Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘oblicza Toronto’ Category

Do Toronto przyjechałam z Teściową i…. kotem Szwagierki. W Krakowie Teść wykupił kotu wcześniej zarezerwowany bilet (za jedyne 1000 zł…) i  nastąpiła niejaka konsternacja kto kota ma przejąć bo odprawiałyśmy się z lotniska krakowego, gdzie obsługa nie jest przyzwyczajona do odprawiania kotów za ocean. W końcu po porozumieniu się z lotniskiem zagranicznym wszystko się wyjaśniło i po prześwietleniu klatki, kot został nadany razem z bagażem do odbioru w Toronto. W Warszawie panie przy odprawie potwierdziły, że kot żywy leci z nami dalej do Kanady. W Toronto kot nie pojawił się tam gdzie był znaczek, że się odbiera duży bagaż i zwierzęta, lecz ktoś go z klatką postawił koło taśm z walizkami. Na szczęście go zauważyłam i poszłyśmy się odprawiać. Kot wcześniej został zgłoszony na granicy kanadyjskiej jako część mienia przesidleńczego Szwagierki, więc wszystko przeszło sprawnie. Celnik zajrzał do klatki, wpisał do komputera „jeden żywy kot”, przejrzał papiery ze szczepieniami, paszport i świadectwo zdrowia, zapłaciłam opłatę na cześć ministerstwa zdrowia (31 dolarów) i kot znalazł się w ramionach stęsknionej właścicielki. Zaaklimatyzował się bardzo szybko i prowadzi teraz bardzo zrelaksowany tryb życia.

A ja na  drugi dzień po powrocie poszłam do pracy i bardzo szybko musiałam się przestawić na tutejszy świat i realia. W pracy czekało na mnie prawie 500 emaili i innych spraw do załatwienia. Wśród emaili było sporo tych poświęconych spotkaniu G20, które w najbliszym tygodniu odbędzie się w Toronto. Całe miasto jest postawione w stan gotowości. Jako, że nasze biuro jest w samym centrum, zarząd firmy zdecydował, że w piątek zrobią wolne (hurrra!) żeby nie narażać pracowników na podróż do centrum Toronto. W piątek osoby, które chcą przyjść do pracy muszą wcześniej dostać specjalną przepustkę żeby wejść do budynku. Ulice wokół będą zamknięte, parkingi niedostępne, parkownice dla rowerów zdemontowane, a w podziemiach będą całe armie policji patrolującej miasto. Gdzieś nawet widziałam informację, że w centrum mają zamiar wykopać wszystkie drzewa na czas spotkania a potem je znowu wsadzić. Oczywiście wszyscy tu krytukują to, że spotkanie odbywa się w centrum miasta i kosztuje miliony dolarów, które można byłoby wydać na cos znacznie pożyteczniejszego. Ale cóż począć. Wśród maili z pracy, dostaliśmy też taki, który udzielał wskazówek jak się należy zachowywać w razie zaplątania się w protesty, gdzie chodzić, jak nie chodzić, co robić i czego unikać. Niektóre rady wydają się nieco przesadzone, jak na przykład żeby nosić ze sobą zapasy jedzenia i wody, w razie gdyby się gdzieś utknęło na dłużej (na przykład w metrze). Chociaż kto to może tak do końca przewidzieć… Poza dniem wolnym bonusem całego tego cyrku jest to, że cały przyszły tydzień możemy chodzić w jeansach i wygodnych sportowych butach! Żeby, w razie czego, można było uciekać przed protestantami albo wysiąść z metra i przejść pięć (przykładowo) stacji metra zamiast w nim tkwić. Bardzo jestem ciekawa jak to wszystko będzie wyglądało w praktyce. Nie wiem czy będzie się dało robić jakieś zdjęcia, czy będą gonić ludzi, ale może się coś uda uwiecznić.

