Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘Ontario’ Category

Jak już Res Varia pisał u siebie, wróciłyśmy całe i zdrowe, zaaklimatyzowałyśmy się, Mała zaczęła żłobek i zeń wynikające choroby a ja się powoli (bardzo) godzę z myślą o powrocie do pracy… Udało nam się wybrać na rodzinny wypad w przyrodę, co pozwoliło na naładowanie akumulatorów i przyniosło dużą dawkę pozytywnej energii.

A dzisiaj było “otwarcie” mojej pierwszej małej wystawy fotograficznej, którą zorganizowaliśmy z czwórką znajomych z klubu fotograficznego. Nic wielkiego, każdy miał po trzy zdjęcia, ale zawsze coś. Wiszą na ścianie kawiarni, są oglądane przez tzw. publikę i są wystawione na sprzedaż. Nie liczę na to, że któreś się sprzeda, ale cena przy moim nazwisku i tytule zdjęcia jest wpisana, co też daje nieco inną perspektywę na własne dzieło.

A poniżej kilka zdjęć z naszego wypadu. Jest to tylko malutka próbka tego, co siedzi w komputerze, może kiedyś uda mi się wiecej wydobyć i tutaj umieścić po kawałku. Dzisiejszy odcinek poświęcony jest widokom z parku Algonquin oraz nocnym widokom na nasze jezioro. CDN

Read Full Post »

Osoba Lucy Maud Montgomery i jej literacka Ania kojarzą się głównie z Wyspą Księcia Edwarda i Zielonym Wzgórzem. Okazuje się jednak, że niecałą godzinę od Toronto znajduje się miejsce, które z osobą Lucy Maud ma wiele wspólnego. Mianowicie w miejscowości Leaskdale, na północ od Uxbridge znajduje się dom, w którym Lucy Maud mieszkała przez 15 lat i napisala 11 z 22 swoich powieści. O tym, że takie miejsce istnieje, dowiedziałam się dwa lata temu, kiedy byłam w okolicy z klubem fotograficznym. Wtedy nie udało nam się wejść do środka bo trwał remont. Jako, że wszystkie miejsca związane z Lucy Maud mnie fascynują, wróciliśmy tam żeby zobaczyć gdzie pisarka spędziła kawał swojego życia. Tym razem zwiedzać się dało i było warto!

Lucy Maud przyjechała do Leaskdale w 1911, niedługo po tym, jak wyszła za mąż za Ewana Macdonald’a, który został pastorem w miejscowym kościele prezbiteriańskim. Lucy Maud mieszkała w tym domu 15 lat i tu się urodzili jej dwaj synowie, Chester i Stuart. Kiedy Lucy Maud przybyła do Leaskdale, była już znaną autorką Ani z Zielonego Wzgórza, którą wydano trzy lata wcześniej i która stała się bestsellerem i otworzyła drogę do kariery pisarskiej Lucy Maud. W 1926 roku Lucy Maud wraz z rodziną przeprowadzili się do Narval w Ontario, gdzie mieszkali do 1935, kiedy to Ewan Macdonald zrezygnowal z kariery pastora. Para przeprowadziła się wtedy do Toronto, aby być bliżej synów. Lucy Maud Montgomery zmarła w Toronto 24 kwietnia 1942 roku i została pochowana na Wyspie Księcia Edwarda, na cmentarzu w Cavendish, w pobliżu jej starego domu.

Dom w Leaskdale jest obecnie własnością Lucy Maud Montgomery Society of Ontario, podobnie jak kościół, w którym służył jej mąż. Oba obiekty można zwiedzać, w lecie w każdy weeknd a w poza sezonem trzeba się wcześniej umawiać. Dom przez jakiś czas był wynajmowany, ale parę lat temu przeszedł gruntowny remont i został przywrócony do stanu w jakim był, kiedy mieszkała tam Lucy Maud. Niestety, wszystkie meble i inne rekwizyty nie pochodzą z kolekcji autorki a są zbieraniną z różnych aukcji, datków i sklepów z antykami. Jedynym oryginalnym eksponatem jest torba lekarska, która należała do doktora, który przyjął wszystkie porody Lucy Maud (oprócz dwóch synów, o których wcześniej wspomniałam, Lucy Maud miała jeszcze jednego syna, który się urodził martwy).

