Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘smaki’ Category

Kilka zdjec do poprzedniego wpisu

This slideshow requires JavaScript.

 

Read Full Post »

I znowu za oknem robi się jesiennie.  Z jednej strony szkoda mi lata, ale z drugiej strony, jesień w Ontario jest bardzo ładna. Uwielbiam wyprawy za miasto, kiedy wszystko wokół mieni się różnymi odcieniami czerwieni i brązu. Jesień to też moja ulubiona pora jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju plony. Pachnące pomidory, mięsiste bakłażany, kolorowa papryka, soczysta cukinia i wszelkie odmiany dyniowatych sprawiają, że jakoś mam mniej ochoty na mięso i mogę jeść warzywa na okrągło. No i oczywiście jesienią królują jabłka, które w Ontario są przewyborne. Codziennie do pracy biorę przynajmniej jedno jabłko i się nim rozkoszuję z wielka radością. Już moja koleżanka z pracy zauważyła, że to chyba mój ulubiony owoc, bo widzi, że nie ma dnia, żebym obyła sie bez niego.Tak sobie rozmawiałyśmy o naszych upodobaniach owocowych i wyszło, że obie cały czas trzymamy słabość do tych owoców, które znamy od dziecka. Koleżanka, która jest z Indii, jakoś nie bardzo może się przekonać do wszelkiego rodzaju jagód, borówek, truskawek itp bo nigdy nie miała tego na codzień. Były to dla niej odległe i abstrakcyjne pojęcia, które znała tylko z literatury zachodniej, ale nigdy nie wiedziała jak to smakuje. Ja natomiast też tylko z powieści ( głównie seria o Tomku Wilmowskim) znałam takie pojęcia jak mango czy marakuja. Pamiętam jak kiedyś skądś w naszym domu zawitało kiwi. Najpierw się to oglądało i macało a dopiero potem po podzieleniu na cztery równe części można było spróbować. Oczywiście, od tamtego czasu wszystko się zmieniło, wszystkiego można spróbować i polubić albo nie. Często kupujemy różnorakie owoce, robimy sałatki owocowe itp. ale i tak jabłka mi nic nie zastąpi. Przekonałam się o tym w Turcji, gdzie jest mnóstwo pysznych owoców, ale nie ma dobrych jabłek. Jest za ciepło i za sucho, przez to tamtejsze odmiany są niesamowicie gąbczaste i za słodkie. Niech żyją ontaryjskie sady z ich starymi, nieudziwnionymi odmianami jabłek!

Read Full Post »

szarlotka poezja

Od jakiegoś tygodnia albo dwóch chodziła za mną szarlotka, taka prawdziwa, pachnąca cynamonem. W końcu wczoraj się poddałam i upiekłam szarlotkę według przepisu mojego Teścia. Wyszła smakowicie bardzo, już prawie nic nie zostało. Resztkę musze chronić przed K. bo obiecałam Szwagierce, że jej jutro troche wezmę.

szarlotka

Okazuje się, że robi się to całkiem prosto, tylko trzeba mieć trochę czasu i odpowiednią blachę. Moja byla nieco za niska, i jak napakowałam całość to było prawie do szmego brzegu.  Blacha powinna mieć wymiary możliwie zbliżone do 37x 22 x 6 cm. A gdyby kogoś to natchnęło, to poniżej zamieszczam przepis, dosłownie jak go rok temu dostałam od Teścia, za jego przyzwoleniem. Smacznego!

———————————————————————————-

60 dkg maki
40 dkg masla (ja daje margaryne “Palma” – u Was jej brak)
4 zoltka
20 dkg cukru (drobny, lekki krysztal)
1,5 – 2 kg jablek (najlepsze sa “Antonowki” ale moga byc inne, lecz musza byc twarde i dobrze jak lekko kwasne)
lyzka tartej bulki
troche mielonego cynamonu
cukier puder do posypania.