Poza tym spędzamy teraz bardzo mało czasu przed komputerami, wieczory i weekendy spędzamy z Teściową, czasem też razem ze Szwagierką i Szwargrem, z naszym psem albo, jak wczoraj, ze zrelaksowanym kotem. Będzie też kilka wspólnych wypadów za miasto i trochę prac domowo-ogrodowych. Trzeba korzystać z lata póki gorące…

Read Full Post »

Czas jak zwykle pędzi do przodu, w świecie szerokim jak i moim małym prywatnym dzieje mnóstwo rzeczy tych mniej i bardziej ważnych.W sumie trudno o każdej z tych spraw napisać osobną notkę, więc sobie je tak tutaj zbiorę, a może się potem temat rozwinie.

Od połowy stycznia mniej więcej w biurze przywala nas ilość pracy do przerobienia, od połowy lutego do ubiegłego tygodnia prawie codziennie lunch poświęcamy na pracę a do tego kilka razy w tygodniu robiłyśmy nadliczbówki. Po tylu godzinach non stop przed komputerem, w domu już jakoś mało ochoty zostaje na gapienie się na monitor. Pracy mamy dalej mnóstwo i powoli zaczyna mnie ogarniać panika, bo muszę moje biurko jakoś ucywilizować przed wyjazdem do Polski żeby ludzie wiedzieli gdzie co jest, a jak na razie to sterty teczek zamiast maleć, rosną i za chwilę się zaczną zwalać… Wszystko przez to, że jedna dziewczyna miała iść na macierzyński w marcu a okazało się, że już w styczniu musiała iść na urlop żeby siedzieć w domu i hodować pisklaka. Przez to długo byłyśmy do wszystkiego dwie, a do tego roboty jest dużo więcej niż jak byłyśmy w trójkę. Do tego nam wprowadzają nowy program komputerowy do bazy danych o którym nikt nic nie wie i musimy się szkolić same. No ale jak się już wyszkolimy to będziemy śmigać, że ho ho…

Przez mętlik w pracy, w domu więcej czasu spędziłam na czytaniu, niż przed komputerem. Mam nadzieję, że mi się uda napisać o kilku ciekawszych pozycjach. Poza powieściami które od dawna czekają w domu, pożyczyłam z biblioteki całą stertę książek na temat fotografii i sobie powoli poszerzam wiedzę na różne tematy. To jest kolejna sprawa, która mnie też dosyć ostatnio zajmuje. We wrześniu zapisałam sie do pobliskiego klubu fotograficznego i w pierwszy i trzeci czwartek chodzę na spotkania. Na każde spotkanie zapraszany jest jakiś gość, który robi prezentacje na temat swoich zdjęć, technik jakie używa i innych ciekawych spraw.  Na początku było trochę sztywno, bo nikogo nie znałam, ale teraz już jest lepiej. Sporo osób jest dużo starszych ode mnie, jest dużo bardzo zaawansowanych i profesjonalnych fotografów co daje świetną okazję do tego żeby ich podglądać i się uczyć nowych “sztuczek”.  Były dwa konkursy,  teraz się zbliża trzeci więc się przymierzam do tego żeby cos wystawić. Poza tym klub organizuje rózne wystawy, na których też można “się wywiesić”, teraz akurat jest jedna w restauracji / pubie niedaleko nas. W marcu zawisło jedno moje zdjęcie, teraz wisi sobie inne, z czego jestem dumna bo jakoś tak nie pomyślałam że tak będę się upubliczniać.  Poza tym są organizowane rózne wyjścia i wyjazdy na wspólne fotografowanie, co też jest fajnym sposobem na odkrycie ciekawych miejsc i nauczenie się czegoś nowego. W ubiegły weekend byliśmy z kilkoma osobami zwiedzać farmę z 1880 roku, głownie oryginalnie zachowaną stodołę, gdzie mieliśmy wolną rękę i nieograniczony czas na robienie zdjęć. Potem jeszcze odwiedziliśmy zapomniany młyn i inną opuszczoną stodołę.

Poza tym jak już K. pisał, w domu rozwija się zakład stolarski. Dopinguję mężowi i czasem pomagam w przestawieniu sprzętów, stołów czy też wspieram dobrą radą i pokrzepieniem serc. Oglądam sobie razem z nim te niezliczone książki z projektami i składam zamówienie na co ciekawsze egzemplarze. Nie wiem czy K. zapisuje gdzieś te wszystkie moje zamówienia, ale mam nadzieję, że tak.