originalna torba lekarska

farma na przeciwko – ulubiony widok z okna

Na szczęście dom, jego wyposażenie oraz ogród często pojawiały się w dziennikach Lucy Maud, więc muzeum zostało odtworzone według szczegółowych zapisów autorki, która opisywała takie detale jak kolory i wzorki tapet, materiały, które zdobiły dom oraz ustawienie mebli. Poza tymi szczegółowymi opisami, Lucy Maud zostawiła po sobie sporą kolekcję zdjęć, na których też często pojawiały się dom i jego wyposażenie. Oprócz swojego domu, Lucy Maud fotografowała głównie swoich synów oraz okolicę w której mieszkała. Kolekcja zdjęć nie tylko stanowiła świetne źródło dla stowarzyszenia, które dom przywracało do życia, ale też pozwala zwiedzającym podglądnąć autorkę w jej prywatnym życiu. Muszę przyznać, że bardzo mi się całe muzeum podobało i uważam, że stowarzyszenie zrobiło kawał dobrej roboty. Pewnie się tam znowu wybierzemy bo na pewno znajdą się chętni, którzy będą chcieli żeby ich tam zabrać a i my z przyjemnością jeszcze raz popatrzymy na dom i zdjęcia. No i mam nadzieję, że uda mi się zrobić trochę lepsze zdjęcia, bo tym razem mi się zepsuł obiektyw z szerszym kątem i mało co mi weszło w kadr.

gabinet pastora

widok na jadalnie z klatki schodowej

——————

Wiadomości na temat Lucy Maud Montgomery pochodzą ze strony Lucy Maud Montgomery Society of Ontario oraz ze strony The L.M. Montgomery Institute of U.P.E.I.

——————-

okoliczne pola

Jak wcześniej wspominałam, mam spory sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza, więc wszelkie miejsca związane z książką, autorką i filmem mnie zawsze wabią. Dzięki temu mam już ich małą kolekcję i postaram się nią tu podzielić w następnych odcinkach.

Read Full Post »

Niedawno Res Varia pisał o naszym wyjeździe do Awendy, jednego z naszych ulubionych miejsc w Ontario. Nie będę się powtarzać, bo w sumie nic nowego nie mam do dodania, ale za to wstawię kilka fotek z tamtego weekendu. Przyznaję, że nieco je “podszopowałam”, ale wciąż odkrywam nowe możliwości tego programu i czasem się nie mogę oprzeć.

Read Full Post »

Za oknem pełnia lata, a u mnie wciąż straszą śniegi i lutowe krajobrazy. Pomyślałam sobie, że albo coś muszę napisać, albo to w ogóle nie ma sensu i czas zamknąć tego bloga. Tak więc zmobilizowałam siły przytłumione upałami oraz panującą wokoło mnie atmosferą remontową. Cały nasz dom ogarnął chaos i nic nie stoi ani nie leży na swoim miejscu, więc trudno się od tego wszystkiego odgrodzić i tworzyć sensowne wpisy na bloga. No ale dosyć tłumaczenia, do roboty, innej niż remonty czas się zabrać.

Niedawno atsanik pisała u siebie jak zdobywała szlify jako kierowca na preriach, więc pomyślałam, że napiszę jak to wygląda w Ontario, jako że każda prowincja ma swoje prawa i zasady szkolenia przyszłych kierowców, takich którzy wcześniej tego dokumentu ani umiejętności nie posiadali (i którzy o dziwo jeszcze na tym świecie istnieją).

Muszę przyznać że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego, żeby siąść za kierownicą i śmigać po drogach i bezdrożach polskich. Potem mieszkaliśmy w Turcji, gdzie perspektywa włączenia się w tamtejszy ruch drogowy była jeszcze bardziej przerażająca. W końcu zjawiliśmy się tutaj i mimo, że na początku słyszałam, że w Kanadzie się bez prawa jazdy i auta nie da funkcjonować, to całkiem sobie długo dawałam radę. Przez kilka lat mieszkaliśmy w centrum Toronto, wszędzie można było dojść na piechotę (przez jakiś czas do pracy miałam 2 minuty wolnego bardzo spaceru) albo dojechać niedoskonałym, ale zawsze, TTC. Na wycieczki poza miasto K wypożyczał i prowadził auto, co mu sprawiało radochę bo jako że nie mieliśmy własnego pojazdu nie było to bardzo częste, więc tym atrakcyjniejsze. W końcu sytuacja mnie zmusiła żeby wyrobić sobie prawo jazdy, ale nie dlatego że chciałam zacząć jeździć, ale dlatego że potrzebowałam dowód tożsamości upoważniający mnie do… zakupu piwa. Po tym jak się musiałam wracać do domu z Beer Store żeby wziąć paszport bo inaczej mi piwa nie sprzedadzą, po tym jak musieliśmy raz zrezygnować z posiedzenia w pubie bo pani kelnerka za nic nie sprzedała mi piwa, zdecydowałam że trzeba coś z tym zrobić.