Make z tluszczem posiekac na stolnicy, dodac zoltka i cukier, nozem wyrobic ciasto i schlodzic je w zamrazarce.
Tak jest w przepisie, ja natomiast gniote ciasto na stolnicy az zrobi sie jednolita masa. Dziele ciasto na 4 czesci, zawijam kazda czesc w folie i wkladam do zamrazarki.
W tym czasie obrac jablka, pokroic na cwiartki, wlozyc do naczynia z odrobina wody na dnie i mieszajac podgotowac aby jablka nieco zmiekly lecz nie rozgotowywac. Jablka wystudzic i posypac cynamonem –  tak jest w przepisie.
Ja natomiast obieram jablka, na grubej tarce tre je na malakserze, dodaje troche cukru jak sa jablka kwasne, mieszam calosc i miske z jablkami stawiam oparta jedna strona np. na desce do krojenia. Wtedy miska jest pochylona. Jablka ukladam w misce na wyzszej stronie by sok mogl swobodnie splywac na nizsza czesc miski. Co jakis czas sok zbieram z miski i wlewam do garnuszka. Jablka nie sa wiec mokre.
Wyjac dwie czesci ciasta z zamrazarki, rozwalkowac i wylozyc dno blachy (formy). Blacha musi byc ze wszystkich stron zamknieta.
Ja tre 2 czesci ciasta na tarce o grubych oczkach (nad blacha) i rozkladam je na calym dnie formy oraz ubijam palcami by bylo “szczelne”oraz wykladam ciastem boki, by sok z jablek nie wciekal pod ciasto.
Na ciasto wylozyc potarte jablka i posypac cynamonem.Jak jablka sa zbyt mokre, posypac je tarta bylka. Mozna tez mocno ubic 4 bialka (pozostaly z jajek) i wylozyc na posypane cynamonem jablka (ja tak robie). Wyjac z zamrazarki pozostale ciasto i trzec je na grubych oczkach tarki tak, by na ciescie powstala rownomiernie gruba warstwa tartego ciasta (taka niby posypka).
Piec w piekarniku o temp. 175 – 180 stopni przez okolo 50 minut. Wystudzone ciasto posypac lekko cukrem pudrem.

WYCHODZI SZARLOTKA “POEZJA” tak oceniali to ciasto nauczyciele kiedy pieklem je do szkoly na “Barborke” czyli 4.XII.
Teraz przelicznik.
20 dkg cukru to 200ml cukru
60 dkg maki to 1000 ml maki

Milego pieczenia i SMACZNEGO !!!! 🙂

Read Full Post »

Dzisiaj miałam (i jeszcze chwilowo dalej mam) wieczór dla siebie. K. poszedł na “siostrzano-braterskie” piwo i pewnie jeszcze trochę go nie będzie bo mają ze Szwagierką spore zaległości. Mamy taki zwyczaj, że raz na jakiś czas spotykamy się na piwie w parach. Zaczęło się to kiedy jeździliśmy na wakacje z Turcji do Polski. Wtedy to trzeba było nadrobić rozmowy wszelakie, a wiadomo że inaczej rozmawia się w większej grupie a inaczej we dwójkę. I tak wszystkie nasze pobyty w Polsce zapełniały się piwnymi kombinacjami – siostrzano-braterske, matczyno-synowe, ojcowsko-synowe, szwagierskie, teściulkowe itp. itd. Tradycja dalej trwa jak jeździmy do Polski, a oprócz tego dzięki temu, że Szwagierka osiadła tutaj, możemy to uprawiać częściej. Tak więc wiedziałam, że wieczór mam dla siebie i natchnęło mnie na ugotowanie czegoś. Jakoś tak mam, że wolę gotować jak mam dom, a przynajmniej dół, dla siebie. Natchnęło mnie tym bardziej, że chodziła za mną od jakiegoś czasu turecka zupa pt. mercimek çorbası, czyli zupa z soczewicy. Wiem, nic wielkiego, ale miałam ochotę na taką prawdziwie turecką. Mamy w domu książkę kucharską przywiezioną z Ankary, ale jakoś tamte wersje nie bardzo do mnie przemawiały. No ale od czego jest internet… Znalazłam przepis i to taki właśnie jak trzeba było. I pewnie bym o tym wszystkim nie pisała, gdyby nie to, że znalazłam nie tylko przepis na mercimek, ale blog z całą masą tureckich przepisów. Blog jest po turecku i po angielsku wiec polecam bardzo tym zainteresowanym. Jest tam sporo przepisów warzywnych, zupy, sałatki, przystawki i wszelakie rodzaje potraw typu dolma, czyli warzywa nadziewane różnymi rodzajami farszu. Jak to znalazłam to aż mi ślinka pociekła i najchętniej zrobiłabym kilka rzeczy na raz, ale na szczęście nie mam różnych składników w domu. W każdym razie zupę zrobiłam i muszę przyznać, że wyszła taka, jak miała być. Na razie można polegać tylko na mojej opinii, ale myślę, że jak wróci z piwa K to też chętnie zje dla wyrównania poziomu płynów w żołądku. Oprócz zupy zrobiłam jeszcze moją wersję  sałatki z kuskusem i warzywami, ale to już nie według przepisu z bloga ale moja improwizacja. A wszystko przy dźwiękach muzyki zespołu Yeni Türkü i tak mi się zrobił wieczór turecki. Jeszcze tylko powinnam zapalić narigilę (fajkę wodną) i obejrzeć jakiś turecki film do kompletu. Filmu nie mam, fajkę sobie też daruję, ale może się skuszę na jakąś powieść.

Read Full Post »