Feeds:
Posts
Comments

Archive for August, 2012

I wciąż tu jesteśmy. Odwiedzamy, zwiedzamy, oglądamy, jemy i pijemy. Matilda wciąż bardzo dzielnie znosi wszelakie oznaki zachwytu i miłości ze strony babć, dziadków, cioć i kuzynek. Pozwala się nosić, pieścić, tulić i zabawiać. Nie wiem co my z nią zrobimy po powrocie do Toronto. Chyba będzie trzeba iść na Dundas Square żeby jej dostarczyć rozrywki i widoku wielu obcych twarzy. A tak poważnie to cieszę się bardzo że jest taka otwarta na wszystko i wszystkich. Nie ma problemu żeby z nią chodzić po mieście, iść na obiad czy deser do Wedla. Gdybym jej dała to pewnie próbowałaby różnych gatunków piwa razem ze mną, a tak to musi się zadowolić swoimi słoiczkami i kosztowaniem potraw, które mogę jej dać.

A ja też wciąż oglądam, odkrywam i poznaję na nowo, przypominam sobie albo nie. Różne rzeczy mi się podobają, inne nieco mniej, ale doszłam do wniosku, że to już nie jest moje miejsce. Nie czuję się tutaj jakbym była u siebie, a raczej jak turysta, który patrzy na wszystko z zewnątrz. Jasne, że mam sentyment do różnych miejsc i przeprowadzam Matildę naszymi starymi ścieżkami, ale jak wczoraj szłam po Rynku to czułam się trochę tak, jak kiedy zwiedzałam Wiedeń, Pragę czy Berlin. Nie wiem czy to dlatego, że chodzę po mieście dużo wolniej niż chodziłam kiedy tu mieszkałam, bo nie muszę nigdzie pędzić (jak to turysta), czy też dlatego, że na szyi wisi mi aparat fotograficzny i na wiele rzeczy patrzę pod kątem robienia zdjęć, czy może dlatego, że właśnie już tu nie należę i nie potrafię się zgubić w tym tłumie. Nie mam pojęcia czy potrafilabym tu wrócić na stałe i tu żyć. Nie wiem też czy byłby to rzeczywiście powrót, czy też kolejne zaczynanie wszystkiego od nowa, poznawania realiów i życia w nowej rzeczywistości. Fakt, że język znamy nie znaczy, że bylibyśmy u siebie. Myślę, że może byłoby jeszcze trudniej bo kiedy się jest cudzoziemcem wiele błędów i potyczek może być wybaczonych. Ale przecież my nie jesteśmy cudzoziemcami, więc te same potknięcia pewnie przyniosłyby różne dziwne rezultaty. Ale wracać nie mamy zamiaru, więc nie ma co teoretyzować. Pozostaje spisać spostrzeżenia i obserwacje.

Zapachy – te przyjemne i te mniej. Niektóre są tak charakterystyczne, że wciąż są i trwają i nie straszne im mijające lata i mody:

Kiosk Ruchu – nie wiem co w tym jest, ale kiedy po raz pierwszy w ciągu tego pobytu weszłam do Kiosku Ruchu to jego zapach przeniósł mnie daleko w przeszłość. Niby zmienia się technika drukowania, papier i wszystko inne, ale jakimś cudem zapach jest ten sam, przynajmniej według mnie.

Warzywniak Osiedlowy – pojawiają się nowe owoce i warzywa obok marechwki i selera, ale osiedlowy warzywniak wciąż pachnie tak samo. Jakaś taka mieszanka ogórków kiszonych, kapusty i ziemniaków. Nie wiem co w tym jest, ale jest to niepowtarzalny zapach.

Antykawriat na Szpitalnej – jeden z nielicznych antykwariatów, który jest tam gdzie zawsze był. I jak się przechodzi obok to ze środka bije taki zapach książek, że człowiek ma ochote zostawić wszystko w diabły i na nowo zapisać się na studia. Żeby mieć pretekst i powód żeby te książki kupować, nawet jeśli by ich nie czytać.

Sukiennice – polączenie cepelii, starych murów, tłumów turystów i nie wiem czego jeszcze, ale pachną tak samo i niepowtarzalnie.

Zapach podwórka w starej krakowskiej kamienicy – czasem zaciągnie z jakiejś bramy i trudno go czymś innym pomylić. Wilgoć, minione wieki i sama nie wiem co jeszcze.

Planty – gołębie wciąż robią swoje…

Pasaż od Plant do Dworca Głównego – jak bardzo by się nie starali, unowocześniali i pucowali, ten pasaż wciąż ma zapach moczu i oscyka. A może to tylko istnieje w mojej podświadomości?

Tramwaje i Autobusy – są nowsze, ładniejsze itp ale ludzie wciąż tak samo nie-pachną. Dziś przyadło mi stanąć pod pachą pewnego pana i bardzo mi z tym było źle. Nie twierdzę, że w Toronto wszyscy pocą się na różano ale jednak tego zapachu potu mniej się czuje. Choć zapach ostrego curry wyziewający, zwłaszcza w zimie, z okryć niektórych współpasażerów też mógłby niejednego powalić z nóg.