Tak więc jakoś latem 2006 roku, udałam się do tzw. Test Centre żeby zdać egzamin teoretyczny z ruchu drogowego. Z tego co słyszałam o polskich testach, ten tutejszy wydał się być bardzo łatwy i logiczny. Przed testem trzeba sobie przeczytać książeczkę, ktora jest napisana w bardzo przystępny sposób, z dużą ilością obrazków ilustrujących różne zasady. Nie ma bezsensownego wkuwania budowy silnika czy absurdalnych sutacji, gdzie żadna z podanych odpowiedzi nie jest poprawna. Żeby zdać test, trzeba się wybrać do wyżej wspomnianego Test Centre, których jest w mieście kilka, ale wszystkie poza centrum Toronto. Na test z teorii nie trzeba się umawiac, tylko po prostu zgłosić kiedy się chce. Najpierw trzeba oczywiście zapłacić za test teoretyczny i pierwszy praktyczny, dać sobie sprawdzić oczy i zrobić zdjęcie. Potem trzeba poczekać w kolejce i wejść do pokoju gdzie siedzą pozostali kandydaci na kierowców. Test można zdawać po angielsku, francusku albo w kilku innych językach, między innymi po polsku. Nie ma ograniczenia czasowego, trzeba odpowiedziec na pytania, oddac pani, ktora skanuje papier z odpowiedziami i od razu mówi czy się zdało i ile było błędów. Po zaliczonym teście idzie się do okienka, gdzie się dostaje od razu tymczasowe prawo jazdy, a prawdziwe plastkiowe i ze zdjęciem (które upoważnia do zakupu piwa), przychodzi pocztą do domu za kilka tygodni. Tymczasowe prawo jazdy to wydruk z komputera potwierdzający dane kierowcy, numer prawa jazdy i kategorie, w tym wypadku jest to G1. I z takim papierkiem można już siadać za kierownicą…

Można siadać, ale oczywiście są ograniczenia – nie wolno jeździć samemu, trzeba mieć koło siebie doświadczonego kierowcę (poznaje się takiego po tym, że ma gwiazdki czerwone na swoim prawie jazdy) albo z instruktorem, nie wolno jeździć po autostradzie, nie wolno jeździć od północy do 5:00 rano (zdaje się), nie wolno wypić ani kropli alkoholu i coś tam pewnie jeszcze, ale nie pamiętam.

Kolejnym atapem jest egzamin G2 czyli pierwszy egzamin z praktycznej jazdy. Żeby na taki egzamin iść, trzeba odczekać rok od dnia kiedy się zdało na G1, albo skończyć kurs prawa jazdy i zdawać po 8 miesiącach od zdania teorii. Kurs to jakies 20 godzin z nudnym instruktorem plus jakies 25 (zdaje się, ale już nie pamiętam) godzin zegarowych na drodze. Na szczęście na kurs chodziłam z dwiema koleżankami, więc było to nieco bardziej znośne niż gdybym chodziła sama, ale i tak treść tego kursu można byłoby przekazać w jakieś dwie godziny może. Choć prawda jest taka, kursy są głównie skierowane do młodocianych kierowców, których trzeba nie tyle uczyć co uświadamiać im różne zagrożenia i wynikające z nich konsekwencje, z głównym naciskiem na prowadzenie po alkoholu. Kurs zaczełyśmy jakoś zimą i zanim się skończył i zanim zrobiłyśmy wszystkie godziny za kierownicą, była już wiosna. Oczywiście godzin na drodze zapewnionych w ramach kursu nie było wystarczająco dużo, więc trzeba było sobie dokupić ekstra jazdy i trenować pod okiem doświadczonego kierowcy.

W końcu w lipcu 2007 przyszła wielkopomna chwila próby i godzina egzaminu na kategorię G2. Datę egzaminu i zarezerwowanie miejsca załatwił za mnie mój instruktor, Abdul Bari, wielce ciekawa osoba rodem z Afganistanu. Egzaminy praktyczne są tylko od poniedziałku do piątku, od 8:00 rano do 4:30 po południu. Tak więc żeby iść na egzamin trzeba się zwolnić z pracy, niestety. Sam egzamin nie trwa długo, jakies 15-20 minut i polega na tym, że trzeba się przejechać po głównej ulicy jakiejś, pojechać do dzielnicy mieszkalnej, zaparkować, zawrócić i wrócić bezpiecznie do punktu wyjazdu. W czasie kiedy delikwent wykonuje te wszystkie manewry, egzaminator siedzi obok z kartką i zaznacza ewentualne błędy. Żeby zdać, można zrobić ileśtam małych błędów, ale nie można żadnego poważniejszego (np nie zatrzymać sie na znaku Stop albo coś tego typu).