Za dwa tygodnie z bardzo niewielkim hakiem wybieram się w odwiedziny za drugą stronę oceanu. Zdaję sobie sprawę, że będą to dwa bardzo intensywne tygodnie przed wyjazdem, bo tyle spraw trzeba jeszcze załatwic, jak to zwykle bywa. A potem dwa bardzo intensywne tygodnie w Polsce. Niewiele czasu, a sporo nadległości do nadrobienia i miejsc do odwiedzenia…

Jakoś nam się nie udało jeszcze wyjechać tak porządnie za miasto, mimo ze co roku jakoś staramy się na wiosnę szybko wybrać poza Toronto. Pogoda była jakaś taka złośliwa, w ciągu tygodnia bardzo ładnie, a w weekend wiatr i deszcz. Chociaż w ten weekend było bardzo ładnie i wybraliśmy się do Royal Botanical Gardens, spędziliśmy długie godziny pomiędzy tulipanami i innymi kwitnącymi roślinkami.

I tak oto mija mi ostatnio czas, do tego dochodzą jeszcze spotkania z rodziną i znajomymi, różne codzienne obowiązki i liczne wizyty we wszelkiego rodzaju sklepach żelaznych, którymi tak fascynuje się mój mąż. Ja mu czasem towarzyszę w tych wyprawach, bo nie ukrywam, że część takich narzędzi też mi się podoba. Poza tym muszę się trochę obeznać w terminologii i czynnościach tych narzędzi żeby wiedzieć o czym do mnie K mówi i czym się tak zachwyca. W życiu bym nie pomyślała, że na świecie istnieje tyle rodzajów hebli czy innych frezarek. A na koniec kilka zdęć.

Read Full Post »

Ten Nowy Rok tak się szybko posuwa w miesiącach, że trudno go jeszcze uznawać za nowy i aż wstyd przyznać że to pierwszy tutaj wpis w 2010…

W Toronto zima tego roku jakaś taka łysa jest, zwłaszcza w porównaniu do ostatnich dwóch lat, kiedy śniegu były rekordowe ilości. W tym sezonie, jak na razie był tylko raz się porządnie zabieliło, ale już dawno pozostało po tym tylko wspomnienie. Jest też znacznie cieplej, dzięki czemu człowiekowi bardziej się chce wychodzić na świeże powietrze. My odkryliśmy na nowo radość łyżew i już trzy razy byliśmy na tafli. Jak na nas to spore osiągnięcie, bo to chyba tyle samo razy co w ciągu wszystkich ostatnich lat tu w Toronto. Muszę przyznać, że idzie nam coraz lepiej i nawet dziś nas pochwalił  Szwagier urodzony z łyżwami na nogach, jak zresztą większość Kanadyjczyków. Jest to świetny sposób żeby się odreagować, trochę poruszać i oderwać od komputera, bez wielkich nakładów finansowych. Łyżwy zawsze są na wyprzedaży w okolicy Świąt, bo to chyba najpopularniejszy tu prezent pod choinkę.

Niesamowita jest ilość lodowisk w Toronto, wszystkie za darmo i otwarte przez wiele godzin w tygodniu, niektóre do późna w nocy. Dzieci zaprawiają się w tym sporcie od bardzo wczesnego wieku, dzisiaj widzieliśmy takie stworzenie, które z trudem chodziło, ale bardzo dzielnie stawiało pierwsze kroki na lodzie, podpierając się małym krzesełkiem . Poza większymi miastami ludzie sami organizują lodowiska gdzie się da. Wszelakie jedziora, jeziorka, sadzawki świetnie się do tego nadają. W Toronto są przynajmniej dwa takie miejsca, gdzie można sobie poszaleć na naturalnie zamarzniętym lodzie. Jeszcze tam nie dotarliśmy, ale może kiedyś się uda. Chociaż nie wiem czy zdążymy bo ostatnio czytałam, że miasto zabrania szusowania na takich lodowiskach tłumacząc się tym, że jest dosyć sztucznych lodowisk i naturalny lód stanowi zbyt wielkie ryzyko dla łyżwiarzy. Taki zakaz wzbudza w Kanadyjczykach oburzenie, bo według nich prawo do szusowania po wszelakich możliwych powierzchniach jest rzeczą naturalną i zabranianie czegoś takiego jest równoznaczne z ograniczaniem swobód obywatelskich.