Miało być więcej impresji i zapachów, ale robi się późno a jutro kolejny długi dzień przed nami. A na koniec widokówka z Krakowa.

Oraz zdjęcie dedykacja dla K., który ma dziś urodziny, które to, po raz pierwszy od lat studenckich, spędzamy osobno. Jeszcze raz, Sto Lat Paszczaku!

Read Full Post »

Jak doniósł u siebie Res Varia, dotarłyśmy całe i zdrowe na tę stronę Atlantyku. Korzystając z drzemki M, postaram się spisać kilka spostrzeżeń, doświadczeń i przeżyć. Będzie dosyć skrótowo, bo sporo tego jest i nie sposób wszystko spisać.

Podróż

Minęła nam dosyć szybko, choć M bardzo mało spała w samolocie z Toronto do Frankfurtu. W czasie startu była bardzo nieszczęśliwa bo już bardzo chciała się zdrzemnąć, a nie było jak. Kiedy tylko samolot zaczął bujać się w chmurach, zasnęła mi na prawej ręce i przez jakąś godzinę spała twardym snem. Dzięki czemu mogłam zjeść zaserwowany “obiad”. Po jakiejś godzinie z hakiem się obudziła i przez długi czas nie mogła ponownie zasnąć, bo co chwilę ją coś rozpraszało. Jak już zasnęła, to za parę minut włączyły się światła i zaczęto serwować “śniadanie”. Na szczęście z osłoniętą od światła głową, przespała ostatnie dwie godziny lotu. Samolot się spóźnił, więc lotnisko we Frankfurcie musiałyśmy przebiec z jednego końca na drugi żeby zdążyc na samolot do Krakowa. Przez cały bieg M bacznie się przyglądała otoczeniu i oczywiście ani myślała o spaniu podczas godzinnego lotu do grodu Kraka. Zasnęła jak już samolot kołował. I bardzo się zdziwiła, że trzeba już wysiadać. Troszkę pomarudziła, ale jak zobaczyła kolejne atrakcje, ludzi i psy wąchające to nie marudziła wcale. Potem były powitania i podróż do Myślenic, podczas której opowiadała wszystkim wrażenia z podrózy. Na miejscu zaczęła okazywać oznaki zmęczenia i zdrzemnęła się na jakieś dwie godziny i po południu znowu na jakieś półtorej. Mimo zamykających się oczu, kompletnego skołowacenia i ilości nowych twarzy, była duszą towarzystwa, dawała się nosić na rękach, karmić i uśmiechała się bez wytchnienia. Padła wieczorem, kolo 22 i spała (z przerwami na karmienie) do 13:30 następnego dnia. A ja z nią.

Jet lag

Jaki jet lag? M okazała się wyśmienitą podróżniczką. Dzień po przylocie opędziła jedną drzemką, wieczorem znowu spać kolo 22 i z małymi przerwami do 9:30 rano. A następną noc juz zasnęła o swojej normalnej porze, jeszcze z pobudkami, ale następpna już przespana cała. Mimo tego, że musiała znowu zmienic otoczenie i łóżeczko.

Obsługa w samolocie (z Toronto do Frankfurtu)

Beznadziejna. Jedyną pomocą jaką mi zaoferowano było popilnowanie M w wózku kiedy wsiadałyśmy w Toronto, żebym mogła zanieść bagaże na miejsce i potem po nią wrócić. Przed startem ani lądowaniem nikt się nie pofatyował żeby mi powiedzieć jak mam M trzymać, a kiedy próbowałam o coś zapytać, pani przebiegła koło mojego siedzenia i nie zwolniła nawet. A potem już pilot wzywał obsługę do zajęcia miejsc. Dobrze, że poczytałam na ten temat wcześniej bo bym chyba nieźle spanikowała. Podczas rozdawania jedzenia, M spała mi na prawej ręce, więc miałam tylko lewą do odbioru jedzenia, otwarcia wszystkiego itp. Pani rozdająca nawet nie patrzyła gdzie ląduje ta taca z gorącym jedzeniem i musiałam się nieźle wykręcić żeby ją odebrać. Potem jak serwowała śniadanie w postaci zdechłego muffina, prawie jej spadł na siedzenie obok (tym razem lewą rękę miałam zajetą i nie było jak łapać). Na szczęście dziewczyna, która siedziała obok, pomogła i złapała. Przy wysiadaniu też nie było nikogo żeby pomógł się zabrać z całym balastem. Na szczęście współpasażerowie zdjęli walizkę z góry i się jakoś wytoczyłyśmy. Plusem było to, że siedzenie obok było wolne, więc sie mogłyśmy trochę rozłożyc z gratami i nogami M. Przy wychodzeniu z samolotu powiedziałam, że obsługa byla beznadziejna i jakiś facet z Air Canada wysłuchał moich zażaleń. Ale oczywiście cóż on może. Natomiast w samolocie Lufthansy do Krakowa było super, tyle że lot trwał tylko godzinę. Ale dali specjalne pasy, które się zakłada na swoje i którymi się dziecko przypina. Przy czym facet był zszokowany, że w samolocie Air Canada z Toronto czegoś takiego nie mieli i nie udzielili mi wskazówek jak postępować. No cóż, moje szczęście.