Kiedy się już bezpiecznie przywiezie egzaminatora do bazy, to przed wyjściem z auta mówi czy się zdało czy nie i ewentualnie co było nie tak. Dostaje się kopię karty egzaminacyjnej z którą się idzie do okienka, gdzie wydają znowu tymczasowe prawo jazdy G2 które jest ważne z plastikowym G1 które działa tylko jako dokument tożsamości.

Posiadacz G2 może już jezdzić sam po drogach wszelakich, włączając autostrady, o każdej porze dnia i nocy ale dalej bez kropli alkoholu we krwi. Jako że i tak nie piję nigdy jak mam jechać to to jedno ograniczenie mi w ogóle nie przeszkadzało. I tak od lipca 2007 roku kiedy dostałam G2, całkiem mi to wystarczało. Aż do wiosny tego roku, kiedy dostałam zawiadomienie, ze jak nie zdam ostatniego egzaminu przed upływem daty ważnosci mojego prawa jazdy, będę musiała całą imprezę powtarzać od nowa…

Zmobilizowałam więc wszystkie me siły i w czerwcu zadzwoniłam znowu do Abdula Bariego żeby się znowu umówić na jazdy bo do egzaminu trzeba nie tylko umieć jeździc, ale jeździć według wymagań egzaminatora. Teoretycznie, wszystkie egzaminy można zdawać z marszu, nie biorąc żadnych lekcji, ale trudno wtedy zdać za pierwszym razem bo jak się okazuje jest sporo różnych kruczek i zasad o których trudno się inaczej niż od instruktora dowiedzieć. Poza tym ciekawe jest to, ze instruktor może powiedzieć jakimi trasami egzaminatorzy jeżdzą, ale nie może taką trasą wraz z kursantem przejechać. Okazuje się, ze te ośrodki egazminacyjne mają swoich ludzi, którzy trasy egzaminów kontrolują i wlepiają kary instruktorom, którzy do zasad się nie stosują. Za pierwszym razem instruktor płaci 150.00 dolarów kary, ale jak się wykroczenie powtórzy, mogą mu zabrać licencję. A chodzi o to, żeby nie zagęszczać tras na których się zdaje egzaminy mnóstwem aut z kursantami. Zwłaszcza ze wchodzi w grę autostrada i dzielnica mieszkanowa z domkam, gdzie mieszkańcy pewnie nie byliby zbyt szcześliwi, gdyby o każdej porze dnia kręcily się stada aspirujących kierowców uczących sie parkować wzdłuż małych uliczek. Tak więc spędziłam kilka letnich i upalnych godzin włócząc się starą Toyotą po wschodnim Toronto, pogłębiając tajniki jazdy “pod egzaminatora” i rozmawiając z Abdulem Barim na wszelakie tematy. Muszę przyznać, że ciekawe to były rozmowy bo nie często mam okazje rozmawiać z kimś z Afganistanu, do tego z osobą wykształconą i choć religijną, mającą często dosyć trzeźwe spojrzenie na wiele spraw związanych z Afganistanem i jego religią.

W końcu trzeba było się zdecydować na próbę ogniową i podjeść do egzaminu, zwłaszcza ze do upływu terminu mojego prawa jazdy było coraz mniej czasu. Jak się obleje egzamin, to kolejny można zdawać dopiero za 10 dni, więc miałam czas na dwie próby przed końcem prawa jazdy. Ponoć byłaby możliwość przedłużyć jeszcze o trochę żeby móc podjeśc do jeszcze jednego, ostatniego egzaminu, ale na taką możliwość wolałam się nie nastawiać.

Za egzamin G trzeba zapłacić przy rezerwowaniu terminu, a kosztuje $75.00. Egzamin trwa jakies 20-30 minut i poza jazdą po mieście i parkowaniem, trzeba też przejechać kawałek po autosradzie. Trzeba na nią płynnie wjechać, zmienić pas dwa razy, zjechać i wjechać jeszcze raz i znowu zjechać i wrócić do punktu wyjścia. Brzmi bezproblemowo, ale jazda po autostradach w Toronto, niezależnie od pory dnia, bezproblemowa nie jest. Mój egzamin odbywał się na najruchliwszej, albo raczej zawsze zakorkowanej, autosradzie DVP która prowadzi z centrum Toronto do północnych sypialni i po drodze łączy się z kolejnym monstrum – autostradą 401 prowdzącą ze wschodu na zachód i odwrotnie. Tak więc na DVP jest zawsze ruch, mnóstwo ciężarówek i szalonych kierowców, którzy jeżdzą autem w ramach pracy, więc nie mają czasu ani cierpliwości dla świeżych szoferów którzy jeżdzą z przepisową prędkością i zachowują przepisowe odstępy pomiędzy autami. Jakimś cudem udało mi się to przeżyć, moj egzaminator okazał się być całkiem wyrozumiały i po 20 minutach byłam z powrotem i dostałam cenny papierek z zaznaczonym “passed”. I znowu tymczasowe prawo jazdy, pożgnanie z Abdulem Barim, którego autem podchodziłam do egzaminu i radość że mam to z głowy i dalej mam dokument upoważniający mnie do zakupu piwa i do tego mogę sobie to kupione piwo wypić i jechać dalej.