Poza tym kusi mnie jazda na łyżwach niedaleko Niagary, z podświetlonym wodospadem w tle. A jeszcze bardziej mnie nęci kanał Rideau w Ottawie, który zimą zamienia się w ponad siedmiokilometrową autostradę dla łyżwiarzy.  Mam szczerą nadzieję, że kiedyś, niebawem, wkrótce (?) uda nam się zakosztować tych atrakcji. Teraz musimy dzielnie trenować na naszym miejskim lodowisku żeby potem nie paść po pięciu minutach…

Read Full Post »

Ride the Rocket czyli Jedź Rakietą – w taki sposób reklamuje się torontońska komunikacja miejska (TTC – Toronto Transit Commission). Prawda jest taka, że Toronto jest miastem wspaniałym, mieszka się tu świetnie, ludzie są przyjaźni, jest mnóstwo wszelakich atrakcji itp itd. Ale, trzeba przyznać otwarcie i szczerze, że komunikacja tutaj nawala na całej linii, a właściwie dwóch liniach… metra. Tak, znaczna część tutejszej populacji musi polegać na dwóch podstawowych liniach metra, wschód-zachód (zielona) i północ-południe-północ (żółta). Są jeszcze dwie linijki – fioletowa i niebieska, ale one maja po kilka przystanków i prowadzą na obrzeża miasta.

ttc-map

Pomiędzy stacjami kursują autobusy i tramwaje. Autobusy najczęściej jeżdzą dosyć rzadko a tramwaje, w zależności od linii, jeżdzą co 5-10 minut. To znaczy według rozkładu tak jeżdzą, bo w rzeczywistości to wygląda tak, że przez długi czas nie jedzie nic, a potem trzy tramwaje na raz się zjawiają. Tramwaje są stare, trzeba wchodzić po wysokich schodach, a przy wysiadaniu trzeba najpierw nadepnąć na schodek, bo inaczej drzwi się nie otworzą. Do tramwaju trzeba wejść przez przednie drzwi tylko i uiścić opłatę. Wysiada się drzwiami tylnymi, które są na środku wagonu. Tył, nieco węższy niż środek, zazwyczaj jest pustawy bo nikt tam się nie chce pchać, bo potem trudno się wydostać przy wysiadaniu

tramwaj

(tramwaje są zazwyczaj jednowagonowe, rzadko takie jak ten na zdjęciu, no i są najczęściej czerwone)

W efekcie, wszyscy się kłębią przy motorniczym, z tyłu jest miejsce, a motorniczy nie wpuszcza nowych pasażerów “bo nie ma miejsca”. Czasem się zdarza, że motorniczy(-a) niezbyt miłym głosem pohukuje na pasażerów żeby się posunąc “bo inaczej nie pojedzie dalej”. Zdarza się, że motorniczy sobie zatrzyma tramwaj na przystanku, zamknie drzwi i pójdzie się wysikać/kupić kawę/jedzenie chińskie na wynos (odpowiednie podkreślić) przy czym cały ruch oczywiście się tamuje. Tramwaje nie mają swoich dróg, muszą je dzielić z autami, autobusami i rowerami. W efekcie tego wszystkiego, ta sama trasa tramwajem może trwać od 5 do 50 minut (może trochę przesadzam, ale nie bardzo). W tramwajach nie ma klimatyzacji, a przynajmniej w 95% nie jest włączana, zimą natomiast można przymarznąć do podłoża albo nabawić się zdrętwienia karku od wiatru wiejącego przez okno. Towary przewożone tramwajem są przeróżne, więc czasem można wejść w jakąś rybę z Chinatown albo kawę stojącą na podłodze. Tramwaje jeżdża głównie po centrum, wzdłuż głównych ulic, ze wschodu na zachód (z południa na północ prowadzi metro, więc po co więcej?). Przez kilka lat jeździłam do pracy tramwajem, więc mam wiele wspomnień.

