Feeds:
Posts
Comments

rozmaitości

Jak zwykle, mam spore zaległości z pisaniem i blog się całkiem zapuścił i opuścił. Często w ciągu dnia przychodzą mi do głowy pomysły na jakąś notkę, nawet sobie w myślach układam wstęp i wszystko ładnie i gładko idzie. Tyle ze jak już siadam przed komputerem to w głowie się robi pustka, albo notka już się robi nieaktualna i przeterminowana, o co przy zawrotnym tempie pędzącego czasu wcale nietrudno. Właśnie zobaczyłam, że mam jakieś sześć zaczętych wpisów, które nigdy nie zostały dokończone i nie ujrzały światła monitorowego. W związku z i w wyniku tego, po raz kolejny zastanawiam się czy istnienie tego bloga ma jeszcze w ogóle jakiś sens. Co jakiś czasnachodzi mnie myśl o jego zamknięciu, ale jakoś tak mi szkoda i sobie obiecuję, że się poprawie i pisać będę wiecej, albo chociaż jakieś zdjęcia wstawiać, ale z realizacją tych planów różnie wychodzi. Albo nawet i nie różnie, tylko wciąż tak samo: nie wychodzi. To może jednak zamknąć… Ale zanim zdecyduję ostatecznie, kilka słów o tym co się u nas dzieje.

Dni mijają szybko i choć często podobne do siebie wcale nie są monotonne. Pogoda dopisuje, więc sporo czasu spędzamy na spacerach w różnych kombinacjach – my w dwójke z Małą, z Małą i psem, całorodzinnie –  z Małą, K i psem, albo rodzinnie, ale bez psa. Pokonujemy trasy krótkie i długie, miejskie i podmiejskie, żeby coś załatwić albo się snujemy bez celu po okolicy. Udało nam się zaliczyć kilka szlaków z wózkiem i jak na razie Matylda najczęsciej dzielnie znosi całkiem długie w nim wędróki, oraz przenoszenie wózka przez nieprzejezdne kawałki lasu. Jak na razie tylko raz musieliśmy wrócic ze szlaku bo była bardzo nieszczęśliwa, ale przypuszczamy ze to dlatego, że ugryzł ją komar kiedy ją karmiłam w miejscu, gdzie było tego paskudztwa wyjątkowo dużo.

A gdy jest zbyt gorąco żeby wychodzić gdzieś dalej, siedzimy w domu i w ogródku, który pomimo kompletnego zaniedbania nabiera kolorów. Zaglądają do nas różne okazy przyrody, w tym bardzo dziwne robale, które okazały się być pożyteczne jako że ich larwy żywią się innymi robakami, które z kolei pasożytują na drzewach i je uśmiercają. Nie wiem jak się nazywają po polsku, bo nie znalazłam ale po angielsku to Ichneumonoidea. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Pozostając w temacie robali, kolejny rok z rzędu panuje w naszym ogródku plaga skorków. W tamtym roku zeżarły mi wszystkie ziola, w tym znowu się objawily. Na drugi dzień od posadzenia mięty i bazylii już były dziury w liściach i wieczorem można zobaczyć całe stada tego paskudztwa. K pryska okolice skrzynki na ziola i ziemię, poza tym mamy rozstawione specjalne pułapki, ale to nic nie daje. Ziół pryskać nie chcemy bo jak to potem jeść takie pryskane… Czasem mam wrażenie, że mieszkamy na jakiejś wsi a nie w kilkumilionowym mieście.

Poza walką ze skorkami, nasz ogród jest polem częstych manewrów grilowych. K wczesną wiosną zakupił grill na węgiel drzewny i teraz często i gęsto griluje i wędzi takie smakołyki, że weganin by się nie oparł. Jak na razie, największą popularnością cieszą się wędzone nogi kurczacze, choć żeberka też były wyśmienite.

Poza tym wraz z Matyldą spotykamy się dalej z innymi mamami i niezmiennie się dziwimy jak szybko te nasze maluchy się zmieniają i dorośleją. Każdy tydzień przynosi jakieś nowe umiejętności, odkrycia i niespodzianki. Już od prawie dwóch miesięcy Matylda zapoznaje się z nowymi smakami i konsystencją jedzenia inną od ciekłej. Zdecydowanie sprawia jej to dużo radości i zawsze chętnie otwiera buzię na widok łyżeczki albo próbuje sama przejąć ster i trafiać łyżeczką do buzi. Jak na razie preferuje owoce / warzywa o wyrazistych smakach, ewentualnie kombinacje z takimi.

Przez kilka tygodni gościliśmy Dziadka Michała, z którym Matylda nawiązała świetny kontakt. Dziadek oprócz dziadkowania pomógł nam niezmiernie w remoncie łazienki, która dzięki jego cierpliwości i wytrwałości nabrała zupełnie innego wyglądu. Tutaj jeszcze bez umywalki:

 

Poza tym mieliśmy bardzo miłych gości z Syracuse i tutaj tez Mała okazała się być bardzo otwarta i gościnna i nawet pozwalała się brać na ręce. Co prawda jedną noc była tak “gadatliwa” że goście mimo stoperów w uszach i odległości sypialni mieli problemy ze spaniem, ale jakoś to zostało wybaczone.

Poza wszelkimi zajęciami związanymi z matkowaniem, oraz jedzeniem wędzonych smakołyków, czasem udaje mi się zrobić jakieś zdjęcia, czasem też inne niż Matyldy, choć zdecydowanie to ona jest głównym obiektem. Ale jak tu się oprzeć, kiedy zmienia się tak szybko i chciałabym jakoś zatrzymać ten pędzący czas. Wiem, że jest to niemożliwe, więc staram się utrwalić jak najwięcej tych cennych i niepowtarzalnych chwil. Częściowo dla siebie, ale też dla rodziny, która nie ma możliwości ich doświadczać na żywo. No i oczywiście też dla Matyldy, żeby kiedyś mogła sobie zobaczyć jakim byla słodkim bobasem.