Na nastpępny dzień popędziłam do punktu Service Ontario, gdzie prawo jazdy przedłużyłam. Miałam nadzieję, że będę miała spokój na 5 lat, ale przedłużyli mi tylko na niecałe dwa lata – do daty moich urodzin w 2013 roku. Wszystkie dokumenty, które wymagają przedłużenia tak są wydawane, żeby ludziom łatwiej było pamiętać datę, kiedy muszą przedłuzyć rejestracje samochodowe (co rok), prawo jazdy (co 5 lat normalnie) i kartę ubezpieczenia zdrowotnego (tez co 5 lat). W każdym razie już nie muszę nic zdawać, co najważniejsze. Ponoć przy pierwszym przedłużeniu prawa jazdy kategorii G wydają tylko na dwa lata ale następne już będą na 5. Oby!

Z powyższego opisu cała akcja zdobywania prawa jazdy wygląda zapewne na niesłychanie skomplikowany i długi proces. Ale z drugiej strony, trzeba przyznać, że jest to bardzo przewidywalne i logiczne. Mi to się tak długo ciągnęło bo mi nie zależało, ale normalnie można to wszystko zrobić w niecałe dwa lata, a po roku już można normalnie jeździc. Poza tym wszystkie egzaminy są bardzo konkretne, z konkretnych zasad i umiejętności, egzaminatorzy maja akrusze na których zaznaczają błędy i nie mogą kogoś oblać za jakąś głupotę. Nie mogą kazać zrobić czegoś co jest niezgodne z prawem czy wprowadzać w błąd. Wydaje mi się, że tutejszy system sprawdza ludzi właśnie pod kątem ich umiejętności, znajomości zasad oraz bezpieczeństwa prowadzącego oraz pasażera. Jasne, że są ludzie, którzy poskramiają swoją agresję na drodze i zdają egzamin żeby potem szaleć i powodować wypadki, ale normalny, przeciętny osobnik, który nie ma takich zapędów może się nauczyć jeździć bezpiecznie, sprawdzić się na egzaminie i nie musi się stresować absurdalnymi wymaganiami egzaminatorów. Cieszę się, że egzamin zdawałam tutaj, a nie w Polsce, gdzie z tego co słyszę, ludzie zdają po kilka i kilkanaście razy bo egzaminator biega z linijką i mierzy odległość od chodnika, a na egzaminie z teorii może się okazać ze prawidłowa odpowiedź jest jedna, dwie, trzy albo żadna…

A na koniec, dla ubarwienia tego nieco przydługawego wpisu, kilka zdjęć z naszego letniego ogródka.

Read Full Post »

Za oknem ciemno, cały dzień był szary i bury, więc nie pozostało mi nic innego jak zabrać się za zdjęcia z ubiegłego weekendu. A jest za co się zabierać, bo weekend spędziłam bardzo fotograficznie. Męża i psa zostawiłam w domu i wraz z sześcioma osobami z klubu fotograficznego udalam sie na zimowy wypad do Pinery Provincial Park.

Wyjechaliśmy w piątek rano, a właściwie to wyjechałyśmy, bo jechałam vanem z dwiema kobietami. Po drodze zatrzymayłyśmy się w Stratford, miasteczku, które jest znane z corocznego festiwalu teatralnego. Do tej pory jakoś nie udało się nam tam dotrzeć, ale myślę że tam jeszcze pojadę. Jest sporo ciekawych knajpek, restauracji i atrakcyjnie wyglądających sklepów z antykami. Tym razem nie zwiedzałam żadnego z nich, bo nie byłam nastawiona na zakupy. Pochodziłyśmy chwilę po miasteczku i zjadły całkiem smaczny lunch, po którym wyruszyłyśmy w dalsza drogę.

Tym razem nas zaniosło do Goderich, miateczka nad jeziorem Huron. Tam obejrzałyśmy latarnię i wszechobecne zwały śniegu.