Teraz natomiast jeżdzę metrem… Już sama nie wiem co lepsze, albo gorsze raczej. Metro z roku na rok robi się coraz bardziej zatłoczone, przybywa nowych ludzi, ze wszech stron słyszy się nawoływania żeby jeździć publicznym transportem i chronić środowisko, co z tego skoro drogi też są zapchane, parkingi nieziemsko drogie, więc sporo ludzi decyduje się na ten środek transportu. Codziennie rano jadę najpierw linią zieloną a potem muszę się przesiąść na żółtą. Cała akcja wymaga niezłej wprawy. Trzeba wiedzieć w który wagon wsiąść żeby się udało szybko wyskoczyć i przesiąść na drugą linię, bo jak się utknie w tłumie to można czasem i dwa pociągi przepuścić zanim się wsiądzie. Ostatnio na stacji przesiadkowej Yonge / Bloor postawiono panów strażników, którzy pilnują żeby ludzie nie wciskali się do wagonów po sygnale. Ostatnio wprowadzono nawet kary dla tych, którzy wciskają się do pociągu jak już drzwi się zamykają.

Jak się już uda wsiąść do metra to jeszcze trzeba dojechać na miejsce, a z tym też różnie bywa. Bardzo często się zdarza, ze pociąg stoi w tunelu i czeka. Powody są różne – problemy z sygnalizacją, przypadki medyczne w pociągu przed nami, nieznane awarie itp itd. Problem polega w tym, że jest jeden tor, więc jak się gdzieś coś stanie, to nie da się ominąć problematycznego pociągu tylko ustawia się kolejka dopóki awarie nie zniknie. Także tak samo jak tramwajem, nigdy nie wiadomo ile dana droga zajmie.

System biletów jest zupełnie idiotyczny, chyba najbardziej archaiczny z jakim się spotkałam. Za przejazd można płacić gotówką, $2.75 za przejazd albo żetonem, wychodzi $2.25 za przejazd. Żetony można kupować w bardzo niewielu miejscach poza stacjami metra, można kupić 10 w budce metrowej albo 4 albo 8 w automacie. Jak się płaci za pojedynczy przejazd to trzeba wziąć tzw. “transfer” żeby móc się przesiąść na inny środek transportu bez ponownego płacenia. Potem się ten transfer pokazuje człowiekowi w budce i można dalej jechać. Poza tym są karty miesięczne, ale można je tylko kupić ($109.00) przez pierwsze kilka dni miesiąca i są ważne od 1 do ostatniego dnia miesiąca. Żadnych cudów jak bywało w Krakowie, że człowiek kupował kartę kiedykolwiek ważną na miesiąc. Bilety tygodniowe są, ale też – od poniedziałku do niedzieli. Czyli jak ktoś przyjeżdża do Toronto na tydzień, ale od środy do środy, to ma pecha, bo sobie na tygodniowym bilecie nie pojeździ.

Ponoć są plany, projekty, zamierzenia i obietnice, że coś się robi w tym kierunku, żeby ten transport usprawnić. Jakoś tego w praktyce nie widać, na peronach się robi coraz ciaśniej i dojazdy zajmują coraz więcej czasu. Coraz więcej ludzi jednak jeździ metrem, nie tylko dlatego, że nagle wszyscy stają się przyjaźni środowisku, ale po prostu w mieście jest coraz więcej ludzi. Wszyscy się coraz bardziej niecierpliwia i narzekają, ale jak na razie nie zapowiada się żeby niebawem coś się zmieniło na lepsze. Za to od stycznia bilety mają znowu iść w górę…. Tak więc dla mnie TTC to żadna jazda rakietą, ale Tragiczna Torontońska Codzienność…

Read Full Post »