———————————————————–

I tyle udało mi się napisać przez ostatnie kilka dni. Notka miała być dłuższa i obfitsza, ale ponieważ powoli mi to idzie, to lepiej ją już tu wsadzę bo za chwilę znowu będzie zupełnie nieaktualna. Zobaczymy jak będzie dalej z pisaniem….

I niektórzy niezmiennie składają z tej okazji życzenia i ślą mailowe kartki (tutaj podziękowania dla Teścia), a niektórzy posyłają takie oto ciekawostki. Nie mogłam się oprzeć żeby tutaj wstawić i się podzielić z innymi.

skrzydlata zagadka

Na początku zimy powiesiliśmy w naszym ogródku karmnik, ale jakoś mało ptaków się zlatywało. Pomyśleliśmy, że to dlatego że zima łagodna, więc skrzydlate mają dosyć innego pożywienia. U Szwagierki też było jakoś mało, mimo że mieli bardzo profesjonalny karmnik i nastawieni byli na duże ilości ptactwa. Pustki w okolicy ich karmnika były tym dziwniejsze, że latem i jesienią był tam całkiem spory ruch, a tu tymczasem cisza. Żadne z nas nie jest jakimś świetnym ornitologiem (nie mylić z orientalistą) więc tak sobie teoretyzowaliśmy że może w okolicy się pojawił jakiś drapieżnik. Kilka dni temu zauważyłam, że na drzewie na przeciw naszego domu ląduje coś dużego, ewidentnie drapieżnego. Niestety nie miałam pod ręką lornetki, a jak już znalazłam to było za późno, więc nie zdążyłam gościa zidentyfikować. Aż dzisiaj rano, K mnie woła do okna w drzwiach balkonowych i pokazuje scenkę rodzajową: ptaszysko wielkie siedzi na naszym z sąsiadami płotem i szarpie jakąś zdobycz. Popędziłam po aparat, ale niestety nie miałam dobrego obiektywu i ptak nie wyszedł zbyt wyraźnie. Chciałam biec na górę po lepszy sprzęt, ale niestety ptak odleciał spłoszony przez… wiewiórkę. A wyglądało to tak jak na zdjęciach poniżej. Wydaje nam się, że to cooper’s hawk, po polsku krogulec czarnolbisty, ale nie jesteśmy pewni. Jeśli ktoś wie, to prosimy o podpowiedź.

St. Lawrence Market

Kilka zdjec do poprzedniego wpisu

This slideshow requires JavaScript.

 

Nasz grafik na bieżący tydzień:

Sobota – dostaję zielone światło na wyjście z domu. K zostaje z Małą oraz zapasem mleka w lodówce i zamrażalniku a ja udaję się na spacekr z kilkoma osobami z klubu fotograficznego po St. Lawrence Market a potem lunch w pubie obok. St. Lawrence Market to hala handlowa, gdzie mieszczą się liczne stoiska warzywne, owocowe, rybne, mięsne, serowe i jakie jeszcze tylko mogą być jadalne. Jako że z każdej strony atakują nas wyśmienite zapachy, kolory i widok różnych smakołyków, wszyscy się szybko robią głodni i całe towarzystwo ląduje na brunchu w pubie Giant Jersey gdzie serwują jeszcze śniadaniowe przysmaki. Wracam do domu kolo czwartej, K wrócił z Małą ze spaceru i właśnie jest pora na następne karmienie. Reszta soboty upływa na różnych codziennych czynnościach i, jak zwykle, długim usypianiu Małej.

Niedziela – późne śniadanie pt. podróż sentymentalna do czasów tureckich. Na naszych talerzach lądują sery z rodziny fetowatych – irański i grecki, ser akkawi (prawdopodobnie z Libanu), oliwki zielone i pomidor. Do w pełni tureckiego śniadania brakuje nam jajka na twardo i zielonego ogórka i nie pasuje ser brie. Niedzielne popołudnie upłynęło bardzo szybko, częściowo na plotkach z koleżanką z pracy, która wpadła żeby nieco ponarzekać na szykujące się zmiany w biurze. Oj, jak wrócę będzie ciężko się przestawić na nowe porządki…

Poniedziałek – K ma zajęcia więc większość dnia jesteśmy same. Musimy się wybrać do sklepu po kilka składników potrzebnych do gotowania zupy i przy okazji idziemy do biblioteki odebrać zamówione CD. Reszta dnia mija na karmieniu, gotowaniu zupy na raty, zabawie z Małą i tego typu sprawach. W międzyczasie odwiedza nas Szwagierka z Szwagrem i wyprowadzają na spacer Pana Psa. K wraca do domu, przejmuje usypianie Małej i w końcu możemy zjeść i niedługo potem padamy zmęczeni.

Wtorek – już czwarty tydzień jeździmy na zajęcia prowadzone przez pielęgniarkę środowiskową a finansowane przez miasto. Dwie godziny spędzamy na śpiewaniu piosenek dla maluchów, rozmowach z innymi mamami z dziećmi w podobnym wieku oraz na słuchaniu pogadanki i potem dyskutowaniu na różne tematy związane z hodowlą niemowląt. Były omawiane choroby, problemy ze spaniem, alergie oraz różne programy prowadzone przez miasto i inne instytucje. Za tydzień mamy mówić na temat wprowadzania normalnego jedzenia. A wieczorem mieliśmy gości, więc dzień całkowicie zajęty.