Po ataku na latarnię pojechałyśmy na południe, wzdłuż jeziora Huron do naszego docelowego miejsca, czyli Pinery Provincial Park.

Kiedy byłyśmy już blisko, zadzwoniła do nas ekipa z drugiego vana, która się nieco zgubiła i nie mogła znaleźć naszych kwater. Chłopcy twierdzili, że nie było nikogo przy wjeździe parku i nie mieli jak wziąć map i przez to nie mogli trafić. Okazało się, że i owszem, nie było nikogo na bramce, ale mapy sobie grzecznie leżały i czekały aż się je weźmie. Udało nam się kolegów zaprowadzic na miejsce i zaczeło się rozlokowywanie w jurtach, gdzie miałyśmy spędzić najbliższe dwie noce.

Każda jurta jest wyposażona w dwa piętrowe łóżka, na których się w sumie może zmieścić 6 osób, bo dół łóżka się rozkłada na dwuosobową kanapę. Nas było cztery i każda miała dla siebie całe łóżko. Na szczęście w tym parku jurty są ogrzewane prądem, bo w niektórych są tylko piece na drewno i trzeba w środku nocy wstawać i dokładać do pieca. Tutaj nie tylko było ogrzewanie, ale też prąd, więc można było sobie robić herbatki i inne ciepłe napoje oraz ładować baterie do aparatów i innych sprzętów. Poza tym w wyposażeniu jurty jest wiaderko z mopem, miotła i szufelka, kosz, suszarka na naczynia, cztery krzesła i stół. A przed jurtą jest zadaszony grill i miejsce na ognisko. W odległości dwuch minut na piechotę była ogrzewana łazienka z gorącą wodą, prysznicami i wszystkimi koniecznymi wygodami. Okazało się, że mój pierwszy wyjazd na zimowy kamping okazał się być wyjazdem z wygodami, bo gdzie indziej zdarzają się tylko latryny a do ogrzewanego wychodka trzeba iść daleko albo jechać autem, albo też go wcale nie ma. Oczywiście bardzo mnie to uradowało bo spodziewałam się dużo gorszych warunków. Przygotowana byłam jak na wyjazd na bezludną wyspę, dużo jedzenia, wody, dużo grubych skarpet, spodni, kurtka puchowa, swetry i inna odzież do kombinowania warstwowego, opisane poniżej raki, pożyczone rakiety śnieżne i wiele innych rzeczy. Miałam też takie specjalne poduszeczki do ogrzewania rąk i nóg, jest to pakowane w woreczek, wyciąga się to w godzinie potrzeby i wkłada do rękawiczek albo butów. Trzyma to ciepło przez 7 godzin (wedle opisu na opakowaniu) i jest to popularne bardzo wśród narciarzy. Okazało się jednak, że sporo z tych rzeczy nie było mi potrzebne, bo weekend był całkiem ciepły.

W piątek na kolację były kiełbaski z grilla i sałatka przywieziona z domu, a potem wspólne siedzenie w naszej jurcie i pogawędka przy muzyce i różnorakich napojach.

W niedzielę udało nam się wstac całkiem szybko, pomimo tego, że nasza jurta była całkiem zaciemniona. Nie odsłoniłyśmy otworów okiennych bo przez nie potwornie wiało, więc rano obudziłyśmy się w prawie całkowitych ciemnościach. Okazało się że na zewnątrz jest bardzo ładne słonce, więc po śniadaniu poszłyśmy w trójkę na czterogodzinną wędrówkę po parku i szlakach. Reszta towarzystwa sie rozeszła w swoje strony i dobrze, bo łażenie w takiej dużej gromadzie jest uciążliwe.

Ja wdziałam pożyczone rakiety śnieżne i obładowane aparatami i statywami wyruszyłyśmy w drogę. Najperw zeszłyśmy na kanał który przedziela park na dwie części i tam spędziłyśmy trochę czasu nad wodą.

Old Ausable Channel

Potem ruszyłyśmy szlakiem cedrowym przez las do brzegu jeziora Huron. Szlak nie jest długi, ale przez częste przystanki zabrało nam to trochę. Przez większość drogi szlak był ubity i właściwie moje śniegowce (rakiety śnieżne) nie były niezbędne, tyle że mogłam sobie chodzić na przełaj i podziwiać nieprzetarte części parku. Dopiero nad jeziorem się śniegowce przydały bo śnieg w niektórych miejscach mial koło pół metra, także moje towarzyszki zapadały się po kolana.

