W skrócie rzecz ujmując wyjazd pod namiot udał się bardzo, choć pogoda nie całkiem dopisała. W piątek udało nam się wyjść nieco wcześniej z pracy i w miare szybko zwinęliśmy cały majdan i ruszyliśmy w drogę do Awenda Provincial Park, jakies 170 km od domu.
View Larger Map
W Awendzie byliśmy już kilka razy, ale zawsze na jedniodniowe wypady. Park jest położony bardzo malowniczo, bo nad Georgian Bay. Poza tym jest to bardzo atrakcyjne miejsce z naszego punktu widzenia bo są tam dwie psie plaże, czysta woda, piaszczysta plaża i szlaki do chodzenia.
Tym razem postanowiliśmy pojechać tam na krótki wypad pod namiot żeby sprawdzić jak się w takich warunkach dogadujemy z psem. Jest to na tyle blisko, że w razie totalnej porażki, moglibyśmy się spakować i spokojnie wrócić do domu. Wszystkie okoliczne parki prowincjonalne są dla wszystkich milośników biwakowania bardzo atrakcyjne gdyż są w miarę tanie, ale przede wszystkim poletka gdzie się można rozbić są bardzo duże. Przypomniały nam się pola namiotowe w Polsce czy nawet na Słowacji – posiłki na karimatach przed namiotem, ciasnota taka, że można zaglądać sąsiadowi do śpiwora, hałas, kolejki do ubikacji itp. itd. Tutaj wszystkie, łącznie z prywatnymi, pola namiotowe mają określoną ilość miejsc i nie upycha się ludzi jak śledzie, po to tylko żeby więcej zarobić. Na prywatnych polach jest na pewno ciaśniej, ale też każdy ma swoj stół i jasno wyznaczoną granicę. W parkach prowincjonalnych natomiast, jest znacznie więcej przestrzeni, choć to też zależy od parku. W Awendzie pola są spore, można zmieścić do 3 namiotów. Pomiędzy poletkami rośnie las, także sąsiadów się właściwie nie widzi. Jedynym mankamentem jest to, że miejsca trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. My już w marcu się zdecydowaliśmy że chcemy się tam wybrać, ale oczywiście trudno przewidzieć pogodę tak bardzo do przodu.
W piątek udało nam się dojechać tak, że namiot rozbijaliśmy jeszcze przed zmrokiem. Udało nam się zaopatrzyć w drewno na ognisko i zjedliśmy sobie kolację wpatrując się w ogień i niebo. Nasz pies był cała sytuacją nieco zdziwiony i nie bardzo wiedział jak się zachować. Bardzo mu się nie podobało, jak zwykle zresztą, kiedy któreś z nas się oddalało z poletka, zawsze lubi mieć wszystkich pod kontrolą. Czasem poszczekiwał na ludzi przechodzących z latarkami, albo jak jakiś inny pies się odezwał, ale ogólnie był całkiem grzeczny. Bardzo chętnie się władował do namiotu i nawet bez oporów pogodził się z faktem że nie śpi na karimacie tylko na swoim posłaniu.
Na sobotę zapowiadali opady deszczu i oczywiście tym razem prognoza się spełniła. W nocy zaczęło lać i lało właściwie przez większość soboty. Rano zjedliśmy śniadanie pod parasolem i czekaliśmy na A&E którzy mieli do nas dołączyć. Przyjechali jakos po 11 z kajakiem na dachu i nadzieją, że się jednak rozpogodzi. Udało im się rozbić jeszcze w miarę na sucho, bo po południu lało dosyć ostro. Przypomniałam sobie, że gdzieś na terenie parku jest taki teren pod dachem gdzie są stoły i ławy. Udało nam się to znaleźć i na szczęśćie nikt inny nie wpadł na ten sam pomysł. Dzięki temu spędziliśmy kilka godzin czekając na lepszą pogodę pod dachem, w miarę sucho, przy kawie, piwie, jedzeniu i kartach. Wieczorem już się rozpogodziło więc mogliśm zrobić ognisko i E przyrządził pyszne mięso i kiełbaski z grilla. Pies był tak padnięty, że zaczął chrapać jeszcze przy ognisku i bardzo chętnie poszedł spać do namiotu.
W niedzielę pogoda oczywiście się rozpogodziła i koło południa niebo zrobiło się błękitne. A&E musieli się zwijać szybciej do Toronto, więc nie było czasu żebyśmy wszyscy mogli przepłynąć się na kajaku. Tak więc pożegnaliśmy się i my pojechaliśmy z psem na plaże i pochodzić sobie trochę po okolicy. Komary nas oczywiście jadły niemiłosiernie, nawet pies był pokąsany na nosie i brzuchu. Przeszliśmy jakies 5 km, spotkaliśmy po drodze żółwia i koło 5 zwinęliśmy się w drogę powrotną. Dziś środa, prawie udało nam się już wszystko wyprać, wysuszyć i poukładać mniej więcej na miejsce, tej strony wyjazdów zdecydowanie najbardziej nie lubię. Stwierdziliśmy, że musimy częściej urządzać takie krótkie wypady bo wtedy się jakoś tak więcej wakacji robi. No i okazuje się, że na kilka dni pod namiot też można jechać z psem.








Fajne foty. Z opisu wygląda, że miejsce bardzo fajne i że kanadyjskie parki biwakowe podobne są do amerykańskich. Cieszę się, że pies się zaklimatyzował. Wygląda na zadowolonego
. My się dziś pakujemy, robimy ostatnie zakupy i jutro z samego rana wyjad.
P.S. Jak się u Was robi reserwacje na taki biwak? Czy parki mają strony internetowe? Bo tutaj na http://www.reserveamerica.com
Takie krotkie wypady sa super. Czlowiek zapomina, ze ledwie 3 dni temu byl piatek i szlo sie do pracy.
Aneta: dzieki
Tak, rzeczywiscie, tutejsze parki prowincjonalne sa podobne do tych w Stanach, a przynajmniej do tego na ktorym my spalismy w Adirondacks w tamtym roku. Tutaj tez sie rezerwuje przez internet, tyle ze kazda prowincja ma swoj system. W Ontario wszystko o parkach prowincjonalnych mozna znalezc tutaj: http://www.ontarioparks.com/english/index.html
Zycze wspanialego wyjazdu i swietnej pogody!
Ania: Ja sie zawsze zastanawiam jak to jest, ze czas zupelnie inaczej plynie na takich wyprawach. Dni jakies takie dluzsze sa i tak wiele mozna zrobic…