Środa – cotygodniowe wyjście do kina z grupą mam z zajęć ze szkoły rodzenia, poporodowych lekcji oraz wtorkowego programu. Co tydzień w pobliskim kinie jest seans filmowy dla mam z wózkami. Można przyjść z dzieckiem, postawić wózek obok siedzenia, albo siedzenie samochodowe na fotelu i rozkoszować się filmem, na ile dziecię pozwoli. Część mam chodzi i usypia dzieci, część stoi, co jakiś czas ktoś wstaje i wynosi rozwrzeszczane niemowlę do tyłu, gdzie jest tez stół do przewijania i akcesoria typu pieluchy i chusteczki do podmywania. Jak na razie udalo mi się obejrzeć Hugo The Muppets oraz Young Adult. Muszę przyznać, że Mała jest całkiem spolegliwa i daje mi oglądać bez większych awantur. Po kinie chodzimy na plotki i pogawędkę do pobliskiego Pie Shack gdzie serwują boskie paje owocowe. Często też kupujemy mięsne na wynos, bo nikomu nie chce się gotować po całym dniu rozrywki. Po posiedzeniu przy smakołykach pojechałam do domu, gdzie nawet nie wchodziłam bo Mała spała a w programie mieliśmy wizytę u Szwagierki i Szwagra. Tak więc z śpiącą Małą zabrałyśmy K i razem poszliśmy na smaczny obiadek.

Czwartek – przez jakiś czas był to dzień, kiedy jeździliśmy do szpitala na zmianę gipsu. Teraz możemy inaczej ten dzień zagospodarować, więc chodzimy na kolejne zajęcia, tym razem finansowane przez rząd Ontario. Bardzo blisko naszego domu jest jedna z placówek Ontario Early Years, gdzie raz w tygodniu są prowadzone zajęcia dla dzieci do roku. Znowu śpiewamy piosenki, niektóre nowe, część ta sama co we wtorek, rozmawiamy z innymi mamami i udzielamy się społecznie. Mała ma radochę przez większość czasu, ale pod koniec już jest zmęczona i musimy się szybciorem zbierać bo zaczyna płakać jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Ja wiem, że to jest jej normalny płacz i nic wielkiego się nie dzieje, ale inni rodzice i część obsługi patrzy z lekkim niepokojem w naszą stronę. No cóż. Sam ośrodek jest prawie nowy, w ciągu tygodnia są tam zajęcia dla różnych grup wiekowych, można przychodzić tak ot bez rejestracji czy zapisywania się. Zajęcia prowadzą dwie panie, poza tym jest wolontariuszka, która pomaga rodzicom – trzyma dziecko jak ktoś chce iść do ubikacji czy się ubrać czy też zjeść małą przekąskę przygotowaną dla każdego. Ponoć rozpoczynają też akcję promującą czytelnictwo – każdemu dorosłemu i dziecku, które przyjdą danego dnia o danej porze, będą dawać książkę. Teraz już wiemy na co idą nasze podatki, więc też trzeba trochę z tych atrakcji skorzystać.

Piątek – zaplanowana wizyta do mojego biura i lunch z koleżankami. Mała śpi większość drogi, ale budzi się w drugim metrze i do biura wkraczamy na sygnale jej płaczu. Oczywiście nie tylko moje najbliższe koleżanki, ale pół piętra wie, że ktoś przyszedł z dzieckiem. Wyjęta z wózka się troche uspokaja, odbywa rundę z rąk do rąk i kiedy przychodzi kolej mojego szefa bardzo pokazowo wymiotuje w jego stronę. Oczywiście wywołuje to wielką radość wśród całej żeńskiej cześci zespołu. Po obchodzie idziemy na lunch, najpierw je Mała potem ja a ona jakimś cudem usypia kołysana w wózku. Potem jeszcze na chwilę do biura, gdzie jemy deser po którym wracamy do domu. Mała śpi całą drogę i budzi się w momencie, kiedy przekraczamy próg domu. Oczywiście od razu chce jeść, potem zwraca część mleka na psa, który zdegustowany wycofuje się z pola rażenia.

Jutro sobota, mamy w planie wizytę koleżanki. A potem reszta weekendu też przeleci szybko, chociaż pocieszające jest to, że to długi weekend w Ontario dzięki Family Day i w poniedziałek K nie będzie musiał iść do pracy. A potem znowu zajęcia, wyjścia i spacery. Pod koniec lutego są zapisy na zajęcia prowadzone przez bibliotekę, a miasto ma jeszcze inny program dla mam, też prowadzony przez pielęgniarki, ale obejmujący nieco inny program. Tak więc jak nam się uda zapisać do dalej będziemy bywać wśród innych mam i dzieci. Czasem się czuję nieco zmęczona codziennymi wyjściami, ale z drugiej strony i tak chcę Małą codziennie z domu wyprowadzić, choćby na chwilę. Pogoda wprawdzie bardzo sprzyjająca jak na zimę, ale i tak nie zawsze chce mi się smędzić bez celu po okolicy. A tak przynajmniej mam cel i motywację żeby z domu wyjść. Zazwyczaj wychodzę później niż powinnam, więc potem pędzę do autobusu albo metra, co daje mi niezły wycisk. No i mam okazję pogadać z innymi mamami w podobnym wieku z dziećmi w podobnym wieku i mam możliwość wymienić się doświadczeniami, ale też pogadać na inne tematy niż hodowla latorośli.

Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się wstawić kilka zdjęć z St. Lawrence Market bo teraz już muszę iść poświęcić się Małej.

…pora na popołudnową drzemkę. Brzuszek pełny, kołyska w ruchu, pies chrapie tylko małej to zaśnięcie jakoś nie wychodzi. Mama do tych rozśpiewanych nie należy, jakaś kołysanka się telepie po głowie, ale tylko jedna zwrotka w koło, o kotkach i księżycu. Gdzieś tam w podświadomości pamięta, że było tego więcej, coś o gwiazdach i niegrzecznych dzieciach. Na szczęście jest internet i bogata oferta różnorakich wykonań tej samej kołysanki, więc jest szansa że mama sobie przypomni jak to dalej było i dziecko uśnie zanim mamę zmorzy sen…

 

egzaminy

Siedzę sobie na dole pod nieco obeschniętą choinką, dziecko śpi w koszyku obok, pies chrapie na podłodze obok koszyka a mąż halasuje w piwnicy. Jak dobrze, że przez większą część ciąży w naszym domu cały czas kręciły się jakieś remonty, pracowały różne maszyny, wyły piły i inne takie bo teraz nasze dziecko potrafi spać przy huku odkurzacza przemysłowego i grubościówki, piły czy innego pieroństwa. Do tego dodać można głęboki sen rodziców, który mam nadzieję odziedziczyła i mieć nadzieję, że jej spanie w takich warunkach dalej będzie dobrze wychodziło. Inna sprawa, że jest nieco zmęczona całym dniem, który dla nas wszystkich był dosyć trudny.

Odkąd się Mała urodziła, tylko raz zostawiłam ją na kilka godzin z K, o czym zresztą wspominał u siebie na blogu. Poza tym jednym wypadem cały czas jesteśmy razem. Dziś natomiast musiałam ją zostawić na dłużej, a zostawiając nie wiedziałam dokładnie o której będziemy z powrotem. Do tego nie zostawiałam jej w domu, z K, tylko zawieźliśmy ją do Szwagierki która się dzielnie zaoferowała opiekować bratanicą, kiedy my będziemy zdawać egzamin na obywatela Kanady. Sam egzamin okazał się być łatwiejszy niż się spodziewałam i myślę, że zdołałam odpowiedzieć poprawnie na 15 z 20 pytań. A jak nie, to będzie obciach potworny. Egzamin był na podstawie książeczki wydanej przez Ministerswo Imigracji, która zawiera najważniejsze fakty z historii, geografii, kultury, praw i obowiązków obywateli. Zaintersowani mogą sobie tę książeczkę zobaczyć tutaj. Książeczka niby nie jest gruba, ale jest tam trochę nazwisk i dat, więc jakby egzaminatorzy wzięli przykład z polskich nauczycieli historii to można byłoby z tego przygotować narzędzie do odsiewania znacznej ilości egzaminowanych. Na szczęście egzamin przygotowywano tutaj i jeśli ktoś książeczkę przeczytał i zna angielski na tyle żeby pytania zrozumieć, to nie miał problemu żeby sobie poradzić. Jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić swoją wiedzę na temat Kanady to zapraszam na tę stronę, gdzie są pytania podobne do tych które się pojawiły dzisiaj. Trzeba tylko wybrać prowincję w której się mieszka, bo niektóre z pytań są zależne od miejsca zamieszkania. Poza egzaminem, każdy kandydat na obywatela musi przejść przez krótką rozmowę z urzędnikiem/-czką i odpowiedzieć na parę podstawych pytań na temat pracy, daty przyjazdu do Kanady itp. Rozmowa ta ma na celu sprawdzenie, czy kandydaci potrafią się porozumiewać w jednym z urzędowych języków Kanady. Ponieważ wszyscy siedzieli w tej samej sali co urzędnicy przepytujący, można było podsłuchac i poobserwować cały proces. Większość kandydatów była z różnych krajów azjatyckich, głównie Chin i Indii, było kilka osób z Filipin, krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu. Wśród urzęników była jedna kobieta, która była najbardziej urzędowa i najbardziej oschła w swojej rozmowie. Oczywiście nam się ta właśnie pani trafila, ale nie mieliśmy problemów żeby przekonać ją, że jednak się potrafimy porozumiewać po angielsku. Pani urzędniczka od razu skojarzyła mi się z kobietą z którą mieliśmy do czynienia w ambasadzie kanadyjskiej w Ankarze, kiedy to staraliśmy się o wizę studencką dla K i pracowniczą dla mnie. Było to nasze pierwsze zetknięcie z kanadyjską imigracją i niestety nie było bardzo przyjemne. Musieliśmy się nieźle postarać żeby te wizy dostać, ale to temat na zupełnie inny wpis. Po przepytaniu wszystkich obecnych na sali, rozdano nam książeczki z pytaniami i mieliśmy 30 minut na odpowiedź. Na wyniki z egzaminu na obywateli musimy czekać jeszcze kilka miesięcy. Jeśli zdaliśmy to przed nami ceremonia uroczystej przysięgi i wręczenie dokumentów potwierdzających obywatelstwo. A potem zaraz wycieczka do urzędu paszportowego…

Przez całą tę naszą nieobecność od Małej udało mi się nie zadzwonić ani razu do Szwagierki z pytaniem jak im idzie, chociaż muszę przyznać, że kilka razy mnie ręka świerzbiła i miałam wielką ochotę się dowiedzieć jak sobie radzą. Jednak się powstrzymałam i przekonałam samą siebie, że mi to nic nie da, bo jak sobie nie radzą to i tak nie będę mogła natychmiast wracać do domu a będę się tylko bardziej denerwować. Tak więc jestem z siebie dumna, że ten trudny egzamin przeszłam zwycięsko. Po powrocie do domu okazało się, że Mała też bardzo dzielnie się zachowała i dała się nakarmić z butelki, przewinąć i zabawiała się w swojej “trzęsawce”. Ponoć nawet miała okazję pogadać przez skype z dziadkami w Polsce i dowiedzieć się co u nich nowego słychać. A ciocia też się świetnie sprawdziła w roli opiekunki i oferuje się na przyszłość.