Tak się składa, że i my w sierpniu obchodzimy rocznicę przybycia na ten kontynent. Przyjechaliśmy z czterema walizkami i bagażem podręcznym pełnym cennych płyt CD i innych drobiazgów. Pierwszy tydzień spędziliśmy mieszkając u kolegi koleżanki poznanej w Turcji, który zgodził się nas przenocować tylko ze względu na słabość do owej koleżanki, jak nam potem przyznał. Z czasem się do nas przekonał i bardzo miło wspominamy te dni u niego. Potem wyprowdziliśmy się do naszego pierwszego lokum, mieszkania w piwnicy pewnego domu prywatnego. Przez pierwsze tygodnie wszystko było nowe, wielkie i tajemnicze – załatwianie telefonu, szukanie pracy (ja), nowe studia i ludzie (K), nowe smaki i zapachy. Nie mieliśmy jeszcze wtedy aparatu cyfrowego, więc zdjęcia robiliśmy klasycznym aparatem i je skanowaliśmy żeby posyłać rodzinie i znajomym. Dzisiaj sobie przeglądnęłam moje stare CD ze zdjęciami z tamtego czasu i napotkałam na taką oto prezentację, którą wtedy stworzyłam na użytek rodziny i przyjaciół. Oto jak wyglądały nasze pierwsze dni w Toronto…

Read Full Post »

Wraz z początkiem lata Toronto zamienia się w jeden wielki festiwal. Właściwie od maja do września w każdy weekend dzieje się coś wartego uwagi.  Są imprezy artystyczne, kulturalne, teatralne, filmowe, mniejszościowe, literackie, muzyczne i co tylko sobie człowiek wymyśli. Są aż dwa festiwale jazzowe, jest tydzien Pride, kiedy to nad miastem dominuje tęczowa flaga – są koncerty, imprezy i słynna parada na którą zjeżdzają ludzie z wielu krajów. Jest weekend włoski, grecki, polski, ukraiński, Afrofest, Caribana i wiele innych. Bardzo wiele z tych imprez jest darmowa, choć są też takie, na które bilet kosztuje kilkaset dolarów. Dla każdego coś dobrego.

Przez te kilka lat mieszkania tutaj udało nam się zaliczyć kilka imprez, ale jeszcze sporo przed nami. Teraz właśnie kończy się Luminato, festiwal sztuki – muzyki, filmu, teatru i tańca. Wczoraj na tutejszym “rynku” czyli Dundas Square, odbywał się darmowy koncert Gorana Bregovica, na który jednak nie doszliśmy. W ramach zamknięcia całej imprezy, która trwała przez cały tydzień, Cirque du Soleil daje darmowe pokazy na dwóch scenach. Są to krótkie przedstawienia w których za jednym razem występuje od dwóch do kilkorga wykonawców, są pokazy żonglerki, akrobacje, taniec i muzyka. Dzis udało mi się odwiedzić jedną z dwóch scen i spędziłam dwie godziny podziwiając do czego jest zdolne ludzkie ciało. Sprawiło mi to niesłychaną przyjemność, choć ręce mnie potem bolały od trzymania aparatu w pogotowiu.  Mam szczery zamiar w tym roku zaliczyć więcej imprez niż w porzednich latach, zobaczymy jak wyjdzie.

Kilka zdjęć z dzisiaj, a więcej można zobaczyć tutaj.

Read Full Post »

W ubiegły weekend w Toronto odbywało się tzw. Open Doors Toronto, czyli Toronto Otwartych Drzwi. Co roku w jeden weekend maja różne budynki i instytucje, które normalnie są zamknięte dla publiczności, otwierają swoje wrota. Można wtedy sobie za darmo zwiedzać i podziwiać bardzo ciekawe miejsca. W sobotę postanowiliśmy wyjść trochę z domu z chęcią zobaczenia głównej atrakcji tego roku – najstarszego budynku więzienia Don Jail. Nowy budynek służy wciąż jako areszt, ale stary budynek niedługo zamieni się w coś innego.