Pinery jest znane z wydm i piaszczystych plaży. Ponoć dużo Polaków tam lubi jeździć bo kojarzy im się to miejsce z wydmami nad Bałtykiem. Krajobraz był niesamowity, bo wydmy były przysypane dużą warstwą sniegu, a piasek na brzegu jeziora tworzył niesamowite kształty, momentami wyglądało to jak na jakiejś Grenlandii albo innym Biegunie Północym.

Pinery Provincial Park

Pinery III

Pinery II

Po spacerze zjadłyśmy co nieco i pojechałyśmy, już w czwórkę, do pobliskiego miasteczka Grand Bend. Okazało się, że wszystko tam można było kupić, więc czułam się nieco rozczarowana, że jesteśmy tak blisko cywilizacji. W Grand Bend poszłyśmy na tamtejszą plażę, która też wyglądała jak z innej planety.

Grand Bend, Ontario

A potem pojechałyśmy na przejażdzkę drogami polnymi i napotkałyśmy takiego oto przemiłego osiołka.

6359_edit

W niedzielę się w miarę szybko zebraliśmy i spakowali wszystkie manatki. Niedaleko parku jest wodospad, więc wszyscy zgodnie przystali na pomysł odwiedzenia wodospadu zimą. Niestety dzień był bardzo ponury i szary i zdjęcia nie są zbyt ciekawe.

Rock Glen Falls

Po wodospadzie zjedliśmy lunch i powoli potoczyliśmy się do Toronto, gdzie było jeszcze bardziej szaro, buro i ponuro. Ale miło było wrócić do ciepłego domu, gdzie czekał na mnie K, pies i banana bread.

Read Full Post »

W ubiegłym roku postanowiłam założyć, że zimę muszę polubić bo trwa tu jednak dosyć długo. W tym roku staram się trzymać tego postanowienia i chociaż nie udało nam się jeszcze dojść na łyżwy, sporo czasu spędzam na zewnątrz, tym razem z aparatem. W komputerze mam mnóstwo zdjęć, które muszę jakoś ucywilizować i nieco dopracować. Tak więc skoro mi pisanie niezbyt ostatnio idzie, to może mi się uda wstawić nieco więcej zdjęć. Na początek trochę zdjęć z niedzielnej wyprawy po sprzęt, który teraz halasuje w piwnicy, a której to już wspomniał K u siebie.

Niestety, pogoda była dosyć pochmurna, więc zdjęcia też tak troche szarawo wyszły.

Plantacja tytoniu w Ontario:

Młyn w Otterville


wodospad na rzeczce przy młynie:


przydrożne drzewo:

stodoła z sercem


Read Full Post »

Wraz z wrześniem rozpoczął się kolejny sezon spotkań “mojego” klubu fotograficznego. W tym roku postanowiłam być nieco aktywniejszą członkinią i oprócz wykładów jeździć też na wycieczki z aparatem. W sobotę była pierwsza wyprawa poza miasto, na którą mi się udało wybrać mimo tego, że trzeba było wcześnie wstawać. Każda taka wyprawa prowadzona jest przez jedną osobę, która ma pomysł gdzie można jechać, organizuje, zdobywa wiadomości na temat ciekawostek, które można zobaczyć, gdzie można zjeść lunch, oraz ile kosztują bilety wstępu i czy można się rozkładać ze statywami. Tym razem wyprawa była bardzo spontaniczna, bo wiedzieliśmy, że jedziemy w okolice miejscowości Uxbridge gdzie lokalne studia artystycznie mialy “dni otwarte” i można było zwiedzać pracownie różnych artystów. My wybraliśmy się do Judith i Victora Tinkl. Victor jest rzeźbiarzem i tworzy głównie z metalu i betonu. Oboje artyści prosili żeby zdjęć ich prac nie umieszczać w internecie, więc tego nie robię. Niestety na ich blogu też nie ma za bardzo co oglądać, więc trzeba się wybrać żeby obejrzeć różne ciekawe stwory, armię w polu i świnkę grającą na skrzypcach oraz inne dziwadła mniejsze i większe. Dzieł sztuki nie można było fotografować, ale był tam też bardzo uroczy dom na drzewie no i ontaryjskie widoczki.

Po zwiedzeniu galerii poczuliśmy się głodni, więc postanowiliśmy pojechać tropem ulotki, którą u artystów znaleźliśmy. Otóż ulotka mówiła, że w pobliskiej miejscowości, w kościele przy ulicy Kościelnej, można zjeść lunch za 10.00 dolarów. Okazało się, że rzeczywiście, kościół na ulicy kościelnej został przerobiony na B&B w bardzo gustownym stylu. Chyba otwarł się niedawno bo wszystko wręcz pachniało nowością. Mogliśmy sobie wszystko obejrzeć, popatrzeć i pooglądać. Najbardziej urzekła mnie łazienka na głównym piętrze, gdyż ścianę zewnętrzną łazienki stanowił olbrzymi kościelny witraż z jakąś sceną biblijną. Także korzystanie z łazienki pod witrażem tego typu było bardzo ciekawym przeżyciem.Zdjęć nie robiłam, ale można sobie zobaczyć na stronie B&B.