Po powrocie do domu okazalo się, że telefon nie działa i nie ma sygnału. K zadzwonił do firmy telefonicznej, gdzie powiedzieli że u nich wszystko wygląda w porządku i że usterka pewnie jest u nas. Jeśli chcemy to poślą technika, ale jeśli awaria jest u nas, musimy zapłacić jakieś 100 dolarów. K zbadał sytuację, wsiadł w auto i pojechał do Home Depot gdzie nabył kabel telefoniczny i po powrocie do domu szybko i sprawnie usterke naprawił. Niniejszym egzamin na technika telekomunikacji ma zaliczony.

W związku z tym wszystkim jestem z nas wszystkich dumna i idę popatrzeć co grają w kinach…

A na deser zdjęcie Małej uśpionej dźwiękiem piły tarczowej…

nowości

Właściwie to już nie takie nowości, bo Res Varia zdążył już ogłosić u siebie, ale co tam, tu jeszcze nie było nic na ten temat, więc mogę sobie taki tytuł nadać. Tak więc 31 października w naszej rodzinie pojawiła się mała istota, którą nazwaliśmy Matilda. Dzisiaj mija siedem tygodni odkąd jesteśmy razem, a ja nie wiem kiedy ten czas przeleciał i jak to się stało że za tydzień są Święta. Sporo tematów mi chodzi po głowie, które bym tu chciała poruszyć, ale jakoś tak się dzieje, że jak mam pomysł na wpis to nie mam czasu. A teraz jak sobie usiadłam na chwilę z laptopem to jakoś wszystkie myśli mi się rozbiegły. W każdym razie myślę, że ten blog nie zamieni się w blog tylko na temat matkowania, ale nie da się ukryć, że chwilowo jest to rzecz która mnie pochłania w znacznej części.  Poza tym odkrywam zupełnie inny wymiar kanadyjskiej rzeczywistości o której wcześniej nie miałam pojęcia. Część tych moich odkryć na pewno tu się znajdzie bo myślę, że mogą być ciekawe dla tych którzy mieszkają w innych częściach świata. Do tej pory kontakt z tutejszą służbą zdrowia ograniczał się do kontrolnych wizyt u lekarza domowego, a odkąd byłam w ciąży zaliczyłam niezliczone wizyty w szpitalach, klinikach i innych tego typu przybytkach i jak na razie zapowiada się, że te wizyty będą się dalej regularnie odbywać.   Liczne wizyty u lekarzy, w szpitalach, u specjalistów i położnych dały mi okazję żeby poznać nieco bliżej słynną kanadyjską służbę zdrowia oraz spotkać mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy przy okazji są specjalistami w różnych dziedzinach, ale głównie po prostu ludźmi. Ludźmi, którzy pacjentów nie traktują jak nachalnych petentów, ale też jako równych sobie ludzi. Sama nie wiem od czego zacząć, więc chyba najlepiej od początku jak wchodziliśmy w tę nową rzeczywistość.

Na początku ciąży zdecydowaliśmy się, że nie chcemy być pod opieką lekarza, zwanego tutaj w skrócie OB (obstetrician – ginekolog położnik), a chcemy znaleźć położną. Decyzję podjęliśmy po rozmowach ze znajomymi i tym co przeczytaliśmy w sieci. Głównym powodem było to, że OB mają bardzo mało czasu na to, żeby faktycznie się kobietą opiekować w czasie ciąży. Ponoć to pielęgniarki dokonują wszelkich pomiarów i przeprowadzają wywiad, a lekarz pojawia sie na chwilkę żeby odfajkować wizytę. Poza tym czas oczekiwania na wizytę jest zazwyczaj długi, mimo że się każdy umawia na konkretną godzinę. I w czasie porodu wcale nie ma gwarancji, że będzie akurat ten lekarz prowadzący, bo poród może przypaść na dyżur kogoś innego. Na temat położnych słyszeliśmy głównie pozytywne opinie i muszę przyznać ze sporo się sprawdziło.

Nam się udało dostać do kliniki położniczej niedaleko naszego domu, gdzie nam przydzielono dwie położne – Tracy, która była główną położną oraz Sarah, która była pomocnicza. Na początku chodziłam do nich raz na miesiąc i spotykałyśmy się na zmianę, raz z Tracy raz Sarah. Raz się zdarzyło że Sarah musiała jechać do porodu, więc miałam wizytę z inną położną z kliniki. Pod koniec ciąży wizyty były co dwa  tygodnie, a potem co tydzień, tak samo jak u lekarza. Położne mają uprawnienia do wypisywania skierowań na wszelkie badania krwi, USG itp więc wszystko to było też takie jak gdybym była pod opieką lekarza. Co mi się bardzo podobało to to, że wszystkie spotkania były bardzo punktualne bo najczęściej musiałam się zwalniać z pracy żeby iść na wizytę. Trwały też dosyć długo i zawsze był czas na pytania moje, czy też K który chodził ze mną na sporą część tych wizyt. Sama klinika też bardzo przyjazna i pozbawiona tej szpitalnej atmosfery, tak więc same plusy.

Od samego początku mieliśmy numer pagera naszych położnych i instrukcje kiedy mamy dzwonić gdyby się coś działo. Położne są dostępne 24 godziny na dobę podczas całej ciąży, poród a potem sześć tygodni po porodzie. Na szczęście w czasie ciąży nie musieliśmy z tej możliwości korzystać, ale po porodzie kilka razy dzwoniłam i zawsze odpowiadały na mój telefon w ciągu 10-15 minut. Muszę przyznać, że sama świadomość że można liczyć na fachową pomoc w momencie kiedy ma się w domu noworodka była bardzo budująca.

Kolejną rzeczą, która zdecydowała na kożyść położnych był fakt, ze wiedzieliśmy ze to właśnie Tracy albo Sarah bedą z nami w czasie porodu, a nie ktoś zupełnie przypadkowy. Przez te wszystkie wizyty, mieliśmy czas się poznać i oswoić ze sobą. Muszę przyznać, że w czasie porodu mi to dużo dało, że nie jakaś obca osoba, ale ktoś z kim się zdążyłam poznać i zżyć opiekuje się mną i dzieckiem w czasie porodu.

W dniu porodu Tracy najpierw była dostępna przez telefon w nocy a potem od rana do momentu jak się urodziła Matilda była cały czas z nami. Dzięki temu że rodziliśmy w szpitalu był też dostępny lekarz, z którym Tracy musiała się konsultować i który w końcu musiał przejąć pałeczkę i wyjąć małą, która okazała się być zbyt duża (4.690 kg!) żeby wyjść na świat naturalnie. Ale Tracy też była obecna w czasie operacji i nam dodawala otuchy i mówiła K co ma robić.

Po porodzie trzymali nas w szpitalu jedynie 36 godzin. Jako że lekarz przejął opiekę robiąc cesarkę, obie byłyśmy pod kontrolą szpitalną, ale i tak położne przyszły z wizytą dzień po porodzie i w dniu kiedy szłyśmy do domu. Potem miałam jeszcze cztery wizyty domowe i trzy wizyty u nich w klinice, plus całkiem sporo konsultacji przez telefon.  Muszę przyznać, że mi było wręcz smutno jak szłam na ostatnią wizytę bo wiedziałam, że będzie mi brakować nie tylko fachowej pomocy położnych ale też zwykłych rozmów, głównie z Tracy. No i faktycznie, brakuje, ale na szczęście są inni rozmówcy i motywacje do wyjścia z domu, ale o tym następnym razem.

Niedawno Res Varia pisał o naszym wyjeździe do Awendy, jednego z naszych ulubionych miejsc w Ontario. Nie będę się powtarzać, bo w sumie nic nowego nie mam do dodania, ale za to wstawię kilka fotek z tamtego weekendu. Przyznaję, że nieco je “podszopowałam”, ale wciąż odkrywam nowe możliwości tego programu i czasem się nie mogę oprzeć.

Za oknem pełnia lata, a u mnie wciąż straszą śniegi i lutowe krajobrazy. Pomyślałam sobie, że albo coś muszę napisać, albo to w ogóle nie ma sensu i czas zamknąć tego bloga. Tak więc zmobilizowałam siły przytłumione upałami oraz panującą wokoło mnie atmosferą remontową. Cały nasz dom ogarnął chaos i nic nie stoi ani nie leży na swoim miejscu, więc trudno się od tego wszystkiego odgrodzić i tworzyć sensowne wpisy na bloga. No ale dosyć tłumaczenia, do roboty, innej niż remonty czas się zabrać.

Niedawno atsanik pisała u siebie jak zdobywała szlify jako kierowca na preriach, więc pomyślałam, że napiszę jak to wygląda w Ontario, jako że każda prowincja ma swoje prawa i zasady szkolenia przyszłych kierowców, takich którzy wcześniej tego dokumentu ani umiejętności nie posiadali (i którzy o dziwo jeszcze na tym świecie istnieją).

Muszę przyznać że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego, żeby siąść za kierownicą i śmigać po drogach i bezdrożach polskich. Potem mieszkaliśmy w Turcji, gdzie perspektywa włączenia się w tamtejszy ruch drogowy była jeszcze bardziej przerażająca. W końcu zjawiliśmy się tutaj i mimo, że na początku słyszałam, że w Kanadzie się bez prawa jazdy i auta nie da funkcjonować, to całkiem sobie długo dawałam radę. Przez kilka lat mieszkaliśmy w centrum Toronto, wszędzie można było dojść na piechotę (przez jakiś czas do pracy miałam 2 minuty wolnego bardzo spaceru) albo dojechać niedoskonałym, ale zawsze, TTC. Na wycieczki poza miasto K wypożyczał i prowadził auto, co mu sprawiało radochę bo jako że nie mieliśmy własnego pojazdu nie było to bardzo częste, więc tym atrakcyjniejsze. W końcu sytuacja mnie zmusiła żeby wyrobić sobie prawo jazdy, ale nie dlatego że chciałam zacząć jeździć, ale dlatego że potrzebowałam dowód tożsamości upoważniający mnie do… zakupu piwa. Po tym jak się musiałam wracać do domu z Beer Store żeby wziąć paszport bo inaczej mi piwa nie sprzedadzą, po tym jak musieliśmy raz zrezygnować z posiedzenia w pubie bo pani kelnerka za nic nie sprzedała mi piwa, zdecydowałam że trzeba coś z tym zrobić.

Tak więc jakoś latem 2006 roku, udałam się do tzw. Test Centre żeby zdać egzamin teoretyczny z ruchu drogowego. Z tego co słyszałam o polskich testach, ten tutejszy wydał się być bardzo łatwy i logiczny. Przed testem trzeba sobie przeczytać książeczkę, ktora jest napisana w bardzo przystępny sposób, z dużą ilością obrazków ilustrujących różne zasady. Nie ma bezsensownego wkuwania budowy silnika czy absurdalnych sutacji, gdzie żadna z podanych odpowiedzi nie jest poprawna. Żeby zdać test, trzeba się wybrać do wyżej wspomnianego Test Centre, których jest w mieście kilka, ale wszystkie poza centrum Toronto. Na test z teorii nie trzeba się umawiac, tylko po prostu zgłosić kiedy się chce. Najpierw trzeba oczywiście zapłacić za test teoretyczny i pierwszy praktyczny, dać sobie sprawdzić oczy i zrobić zdjęcie. Potem trzeba poczekać w kolejce i wejść do pokoju gdzie siedzą pozostali kandydaci na kierowców. Test można zdawać po angielsku, francusku albo w kilku innych językach, między innymi po polsku. Nie ma ograniczenia czasowego, trzeba odpowiedziec na pytania, oddac pani, ktora skanuje papier z odpowiedziami i od razu mówi czy się zdało i ile było błędów. Po zaliczonym teście idzie się do okienka, gdzie się dostaje od razu tymczasowe prawo jazdy, a prawdziwe plastkiowe i ze zdjęciem (które upoważnia do zakupu piwa), przychodzi pocztą do domu za kilka tygodni. Tymczasowe prawo jazdy to wydruk z komputera potwierdzający dane kierowcy, numer prawa jazdy i kategorie, w tym wypadku jest to G1. I z takim papierkiem można już siadać za kierownicą…

Można siadać, ale oczywiście są ograniczenia – nie wolno jeździć samemu, trzeba mieć koło siebie doświadczonego kierowcę (poznaje się takiego po tym, że ma gwiazdki czerwone na swoim prawie jazdy) albo z instruktorem, nie wolno jeździć po autostradzie, nie wolno jeździć od północy do 5:00 rano (zdaje się), nie wolno wypić ani kropli alkoholu i coś tam pewnie jeszcze, ale nie pamiętam.

Kolejnym atapem jest egzamin G2 czyli pierwszy egzamin z praktycznej jazdy. Żeby na taki egzamin iść, trzeba odczekać rok od dnia kiedy się zdało na G1, albo skończyć kurs prawa jazdy i zdawać po 8 miesiącach od zdania teorii. Kurs to jakies 20 godzin z nudnym instruktorem plus jakies 25 (zdaje się, ale już nie pamiętam) godzin zegarowych na drodze. Na szczęście na kurs chodziłam z dwiema koleżankami, więc było to nieco bardziej znośne niż gdybym chodziła sama, ale i tak treść tego kursu można byłoby przekazać w jakieś dwie godziny może. Choć prawda jest taka, kursy są głównie skierowane do młodocianych kierowców, których trzeba nie tyle uczyć co uświadamiać im różne zagrożenia i wynikające z nich konsekwencje, z głównym naciskiem na prowadzenie po alkoholu. Kurs zaczełyśmy jakoś zimą i zanim się skończył i zanim zrobiłyśmy wszystkie godziny za kierownicą, była już wiosna. Oczywiście godzin na drodze zapewnionych w ramach kursu nie było wystarczająco dużo, więc trzeba było sobie dokupić ekstra jazdy i trenować pod okiem doświadczonego kierowcy.

W końcu w lipcu 2007 przyszła wielkopomna chwila próby i godzina egzaminu na kategorię G2. Datę egzaminu i zarezerwowanie miejsca załatwił za mnie mój instruktor, Abdul Bari, wielce ciekawa osoba rodem z Afganistanu. Egzaminy praktyczne są tylko od poniedziałku do piątku, od 8:00 rano do 4:30 po południu. Tak więc żeby iść na egzamin trzeba się zwolnić z pracy, niestety. Sam egzamin nie trwa długo, jakies 15-20 minut i polega na tym, że trzeba się przejechać po głównej ulicy jakiejś, pojechać do dzielnicy mieszkalnej, zaparkować, zawrócić i wrócić bezpiecznie do punktu wyjazdu. W czasie kiedy delikwent wykonuje te wszystkie manewry, egzaminator siedzi obok z kartką i zaznacza ewentualne błędy. Żeby zdać, można zrobić ileśtam małych błędów, ale nie można żadnego poważniejszego (np nie zatrzymać sie na znaku Stop albo coś tego typu).

Kiedy się już bezpiecznie przywiezie egzaminatora do bazy, to przed wyjściem z auta mówi czy się zdało czy nie i ewentualnie co było nie tak. Dostaje się kopię karty egzaminacyjnej z którą się idzie do okienka, gdzie wydają znowu tymczasowe prawo jazdy G2 które jest ważne z plastikowym G1 które działa tylko jako dokument tożsamości.

Posiadacz G2 może już jezdzić sam po drogach wszelakich, włączając autostrady, o każdej porze dnia i nocy ale dalej bez kropli alkoholu we krwi. Jako że i tak nie piję nigdy jak mam jechać to to jedno ograniczenie mi w ogóle nie przeszkadzało. I tak od lipca 2007 roku kiedy dostałam G2, całkiem mi to wystarczało. Aż do wiosny tego roku, kiedy dostałam zawiadomienie, ze jak nie zdam ostatniego egzaminu przed upływem daty ważnosci mojego prawa jazdy, będę musiała całą imprezę powtarzać od nowa…

Zmobilizowałam więc wszystkie me siły i w czerwcu zadzwoniłam znowu do Abdula Bariego żeby się znowu umówić na jazdy bo do egzaminu trzeba nie tylko umieć jeździc, ale jeździć według wymagań egzaminatora. Teoretycznie, wszystkie egzaminy można zdawać z marszu, nie biorąc żadnych lekcji, ale trudno wtedy zdać za pierwszym razem bo jak się okazuje jest sporo różnych kruczek i zasad o których trudno się inaczej niż od instruktora dowiedzieć. Poza tym ciekawe jest to, ze instruktor może powiedzieć jakimi trasami egzaminatorzy jeżdzą, ale nie może taką trasą wraz z kursantem przejechać. Okazuje się, ze te ośrodki egazminacyjne mają swoich ludzi, którzy trasy egzaminów kontrolują i wlepiają kary instruktorom, którzy do zasad się nie stosują. Za pierwszym razem instruktor płaci 150.00 dolarów kary, ale jak się wykroczenie powtórzy, mogą mu zabrać licencję. A chodzi o to, żeby nie zagęszczać tras na których się zdaje egzaminy mnóstwem aut z kursantami. Zwłaszcza ze wchodzi w grę autostrada i dzielnica mieszkanowa z domkam, gdzie mieszkańcy pewnie nie byliby zbyt szcześliwi, gdyby o każdej porze dnia kręcily się stada aspirujących kierowców uczących sie parkować wzdłuż małych uliczek. Tak więc spędziłam kilka letnich i upalnych godzin włócząc się starą Toyotą po wschodnim Toronto, pogłębiając tajniki jazdy “pod egzaminatora” i rozmawiając z Abdulem Barim na wszelakie tematy. Muszę przyznać, że ciekawe to były rozmowy bo nie często mam okazje rozmawiać z kimś z Afganistanu, do tego z osobą wykształconą i choć religijną, mającą często dosyć trzeźwe spojrzenie na wiele spraw związanych z Afganistanem i jego religią.

