówię po polsku.

A tymczasem w Toronto…

Read Full Post »

marley

W ubiegły poniedziałek w czasie lunchu przechadzałam się smętnie po sklepach w podziemiach biurowca, na zewnątrz nie bardzo się dało wyjść bo wichura, chmury i deszcz zapanowały nad światem. W takim to nastroju jesienno-smętnym weszłam do księgarni, z założeniem że i tak nic nie kupię, bo przecież oszczędzamy. Przyglądałam się smętnie nowościom i starociom w nowych wydaniach, przecenom i okazjom, tytułom polecanym przez załogę księgarni i nagle zauważyłam książkę, która już jakiś czas temu zwróciła moją uwagę. Teraz wyszła wmiękkiej oprawie, małym drukiem, tak że cena w sumie nie była wiele większa od jakiegos czasopisma. Najpierw obejrzałam okładkę, potem przeczytałam co jest napisane z tyłu i potem zaczęłam kartkować i czytać fragmenty ze środka. No i tu nastąpiła całkowita klęska na polu oszczędzania, bo w drodze z lunchu do biura, powieść Johna Grogana Marley & Me już tkwiła w mojej torbie. Muszę przyznać, że warto było, bo w poniedziałek wieczorem już miałam dużo lepszy nastrój. Książka jest oparta na wspomnieniach autora i zdecydowanie jest lekturą dla wszystkich miłośników czterech łap. Dla tych, którzy psów nie kochają, ale mają znajomych z szalonym czworonogiem też będzie ciekawą lekturą, może niektóre zachowania znajomych psiarzy przestaną być całkiem niezrozumiałe.

Powieść jest napisana bardzo wartkim językiem i z dużym poczuciem humoru. Poza różnymi wybrykami psa Marleya, autor sporo miejsca poświęca też swojemu życiu rodzinnemu i miejscu, które w nim zajmował Marley. Zabawne jak wiele z tego o czym pisał wydało mi się niesamowicie zbliżone do tego co przeżywamy my z naszym psem i jak nasze życie się układa przez to, że w maju 2006 roku zdecydowaliśmy, że go weźmiemy do siebie. Nie będę pisać za wiele o treści książki bo nie chcę psuć przyjemności czytania. W każdym razie polecam gorąco. Wiem, że książka wyszła też po polsku, ale nie mam pojęcia jakie jest tłumaczenie. W grudniu ma też wejść do kin film na jej podstawie, ale myślę że warto przeczytać powieść przed obejrzeniem filmu. Milej lektury!

Read Full Post »

łańcuszek czytelniczy

Tak więc i ja uległam wyzwaniu Anety. Też zazwyczaj omijam szerokim łukiem wszelkie łańczuszki, ale nie mogłam odmówić, zwłaszcza na ten temat.

1.O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

O każdej, jeśli tylko mam możliwość. A jak mam niezwykle wciągającą książkę i jest to wykonalne to czytam prawie non stop.

2.Gdzie czytasz?

W łóżku, na fotelu, na kanapie, w wannie, na leżaku – wszędzie gdzie można się o coś oprzeć. Niestety nie mogę czytać w tramwaju ani metrze bo mi się robi niedobrze. Ubolweam z tego powodu bo to wielka strata czasu…

3.Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach, czy na brzuchu?

Na brzuchu, z książką opartą o poduszkę, ale najczęściej długo tak nie wytrzymuje bo mi ręce cierpną.

4.Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Powieści, autobiografie, reportaże, eseje, niektóre książki naukowe

5.Jaką książkę ostatnio kupiłaś?

John Grogan Marley & Me

7.Co czytasz aktualnie?

Zazwyczaj czytam kilka książek na raz, aktualnie mam zaczęte: Marley & Me, Niesamowita Słowiańszczyzna Marii Janion, Love in the Time of Cholera G. Garcia Marquez oraz Po Galicji Martina Pollacka

8.Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Nigdy nie zaginam rogów i uważam to za przestępstwo wobec książek! Zakładek mam całe pudełko bo je kolekcjonuję, ale najczęściej mi ich szkoda i za zakładki robią różne napotkane kartki, karteluszki, pocztówki, bilety itp. Część zakładek które mam jest zrobiona przez moją Wspaniałą Teściową albo Szwagierkę.