Ludzie

M od jakiegoś czasu bardzo aktywnie trenuje swoje wdzięki na przypadkowych przechodniach, współpasażerach itp. Wygląda to tak, że jak jesteśmy w jakimś miejscu publicznym, rozgląda się wokół, natrafia na jakąś twarz i na nią poluje aż twarz się uśmiechnie do niej albo odezwie. Polowanie polega na wysyłaniu uśmiechów, zagadywaniu, chrząkaniu i pluciu. W samolocie nieco marudziła, ale kiedy nie płakała, miała świetny humor i rozdawała uśmiechy komu tylko się dało. Dzięki czemu przy wysiadaniu usłyszałam poczwały, jak to była dzielna przez cały lot. Odkąd wylądowałyśmy w Krakowie, M niezmordowanie ćwiczy swe wdzięki, tylko jakoś nie bardzo jej się udaje trafiać na podatny grunt. Ludzie patrzą na nią jakimś takim zamglonym wzrokiem i nic. A M marszczy brwi ze zdziwienia i się na mnie patrzy pytająco: “O co im chodzi?”. Jak nawet bobasy nie wzbudzają uśmiechu, to trudno się dziwić, że tyle ludzi tu jest takich smętnych. A bobasy zrażone niepowodzeniem w końcu przestaną próbować i wyrosną na kolejnych smętków. Na szczęście jest rodzina, która nadrabia i obdarza M taką ilością uśmiechów, że na pewno jej wystarczy.

Jedzenie

Owszem, zwracam uwagę na to, co jem i co daję M, ale nie uważam siebie za jakąś przesadnie zwariowaną czy nawiedzoną pod tym względem. Czytam naklejki i patrzę co jest w środku, więc tutaj też to robię. I się dziwię. W związku z tym, że się sporo przemieszczamy i bywamy w różnych miejscach, założyłam że będziemy bazować na jedzeniach ze słoika dla M. Nie wysłałam całego zapasu z Toronto, mimo ze Ania mnie ostrzegała, że różnie z tymi słoikami bywa. No i teraz czytam naklejki a M próbuje i kilka słoików już wylądowało w koszu. Jeden, z ekologicznym obiadkiem, zabrała moja siostra dla psa. I pies w nocy miał rozstrój żołądka… Po co do obiadków dla dzieci daje się soki z jabłek albo winogron? Mąke? i jeszcze inne dodatki, których teraz nie pamiętam. No nic, będziemy dalej czytać i próbować i mieć nadzieję, że pies siostry nie rozchoruje się całkowicie.

Chodniki

Dzielą się na te pokryte wypasioną kostką / brukiem i na rozjechane płyty chodnikowe o których świat zapomniał. Nie ma za bardzo nic pomiędzy. Dobrze, że M nie ma jeszcze zębów, bo by sobie pewnie nieraz język przygryzła. Takie rozwiązanie jak w Toronto, żeby po prostu zrobić krawężnik i wylać chodnik cementem wydaje się być zbyt proste. I pewnie nie dałoby się na tym odpowiednio zarobić, więc nie byłoby chętnych do przetargu. Poza tym zauważyłam, ze jest bardzo mało podjazdów dla wózków. Choć przyznaję, że jak na razie moje spostrzeżenia sa oparte na spacerach osiedlowych, w centrum jest pewnie inaczej. No ale po osiedlach też wózki kursują.

Na dziś to tyle, a ciąg dalszy nastąpi (prędzej lub później). Nie wiem jeszcze kiedy się wybierzemy na podbój Rynku i okolic, odwiedzimy Smoka i Lajkonika, ale mam nadzieję że się uda. Jutro jedziemy na wieś pod Tarnowem, potem wracamy i jedziemy na parę dni na Resvariowy Śląsk. A potem znowu do Krakowa. Mam nadzieję, że M dalej będzie tak pozytywnie nastawiona do całej przygody bo jak dotychczas jest świetną towarzyszką podróży.

Read Full Post »

Jak pisała u siebie Aneta, parę tygodni temu mieliśmy okazję wspólnie zwiedzić  i odwiedzić Świątynię BAPS Shri Swaminarayan Mandir w Toronto. Nie będę powtarzała informacji na temat samego miejsca, dodam tylko, że mimo, że rozumiem, to jednak troszkę szkoda, że w środku nie można robić zdjęć. Żeby mieć pojęcie jak wygląda wnętrze, można zajrzeć na stronę Świątyni i zobaczyć zdjęcia. Na żywo robi jeszcze większe wrażenie. Mam nadzieję, że uda nam się tam wybrać kiedyś wieczorem, jak cały budynek będzie oświetlony.

A tu kilka fotek z naszej wizyty.

Read Full Post »