W końcu trzeba było się zdecydować na próbę ogniową i podjeść do egzaminu, zwłaszcza ze do upływu terminu mojego prawa jazdy było coraz mniej czasu. Jak się obleje egzamin, to kolejny można zdawać dopiero za 10 dni, więc miałam czas na dwie próby przed końcem prawa jazdy. Ponoć byłaby możliwość przedłużyć jeszcze o trochę żeby móc podjeśc do jeszcze jednego, ostatniego egzaminu, ale na taką możliwość wolałam się nie nastawiać.

Za egzamin G trzeba zapłacić przy rezerwowaniu terminu, a kosztuje $75.00. Egzamin trwa jakies 20-30 minut i poza jazdą po mieście i parkowaniem, trzeba też przejechać kawałek po autosradzie. Trzeba na nią płynnie wjechać, zmienić pas dwa razy, zjechać i wjechać jeszcze raz i znowu zjechać i wrócić do punktu wyjścia. Brzmi bezproblemowo, ale jazda po autostradach w Toronto, niezależnie od pory dnia, bezproblemowa nie jest. Mój egzamin odbywał się na najruchliwszej, albo raczej zawsze zakorkowanej, autosradzie DVP która prowadzi z centrum Toronto do północnych sypialni i po drodze łączy się z kolejnym monstrum – autostradą 401 prowdzącą ze wschodu na zachód i odwrotnie. Tak więc na DVP jest zawsze ruch, mnóstwo ciężarówek i szalonych kierowców, którzy jeżdzą autem w ramach pracy, więc nie mają czasu ani cierpliwości dla świeżych szoferów którzy jeżdzą z przepisową prędkością i zachowują przepisowe odstępy pomiędzy autami. Jakimś cudem udało mi się to przeżyć, moj egzaminator okazał się być całkiem wyrozumiały i po 20 minutach byłam z powrotem i dostałam cenny papierek z zaznaczonym “passed”. I znowu tymczasowe prawo jazdy, pożgnanie z Abdulem Barim, którego autem podchodziłam do egzaminu i radość że mam to z głowy i dalej mam dokument upoważniający mnie do zakupu piwa i do tego mogę sobie to kupione piwo wypić i jechać dalej.

Na nastpępny dzień popędziłam do punktu Service Ontario, gdzie prawo jazdy przedłużyłam. Miałam nadzieję, że będę miała spokój na 5 lat, ale przedłużyli mi tylko na niecałe dwa lata – do daty moich urodzin w 2013 roku. Wszystkie dokumenty, które wymagają przedłużenia tak są wydawane, żeby ludziom łatwiej było pamiętać datę, kiedy muszą przedłuzyć rejestracje samochodowe (co rok), prawo jazdy (co 5 lat normalnie) i kartę ubezpieczenia zdrowotnego (tez co 5 lat). W każdym razie już nie muszę nic zdawać, co najważniejsze. Ponoć przy pierwszym przedłużeniu prawa jazdy kategorii G wydają tylko na dwa lata ale następne już będą na 5. Oby!

Z powyższego opisu cała akcja zdobywania prawa jazdy wygląda zapewne na niesłychanie skomplikowany i długi proces. Ale z drugiej strony, trzeba przyznać, że jest to bardzo przewidywalne i logiczne. Mi to się tak długo ciągnęło bo mi nie zależało, ale normalnie można to wszystko zrobić w niecałe dwa lata, a po roku już można normalnie jeździc. Poza tym wszystkie egzaminy są bardzo konkretne, z konkretnych zasad i umiejętności, egzaminatorzy maja akrusze na których zaznaczają błędy i nie mogą kogoś oblać za jakąś głupotę. Nie mogą kazać zrobić czegoś co jest niezgodne z prawem czy wprowadzać w błąd. Wydaje mi się, że tutejszy system sprawdza ludzi właśnie pod kątem ich umiejętności, znajomości zasad oraz bezpieczeństwa prowadzącego oraz pasażera. Jasne, że są ludzie, którzy poskramiają swoją agresję na drodze i zdają egzamin żeby potem szaleć i powodować wypadki, ale normalny, przeciętny osobnik, który nie ma takich zapędów może się nauczyć jeździć bezpiecznie, sprawdzić się na egzaminie i nie musi się stresować absurdalnymi wymaganiami egzaminatorów. Cieszę się, że egzamin zdawałam tutaj, a nie w Polsce, gdzie z tego co słyszę, ludzie zdają po kilka i kilkanaście razy bo egzaminator biega z linijką i mierzy odległość od chodnika, a na egzaminie z teorii może się okazać ze prawidłowa odpowiedź jest jedna, dwie, trzy albo żadna…

A na koniec, dla ubarwienia tego nieco przydługawego wpisu, kilka zdjęć z naszego letniego ogródka.