9.Co sądzisz o książkach do słuchania?

Nie wiem, nie słuchałam nigdy. Nie wiem czemu ale wydaje mi się że by mnie to usypiało.

10.Co sądzisz o ebookach?

Nie miałam do czynienia na żywo, ale mam mieszane uczucia. Na pewno jest to świetne jak się pisze jakąś pracę naukową i można łatwo korzystać z różnych źródeł bez zawalania połowy pokoju książkami. Natomiast jeśli chodzi o czytanie powieści to mnie to nie przekonuje, zwłaszcza ze jednym z powodów dla których czytam jest chęć oderwania się od monitora, przed którym spędzam już i tak wiele gdzin dziennie.

A teraz mogę sobie przeczytać odpowiedzi innych uczestników. A wszyscy chętni do zabawy niech się czują przeze mnie zaproszeni.

Read Full Post »

lektury nadszedł czas

Notka Anety zainspirowała mnie do tego, żeby też napisać parę słów o moich doświadczeniach z tekstem drukowanym.

Kiedy byłam w podstawówce i liceum, więcej czasu spędziłam w różnych fikcyjnych światach niż w rzeczywistości. Pochłaniałam wszystko jak popadnie, nawet wszystkie lektury szkolne i niektóre nawet udało mi się polubić. W czasie studiów też bardzo dużo czytałam, często też absolutnie nie to, co czytać powinnam była. Nie zapomnę jak z K. sobie wyrywaliśmy kolejne tomy sagi Sapkowskiego i z wypiekami na twarzy sidzieliśmy do rana śledząc losy wiedźmina. Bywało też tak, że tak się zagłębialiśmy w lekturze, że zapominaliśmy pójść na zajęcia. Odkąd przyjechaliśmy do Toronto czytam zdecydowanie mniej i dużo wolniej mi idzie zgłębienie jednej książki. Zazwyczaj mam zaczęte dwie albo trzy pozycje i w zależności od nastroju, albo potrzeby czytania w danym języku sięgam po daną książkę. Przez to czasem mi zabiera kilka tygodni albo miesięcy żeby dojść do ostatniej kartki. Ja też jakiś czas temu doszłam do wniosku, że wcale mi taki stan rzeczy nie odpowiada i brakuje mi częstszego kontaktu z literaturą. Postanowiłam ograniczyć czas spędzany przed komputerem i bardziej regularnie i systematycznie czytać. Dzięki temu w ostatnich dwóch tygodniach przypomniałam sobie błogie uczucie siedzenia pod kocem z książką i z herbatką na podorędziu. Udało mi się tak zagłębić w lekturze, że kilka razy ślęczałam nad książką do późna, mimo ze rano trzeba było wstawać do pracy a K. miał czasem problemy żeby się ze mną skomunikować . Jakieś dwie godziny temu wróciłam do rzeczywistości jako że przeczytałam ostatnia stronę trzeciej części trylogii autorstwa Trudi Canavan – The Black Magician Trilogy. Pierwsza część nosi tytuł The Magicians’ Guild, druga The Novice i trzecia The High Lord. Wciągnęło mnie niesamowicie, przyznaję. Akcja jest wartka, choć są momenty i sceny, które bym wyrzuciła bo wydłużają całość i niekoniecznie dodają coś istotnego, zwłaszcza w drugim tomie. Przyznaję też, że sporo można przewidzieć, albo się domyślić, ale jest coś takiego w tej lekturze co wciąga i nie chce puścic. Na pewno nie jest to powieść na miarę Ursuli Le Guin czy Philpa Pullmana, ale na pewno jest to lektura przyjemna i wciągająca, a czasem samo to wystarczy człowiekowi do szczęścia.

Read Full Post »