Feeds:
Posts
Comments

Parę tygodni temu przeglądałam zdjęcia z pierwszego lata w naszym ogródku i przeraziłam się widząc jak bardzo urosła nasza wierzba przez te trzy lata naszego tutaj mieszkania. Co prawda staramy się nieco podcinac jej witki coby nas po nosach nie łaskotały kiedy chodzimy do i z auta, ale to pewnie tylko je wzmacnia. Jak podcinane włosy. Efekt jest taki, że wierzba prawie całkowicie zawładnęła tyłem ogródka, trawa pod nią nie rośnie, wszędzie pełno jej listków i gałązek, które się wplątują w noże naszej kosiarki do trawy.

wierzba w lipcu 2009

wierzba w lipcu 2012

Jak widać, prawie całkowicie już zarośliśmy i wierzba już nie mieści się w kadrze. Pewnie przydałoby się kiedyś to nasze drzewo nieco bardziej stanowczo ucywilizowac, ale póki co jest jak jest. Jak wspominał u siebie Res Varia, pomieszują na wierzbie szope pracze, które udało nam się ostatnio przyłapać na schodzeniu z drzewa.

Poza tym wieczorami grają nam koniki polne oraz sąsiad za płotem pobrzdękuje na gitarze. Tuż nad parasolem ogrodowym kursują nietoperze, które polują na komary, których, niestety, wciąż jest znacznie za dużo. Kiedy zdarzają się wieczory, że nie słychać karetek, sąsiedzi nie naprawiają aut ani motorów i nie urządzają głośnych imprez, a na bezchmurnym niebie widać gwiazdy, to można pomyśleć, że jesteśmy gdzieś daleko od zgiełku miasta… A jak K zacznie jeszcze wędzić i grilować to już zupełnie jakbyśmy byli pod namiotem i siedzieli przy ognisku. I wcale mi pszczół nie brakuje, wystarczą mi koniki polne…

Osoba Lucy Maud Montgomery i jej literacka Ania kojarzą się głównie z Wyspą Księcia Edwarda i Zielonym Wzgórzem. Okazuje się jednak, że niecałą godzinę od Toronto znajduje się miejsce, które z osobą Lucy Maud ma wiele wspólnego. Mianowicie w miejscowości Leaskdale, na północ od Uxbridge znajduje się dom, w którym Lucy Maud mieszkała przez 15 lat i napisala 11 z 22 swoich powieści. O tym, że takie miejsce istnieje, dowiedziałam się dwa lata temu, kiedy byłam w okolicy z klubem fotograficznym. Wtedy nie udało nam się wejść do środka bo trwał remont. Jako, że wszystkie miejsca związane z Lucy Maud mnie fascynują, wróciliśmy tam żeby zobaczyć gdzie pisarka spędziła kawał swojego życia. Tym razem zwiedzać się dało i było warto!

Lucy Maud przyjechała do Leaskdale w 1911, niedługo po tym, jak wyszła za mąż za Ewana Macdonald’a, który został pastorem w miejscowym kościele prezbiteriańskim. Lucy Maud mieszkała w tym domu 15 lat i tu się urodzili jej dwaj synowie, Chester i Stuart. Kiedy Lucy Maud przybyła do Leaskdale, była już znaną autorką Ani z Zielonego Wzgórza, którą wydano trzy lata wcześniej i która stała się bestsellerem i otworzyła drogę do kariery pisarskiej Lucy Maud. W 1926 roku Lucy Maud wraz z rodziną przeprowadzili się do Narval w Ontario, gdzie mieszkali do 1935, kiedy to Ewan Macdonald zrezygnowal z kariery pastora. Para przeprowadziła się wtedy do Toronto, aby być bliżej synów. Lucy Maud Montgomery zmarła w Toronto 24 kwietnia 1942 roku i została pochowana na Wyspie Księcia Edwarda, na cmentarzu w Cavendish, w pobliżu jej starego domu.

Dom w Leaskdale jest obecnie własnością Lucy Maud Montgomery Society of Ontario, podobnie jak kościół, w którym służył jej mąż. Oba obiekty można zwiedzać, w lecie w każdy weeknd a w poza sezonem trzeba się wcześniej umawiać. Dom przez jakiś czas był wynajmowany, ale parę lat temu przeszedł gruntowny remont i został przywrócony do stanu w jakim był, kiedy mieszkała tam Lucy Maud. Niestety, wszystkie meble i inne rekwizyty nie pochodzą z kolekcji autorki a są zbieraniną z różnych aukcji, datków i sklepów z antykami. Jedynym oryginalnym eksponatem jest torba lekarska, która należała do doktora, który przyjął wszystkie porody Lucy Maud (oprócz dwóch synów, o których wcześniej wspomniałam, Lucy Maud miała jeszcze jednego syna, który się urodził martwy).

originalna torba lekarska

farma na przeciwko – ulubiony widok z okna

Na szczęście dom, jego wyposażenie oraz ogród często pojawiały się w dziennikach Lucy Maud, więc muzeum zostało odtworzone według szczegółowych zapisów autorki, która opisywała takie detale jak kolory i wzorki tapet, materiały, które zdobiły dom oraz ustawienie mebli. Poza tymi szczegółowymi opisami, Lucy Maud zostawiła po sobie sporą kolekcję zdjęć, na których też często pojawiały się dom i jego wyposażenie. Oprócz swojego domu, Lucy Maud fotografowała głównie swoich synów oraz okolicę w której mieszkała. Kolekcja zdjęć nie tylko stanowiła świetne źródło dla stowarzyszenia, które dom przywracało do życia, ale też pozwala zwiedzającym podglądnąć autorkę w jej prywatnym życiu. Muszę przyznać, że bardzo mi się całe muzeum podobało i uważam, że stowarzyszenie zrobiło kawał dobrej roboty. Pewnie się tam znowu wybierzemy bo na pewno znajdą się chętni, którzy będą chcieli żeby ich tam zabrać a i my z przyjemnością jeszcze raz popatrzymy na dom i zdjęcia. No i mam nadzieję, że uda mi się zrobić trochę lepsze zdjęcia, bo tym razem mi się zepsuł obiektyw z szerszym kątem i mało co mi weszło w kadr.

gabinet pastora

widok na jadalnie z klatki schodowej

——————

Wiadomości na temat Lucy Maud Montgomery pochodzą ze strony Lucy Maud Montgomery Society of Ontario oraz ze strony The L.M. Montgomery Institute of U.P.E.I.

——————-

okoliczne pola

Jak wcześniej wspominałam, mam spory sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza, więc wszelkie miejsca związane z książką, autorką i filmem mnie zawsze wabią. Dzięki temu mam już ich małą kolekcję i postaram się nią tu podzielić w następnych odcinkach.

Pierwszą poważną książką, którą przeczytałam były Dzieci z Bulerbyn i miałam chyba wtedy jakieś 7 lat. Pamiętam, że byłam bardzo dumna, że skończyłam sama tak grube tomisko i cieszyłam się, że tyle jeszcze innych wspaniałych książek przede mną. Miałam uczucie, że zaczynam właśnie ekscytującą przygodę, która przyniesie wiele wspaniałych wrażeń i doznań. Podobne uczucie miałam jak skończyłam czytać pierwszą powieść po angielsku i potem po turecku. Nowy świat stawał przede mną otworem i czekał żeby go zagłębiać i poznawać.

Od czasów Dzieci z Bulerbyn które swoją drogą przeczytałam jeszcze wiele razy, mam na koncie wiele przeczytanych książek wszelakich i różnorakich. Czytanie nałogowe wiąże się z nałogowym kupowaniem, na które to cierpi również mój mąż. W związku z tym, nasz dom jest zawalony książkami, część stoi na dwóch obecnie działających regałach, ale znaczna część zalega w pudłach na werandzie i czeka na swoje miejsce na półkach, których jeszcze nie ma w pokoju, który będzie ich domem a na razie jest w stanie wiecznego remontu. Do niektórych książek wracam, do innych nie, ale i tak nie potrafię się z nimi rozstać. Kilka razy przebierałam, wybierałam i decydowałam, które można oddać / sprzedać / zamienić, ale zawsze jakoś tego nie było za wiele. Także nasza kolekcja słowa drukowanego rośnie i wzrasta niezmiennie.

Mamy niezłą kolekcję powieści po polsku, angielsku i turecku, słowników, książek naukowych K, książek kucharskich, fotograficznych, wszelakich poradników na temat hodowli dzieci i ogródka, poradników dla majsterkowicza i oczywiście stolarza oraz troche różnych albumów. Do tego dochodzą czasopisma, które oboje prenumerujemy – fotograficzne i stolarskie oraz tygodnik Maclean’s. Żeby to wszystko gdzieś ładnie ułożyć, przydałby nam się osobny pokój – biblioteka, gdzie wszystko by ładnie było poukładane a w kącie stał wygodny fotel z podnóżkiem do czytania.

Oczywiście na takie luksusy nie mamy szans, więc jakoś znowu trzeba będzie poupychać całą tę makulaturę po kątach. Wydawałoby się, że rozsądni ludzie przestaliby kupować i przynosić do domu kolejne tomy, ale niestety do rozsądnych nie należymy, choć staramy się bardzo ograniczyć ilości zdobywanych dzieł oraz oboje korzystamy namiętnie z biblioteki miejskiej. A kolejnym krokiem do tego, żeby nie przybywało tak wiele i szybko, było nabycie eczytacza przeze mnie i dla mnie. Bo K sie na razie wzdryga i odżegnuje. Nabyłam więc to urządzenie, choć nie ukrywam, że z pewną taką nieśmiałością. Trochę się ośmieliłam po wizycie u nas Anety, która przywiozła swojego Kindla, o którym u siebie kilkakrotnie pisała i którego  to sobie mogłam dokładnie obejrzeć i mi Aneta opowiedziała trochę jak to działa i co się z tym robi i gdzie się zdobywa takie książki. Już miałam kupić Kindla, jak zobaczyłam na stronie torontońskiej biblioteki, że format książek, który oni mają nie działa na Kindle tylko na Kobo. Tak więc decyzja, który czytacz mam kupić została podjęta za mnie. Pozostało tylko kupić i używać. Więc kupiłam i używam kobisia od jakichś paru tygodni.

Na razie przeczytałam jedną całą powieść, którą pożyczyłam z biblioteki. I jak na razie mam uczucia mieszane. Na pewno urządzenie ma mnóstwo racjonalnych i praktycznych zalet i rozwiązań: to że można mieć na raz ze sobą tyle różnych tytułow w różnych językach, że jest lekkie, że tak łatwo można kupować powieści w innych językach i nie płacić za przesyłkę, że ma słownik wbudowany, że jest sporo darmowych tytułów, że pożyczanie książek z biblioteki jest niesamowicie łatwe i nie trzeba pamiętać o dacie zwrotu bo książka sama znika z czytacza (co może być denerwujące, jak się ma jeden rozdział do skonczenia i by się świadomie chciało zwlec z oddaniem i zapłacić te 0.40 kary). I z tych wszystkich racjonalnych powodów kobisia lubię i będę używać. Ale niestety nie mogę się zdeklarować, że już nie kupię żadnej książki i że od dzisiaj tylko na czytaczu będę czytać. Brakowało mi papieru, brakowało mi kartkowania do przodu, tak żeby podglądnąc co się będzie działo (wiem ze taka opcja jest, ale to jakoś inaczej jest) oraz kartkowania po skończeniu powieści żeby sobie przypomnieć i utrwalić ciekawsze momenty…Tak więc dalej jestem zadowolona, że kobisia kupiłam, będę z niego na pewno dużo korzystać, zwłaszcza jak wrócę do pracy i będę znowu czytać w metrze, będę pożyczać powieści z biblioteki i pewnie też będę kupować ebooki w różnych językach, ale jakoś nie czuję tego samego co czułam po przeczytaniu Dzieci z Bulerbyn czy pierwszej powieści po turecku. Choć kto wie, może z czasem kobiś zapracuje na głębsze uczucie z mojej strony.

rozmaitości

Jak zwykle, mam spore zaległości z pisaniem i blog się całkiem zapuścił i opuścił. Często w ciągu dnia przychodzą mi do głowy pomysły na jakąś notkę, nawet sobie w myślach układam wstęp i wszystko ładnie i gładko idzie. Tyle ze jak już siadam przed komputerem to w głowie się robi pustka, albo notka już się robi nieaktualna i przeterminowana, o co przy zawrotnym tempie pędzącego czasu wcale nietrudno. Właśnie zobaczyłam, że mam jakieś sześć zaczętych wpisów, które nigdy nie zostały dokończone i nie ujrzały światła monitorowego. W związku z i w wyniku tego, po raz kolejny zastanawiam się czy istnienie tego bloga ma jeszcze w ogóle jakiś sens. Co jakiś czasnachodzi mnie myśl o jego zamknięciu, ale jakoś tak mi szkoda i sobie obiecuję, że się poprawie i pisać będę wiecej, albo chociaż jakieś zdjęcia wstawiać, ale z realizacją tych planów różnie wychodzi. Albo nawet i nie różnie, tylko wciąż tak samo: nie wychodzi. To może jednak zamknąć… Ale zanim zdecyduję ostatecznie, kilka słów o tym co się u nas dzieje.

Dni mijają szybko i choć często podobne do siebie wcale nie są monotonne. Pogoda dopisuje, więc sporo czasu spędzamy na spacerach w różnych kombinacjach – my w dwójke z Małą, z Małą i psem, całorodzinnie –  z Małą, K i psem, albo rodzinnie, ale bez psa. Pokonujemy trasy krótkie i długie, miejskie i podmiejskie, żeby coś załatwić albo się snujemy bez celu po okolicy. Udało nam się zaliczyć kilka szlaków z wózkiem i jak na razie Matylda najczęsciej dzielnie znosi całkiem długie w nim wędróki, oraz przenoszenie wózka przez nieprzejezdne kawałki lasu. Jak na razie tylko raz musieliśmy wrócic ze szlaku bo była bardzo nieszczęśliwa, ale przypuszczamy ze to dlatego, że ugryzł ją komar kiedy ją karmiłam w miejscu, gdzie było tego paskudztwa wyjątkowo dużo.

A gdy jest zbyt gorąco żeby wychodzić gdzieś dalej, siedzimy w domu i w ogródku, który pomimo kompletnego zaniedbania nabiera kolorów. Zaglądają do nas różne okazy przyrody, w tym bardzo dziwne robale, które okazały się być pożyteczne jako że ich larwy żywią się innymi robakami, które z kolei pasożytują na drzewach i je uśmiercają. Nie wiem jak się nazywają po polsku, bo nie znalazłam ale po angielsku to Ichneumonoidea. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Pozostając w temacie robali, kolejny rok z rzędu panuje w naszym ogródku plaga skorków. W tamtym roku zeżarły mi wszystkie ziola, w tym znowu się objawily. Na drugi dzień od posadzenia mięty i bazylii już były dziury w liściach i wieczorem można zobaczyć całe stada tego paskudztwa. K pryska okolice skrzynki na ziola i ziemię, poza tym mamy rozstawione specjalne pułapki, ale to nic nie daje. Ziół pryskać nie chcemy bo jak to potem jeść takie pryskane… Czasem mam wrażenie, że mieszkamy na jakiejś wsi a nie w kilkumilionowym mieście.

Poza walką ze skorkami, nasz ogród jest polem częstych manewrów grilowych. K wczesną wiosną zakupił grill na węgiel drzewny i teraz często i gęsto griluje i wędzi takie smakołyki, że weganin by się nie oparł. Jak na razie, największą popularnością cieszą się wędzone nogi kurczacze, choć żeberka też były wyśmienite.

Poza tym wraz z Matyldą spotykamy się dalej z innymi mamami i niezmiennie się dziwimy jak szybko te nasze maluchy się zmieniają i dorośleją. Każdy tydzień przynosi jakieś nowe umiejętności, odkrycia i niespodzianki. Już od prawie dwóch miesięcy Matylda zapoznaje się z nowymi smakami i konsystencją jedzenia inną od ciekłej. Zdecydowanie sprawia jej to dużo radości i zawsze chętnie otwiera buzię na widok łyżeczki albo próbuje sama przejąć ster i trafiać łyżeczką do buzi. Jak na razie preferuje owoce / warzywa o wyrazistych smakach, ewentualnie kombinacje z takimi.

Przez kilka tygodni gościliśmy Dziadka Michała, z którym Matylda nawiązała świetny kontakt. Dziadek oprócz dziadkowania pomógł nam niezmiernie w remoncie łazienki, która dzięki jego cierpliwości i wytrwałości nabrała zupełnie innego wyglądu. Tutaj jeszcze bez umywalki:

 

Poza tym mieliśmy bardzo miłych gości z Syracuse i tutaj tez Mała okazała się być bardzo otwarta i gościnna i nawet pozwalała się brać na ręce. Co prawda jedną noc była tak “gadatliwa” że goście mimo stoperów w uszach i odległości sypialni mieli problemy ze spaniem, ale jakoś to zostało wybaczone.

Poza wszelkimi zajęciami związanymi z matkowaniem, oraz jedzeniem wędzonych smakołyków, czasem udaje mi się zrobić jakieś zdjęcia, czasem też inne niż Matyldy, choć zdecydowanie to ona jest głównym obiektem. Ale jak tu się oprzeć, kiedy zmienia się tak szybko i chciałabym jakoś zatrzymać ten pędzący czas. Wiem, że jest to niemożliwe, więc staram się utrwalić jak najwięcej tych cennych i niepowtarzalnych chwil. Częściowo dla siebie, ale też dla rodziny, która nie ma możliwości ich doświadczać na żywo. No i oczywiście też dla Matyldy, żeby kiedyś mogła sobie zobaczyć jakim byla słodkim bobasem.

———————————————————–

I tyle udało mi się napisać przez ostatnie kilka dni. Notka miała być dłuższa i obfitsza, ale ponieważ powoli mi to idzie, to lepiej ją już tu wsadzę bo za chwilę znowu będzie zupełnie nieaktualna. Zobaczymy jak będzie dalej z pisaniem….

I niektórzy niezmiennie składają z tej okazji życzenia i ślą mailowe kartki (tutaj podziękowania dla Teścia), a niektórzy posyłają takie oto ciekawostki. Nie mogłam się oprzeć żeby tutaj wstawić i się podzielić z innymi.

skrzydlata zagadka

Na początku zimy powiesiliśmy w naszym ogródku karmnik, ale jakoś mało ptaków się zlatywało. Pomyśleliśmy, że to dlatego że zima łagodna, więc skrzydlate mają dosyć innego pożywienia. U Szwagierki też było jakoś mało, mimo że mieli bardzo profesjonalny karmnik i nastawieni byli na duże ilości ptactwa. Pustki w okolicy ich karmnika były tym dziwniejsze, że latem i jesienią był tam całkiem spory ruch, a tu tymczasem cisza. Żadne z nas nie jest jakimś świetnym ornitologiem (nie mylić z orientalistą) więc tak sobie teoretyzowaliśmy że może w okolicy się pojawił jakiś drapieżnik. Kilka dni temu zauważyłam, że na drzewie na przeciw naszego domu ląduje coś dużego, ewidentnie drapieżnego. Niestety nie miałam pod ręką lornetki, a jak już znalazłam to było za późno, więc nie zdążyłam gościa zidentyfikować. Aż dzisiaj rano, K mnie woła do okna w drzwiach balkonowych i pokazuje scenkę rodzajową: ptaszysko wielkie siedzi na naszym z sąsiadami płotem i szarpie jakąś zdobycz. Popędziłam po aparat, ale niestety nie miałam dobrego obiektywu i ptak nie wyszedł zbyt wyraźnie. Chciałam biec na górę po lepszy sprzęt, ale niestety ptak odleciał spłoszony przez… wiewiórkę. A wyglądało to tak jak na zdjęciach poniżej. Wydaje nam się, że to cooper’s hawk, po polsku krogulec czarnolbisty, ale nie jesteśmy pewni. Jeśli ktoś wie, to prosimy o podpowiedź.

St. Lawrence Market

Kilka zdjec do poprzedniego wpisu

This slideshow requires JavaScript.