Lunch okazał się być bardzo smaczny, ale niezbyt wielki. Poza tym nie można było zamówić z karty, tylko dostawało się zestaw lunchowy i jak ktoś nie lubił jakiegoś składnika to miał problem. Dziwne to trochę było, zwłaszcza, że tutaj sporo ludzi nie je różnych rzeczy z powodów religijnych, przekonaniowych, albo po prostu ze względu na różne alergie. Za to kawa i herbata były bardzo smaczne i w dowolnej ilości.

Po lunchu nastąpił dalszy ciąg zwiedzania okolicy. Okazało się, że jest tam sporo różnych ciekawostek do odwiedzenia. W kościele dostaliśmy mapkę z atrakcjami i według planowaliśmy resztę dnia.

Najpierw było miejsce o którym do niedawna nie miałam pojęcia. Otóż okazuje się, że nie trzeba jechać na Zielone Wzgórze żeby zobaczyć dom w którym mieszkała Lucy Maud Montgomery. Jak się okazuje, Lucy, jako żona pastora, kilkanaście lat spędziła w Ontario i tu napisała 11 ze swojej serii ksiązek. Tak się akurat zdarzyło, że obok domu przejeżdzaliśmy więc oczywiście się musieliśmy zatrzymać. Domu nie dało się zwiedzać bo jest akuratnie w remoncie, ponoć zbierają meble żeby go wyposażyć w sprzęty z epoki i otworzyć jako muzeum. Ale co mi tam domy z końca ubiegłego wieku, mam taki na codzień…

Potem był Thomas Foster Memorial, dosyć abstrakcyjne miejsce, które wygląda jak meczet w środku pola ontaryjskiego. Jak się okazuje, budynek ten był wzorowany na świątyni Taj Mahal w Indiach. A sam Thomas Foster pochodził z niewielkiej miejscowości pod Toronto, jako młodzian przyjechał do Toronto i zaczął pracować jako rzeźnik. Z czasem założył interes pośrednictwa nieruchomościami i bardzo znacznie się wzbogacil. Po przejściu na emeryture rozpoczął karierę polityczną i był burmistrzem Toronto w latach 1925 -1927. Po przegranych wyborach rzucił politykę i zaczął podróżować. Ponoć w czasie jednej z podóży natchnęło go żeby sobie takie mauzoleum wybudować. Budowa trwała trzy lata i została ukończona w 1936. Foster zmarł jako milioner w 1945 roku w wieku lat 93.

Mimo, że sobota nie jest normalnym dniem na zwiedzanie, to mauzoleum było otwarte. Do tego spotkaliśmy się z niesamowicie miłym przyjęciem przez panie z miejscowego wolontariatu, które nas oprowadziły, odpowiadały na pytania a na dodatek pilnowały żeby nam nikt nie wchodził w kadr jak robiliśmy zdjęcia. A była to nielada sztuka, bo mauzoleum nie jest duże a nas było czworo szalejących ze statywami.


Przy mauzoleum był mały cmentarz na którym, między innymi, jest pochowany syn Lucy M.M. który urodził się martwy.

Z mauzoleum pojechaliśmy do Uxbridge, gdzie jest zabytkowa stacja kolejowa, z której można latem wybrać się na wycieczkę kolejką. W sobotę akurat przed stacją jakaś młoda para robiła sobie zdjęcia ślubne, więc zdjęć wiele nie robiliśmy. Do tego zaczął kropić deszcz, więc zebraliśmy manatki i ruszyli w drogę do Toronto.

Myślę, że jeszcze wrócimy w tamte okolice, bo okazuje się że jest tam sporo ciekawych miejsc. Uxbridge ochrzciło się “kanadyjską stolicą szlaków”, więc pewnie jest się tam gdzie przespacerować. Poza atrakcjami jest to po prostu dobra odskocznia od miasta, bo jest wiele farm, pól, krów i ogólnie wiejsko i sielsko. Po takich wyjazdach i pobyciu trochę poza miastem zaczynam się zastanawiać jakby tu się wyprowadzić na jakąś farmę, kupić konia i tak sobie spokojnie żyć…



Read Full Post »

Older Posts »