Don Jail

Po raz pierwszy ten budynek wziął udział w imprezie i, niestety, po raz ostatni jako że mają go przebudowywać i ma się stać częścią kompleksu zdrowotnego, który w tamtym miejscu powstanie. Spodziewaliśmy się, że będzie sporo ludzi, ale nie spodziewaliśmy się takich tłumów. Okazało się, że jak przyszliśmy tam przed drugą, nikogo już nie wpuszczali do kolejki bo czekało tyle ludzi, że więcej już i tak nie zdążyłoby wejść. Ponoć kolejka zaczęła ustawiać się od 7 rano. W niedzielę spodziewano się podobnych tłumów, więc budynek zobaczyliśmy tylko z zewnątrz. Ciekawe, że przez jakiś czas mieszkaliśmy parę kroków stamtąd, ale wtedy całe więzienie zastawione było jakimiś rusztowaniami, więc nie mogliśmy go nigdy zobaczyć w całości. Trzeba było tej imprezy żeby nam się udało uwiecznić więzienie na zdjęciu.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu i ochotę na dalszy spacer, więc pojechaliśmy do kolejnego miejsca, gdzie jakoś nigdy nie udało nam się dotrzeć z aparatem. Jest to tzw. Distillery Disctrict, miejsce które mi nieco przypomina krakowskie Podgórze albo jakąś dzielnicę roboczą innego europejskiego miasta.  Jest to założona w 1832 destylarnia, która przez jakiś czas była największą destylarnią w Imperium Brytjskim. Znajduje się na obszarze 13 akrów i składa się z ponad 40 budynków. Jest to najlepiej zachowany kompleks budownictwa przemysłowego w Ameryce Północnej.

Distillery District

Jako, że jest to stosunkowo stare, jest to bardzo popularne miejsce z niesamowicie snobistycznymi knajpami, restauracjami i sklepami. Można tam kupić wszystko co organiczne, naturalne, europejskie czy ręcznie robione. Jest oczywiście browar, gdzie można się napić piwa za absurdalnie wysokie ceny, można też kupić piwo w jednorazowym małym kubeczku i wypić przy stolikach luzem stojących, ale małe piwo podawane w styropianie i w takich warunkach za 7 dolarów to lekka przesada. Pooglądaliśmy sobie co było do zobaczenia, pochodzili trochę bo brukowanych chodnikach po terenie gdzie nie jeżdzą auta po ulicach, popatrzyli na różne ciekawe osobistości i poszli na piwo do niedalekiego “normalnego “pubu.

A tak wczoraj wieczorem wyglądało centrum Toronto.

Toronto nocą

Zapraszam na więcej zdjęć z Distillery District i nocnego Toronto.

Read Full Post »

Dziś był najcieplejszy dzień w tym roku – ponad 4 stopnie C, w słońcu pewnie jeszcze więcej. Postanowiliśmy to wykorzystać i udaliśmy się z psem nad jezioro. Jako jeden z nielicznych sierściuchów, nie zważajac na chłód i otaczający nas śnieg, raźno ruszył do wody.  Wszystkim nam dobrze zrobił spacer w słońcu i temperaturze powyżej zera. Oby takich jak najwięcej!

A tak poza tym to przymierzam się do napisania czegoś bardziej treściwego, ale niestety ostatnio mi to słabo wychodzi…

Read Full Post »

Nie mogę się oprzeć – oto pokaz pląsów najszczęśliwszego psa podczas spaceru w pobliskim parku. Niestety nie udało mi się uchwycić chwili kiedy nasz wodny pies wlazł do strumyka. Zamoczył sobie łapy i podwozie i potem mu było trochę zimno, ale czegóż się nie robi żeby choć na chwilkę wejść do wody…

I to chwilowo byłoby na tyle. Miłego tygodnia życzę wszystkim.

Read Full Post »

premiera

Do tej pory jakoś kręcenie filmików moim aparatem mnie nie nęciło, ale od wczoraj stwierdzam, że ta funkcja może całkiem ciekawe mieć zastosowanie. Oczywiście są to filmiki początkujące i robione aparatem, więc jakość nie jest super, ale daje to nieco lepsze wyobrażenie o przestrzeni wokół nas. Nie mam ambicji artystycznych, bardziej mnie interesuje wartość informacyjno-poglądowo-przekazowa. Tak więc oto jak wyglądała nasza ulica wczoraj tuż przed północą. Jak widać, śniegu wciąż przybywa…

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »