Stałyśmy sobie z E. wczoraj na przystanku tramwajowym i przytupując z zimna czekały na pojawienie się pojazdu. Nagle gdzieś z tyłu ktoś zawołał moje imię. Najpierw myślałam, że mi się wydawało, ale kiedy wołanie się powtórzyło, obejrzałam się za siebie, w końcu nie jest to bardzo popularne imię tutaj. Kiedy się odwróciłam, stanęłam twarzą w twarz z państwem A. Państwo A. pochodzą z Kenii i są ludźmi, których poznałam w mojej poprzedniej pracy. Pracowałam też dla prawniczki imigracyjnej, ale takiej która zajmowała się głównie sprawami uchodźców przybywających do Kanady z różnych zakątków świata. Spędziłam z różnymi ludźmi długie godziny słuchając ich opowieści, pomagając wypełniać formularze przeróżne, wdrażać się w życie w Toronto a czasem nawet doradzając jak się należy ubierać w zimie. Dla niektórych, świeżoprzybyłych z krajów takich jak Uganda, Kenia czy Kolumbia śnieg na początku był atrakcją, ale po pół godzinie okazywało się, że część ludzi nie miała pojęcia, że zimą trzeba nosić czapkę, że sama koszulka pod kurtką to mało żeby się zabezpieczyć przed mrozem, że dobrze się ubierać warstwowo i zawsze coś włożyc do spodni żeby nie podwiewało. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, dowiedziałam się jeszcze więcej o różnych krajach i obyczajach z pierwszej ręki, bo od ich mieszkańców. Co prawda najczęściej był to obraz niezbyt pozytywny, bo to dlatego nie chcieli wracać do ojczyzny. Przez opowieści tych ludzi często przewijały się wojny, porwania, tortury, gwałty, prześladowania religijne i polityczne, korupcja i różne inne sposoby znęcania się nad człowiekiem. Zdarzało mi się, że niektórzy z tych ludzi śnili mi się po nocach, przeżywałam ich przesłuchania przed tzw. Immigration and Refugee Board (Komisją do Spraw Imigracji i Uchodźctwa), czasem stawałam na uszach, żeby znaleźć tłumacza który będzie w stanie pracować z uchodźcami i prawniczką dla której pracowałam. Ludzie zjawiali się w poczekalni bez zapowiedzi, dzwonili, pytali i często proste rozmowy stawały się niesamowitymi wyzwaniami, bo jak tu wytłumaczyć kmuś z Korei Północnej co to jest pozwolenie na pracę, jeśli taki ktoś nie zna żadnego innego języka, wszelakie tutejsze kody kulturowe są mu obce a jednocześnie ma przyzwyczajenia, które tutaj wydają się bardzo niezwykłe. Poza tym wszystkim atmosfera w biurze była różna, z wielu powodów. W pewnym momencie zrobiło się tak, że za dużo spraw było na mojej głowie i poczułam się przywalona nadmiarem odpowiedzialności za tych wszystkich ludzi. Do tego doszły różne prywatne przeżycia i w końcu w tamtym roku zdecydowałam, że albo stamtąd odejdę, albo całkiem wsiąknę i już nigdy się nie wydostanę i zostanę strzępkiem nerwów. Trudny to był krok, bo mimo wielu zgrzytów czułam się zżyta z ludźmi, z którymi pracowałam i uważałam też, że wiele im zawdzięczam. Dzięki temu, że mi dali szansę moją pierwszą pracą tutaj nie było zmywanie garów, ale praca w firmie adwokackiej. Dzięki temu czego mnie nauczyli i czego sama się przy nich dowiedziałam udało mi się dostać obecną pracę i znaleźć się w środowisku zupełnie innym. Teraz mam do czyniena nie z ”ludźmi” ale z „klientami” i to za pośrednictwem ich kadr, z którymi się komunikuję jedynie przez telefon i maila. Znam ich głosy, ale nie mam zupełnie pojęcia jak wyglądają. Twarze tych, nad którymi sprawami pracuję znam ze zdjęć paszportowych, albo wcale, tylko parę osób widziałam na żywo. Nikt nie przyjdzie bez zapowiedzi, w poczekalni nie tłoczą się rodziny kolumbijskie, chińskie, ugandyjskie czy koreańskie, dzieci nie płaczą, matki nie karmią ani nie przewijają. Jest cisza, spokój, każdy pracuje na swoim miejscu, firma pracuje wedle ustalonego rytmu, na wszystko są zasady, przepisy i formularze. Zazwyczaj mi to pasuje i czuję się dobrze z tym, że pracę mogę zostawić za sobą kiedy o 17:00 wychodzę z biura. Nikt mnie nie prześladuje w myślach, nie zastanawiam się „co będzie jak….”, bo zazwyczaj wiem jak będzie. I ogólnie mi się taki stan rzeczy podoba i jestem zadowolona z tego co robię. Ale w momencie kiedy na przystanku spotykam państwa A., którzy mnie poznają i się wyraźnie cieszą na mój widok, pytają co robię i jak się mam i mówią że jak odeszłam to oni i inni byli bardzo smutni bo przez jakiś czas w biurze panował chaos i nikt nie był w stanie nic im powiedzieć, którzy się upewniają czy na pewno ich pamiętam i na pytanie jak się mają odpowiadają, że jakoś się starają wszystko sobie ułożyc i mimo że mieliśmy ze sobą do czynienia tylko przez kilka miesięcy zachowują się jak starzy znajomi, ciepli i serdeczni, to w takim momencie właśnie robi mi się żal. Żal, że nie wiem co się dzieje dalej z tymi ludźmi, dla których często byłam jedną z pierwszych osób, z którymi się zetknęli po przyjeździe do Kanady, którzy często mówili mi rzeczy, o których adwokatowi się krępowali mówić, ludźmi których losy mogłyby stanowić fabułę niejednej książki czy filmu. Wiem, że nie byłabym w stanie wrócić już do tamtego biura i jego obyczajów i że podjęłam właściwą decyzję odchodząc stamtąd, ale jednak jakaś pustka zostaje i raz na jakiś czas daje o sobie znać.
spotkanie na przystanku
November 19, 2008 by kobietapracujaca
Posted in oblicza Toronto, office, z zycia wzięte | 5 Comments
5 Responses
Leave a Reply
-
najnowsze wpisy
kategorie
- film (1)
- Kanada (4)
- moje lektury (3)
- oblicza Toronto (22)
- office (9)
- Ontario (8)
- rozmaitości (19)
- smaki (2)
- smakowite Toronto (3)
- tam i z powrotem (10)
- Tureckie lata (3)
- U.S.A. (2)
- Uncategorized (1)
- z zycia wzięte (33)
- świat w obiektywie (24)
- święta w Kanadzie (2)
-
ostatnie komentarze
salon nowojorski on kobietapracujaca on atsanik on AnetaCuse on evek on czytam
inspiracje kulinarne
moje zdjęcia
oglądam
MyBlogLog
-
Spam Blocked
Meta
archiwum
- December 2009 (1)
- November 2009 (2)
- October 2009 (2)
- September 2009 (1)
- August 2009 (4)
- July 2009 (1)
- June 2009 (4)
- May 2009 (2)
- April 2009 (1)
- March 2009 (1)
- February 2009 (1)
- January 2009 (3)
- December 2008 (3)
- November 2008 (5)
- October 2008 (5)
- September 2008 (5)
- August 2008 (4)
- July 2008 (1)
- June 2008 (1)
- May 2008 (1)
- April 2008 (1)
- March 2008 (1)
- January 2008 (3)
- December 2007 (3)
- November 2007 (3)





Najwazniejsze, ze mialas okazje dotknac zycia tak wielu osob i im pomoc. Zrobilas co moglas, ale byla pora na zajecie sie soba i rozwojem wlasnego zycia. Dzieki za podzielenie sie ta wartosciowa historia.
Bardzo to ciekawe i jednocześnie wskazuje na to jaką złożoną istotą jest człowiek. Z jednej strony miło jest jak jest łatwiej, ale ludzkie związki, trudne i tragiczne, dla wielu ludzi są bardzo ważne. Fascynujący wpis i obserwacje!
Pozdrowienia.
Alicja
niesamowitą pracę miałaś. tak pozytywnie zazdroszczę tego doświadczenia. mi się od zawsze marzy taka praca, której trzonem byłaby bezpośrednia pomoc innym. a Ty taką miałaś. rozumiem też jednak jak bardzo psychicznie obciążająca była ona dla Ciebie.
I tak jak inni napisali – interesujący post. Ja czekam też nadal na Twoje inne wspominkowe wpisy z Turcji
Pozdrawiam z zimnych prerii.
Dziekuje Wam bardzo za mile i cieple slowa!
Juz od jakiegos czasu za mna te mysli chodzily, ale jak spotkalam tych ludzi na przystanku to sobie uswiadomilam co mi po glowie chodzi. Tak to jest, ze nie da sie wszystkiego pogodzic i wszystkim dogodzic. Caly czas sie tego ucze…
Jak szukalam nowej pracy to tez rozgladalam sie za biurami gdzie pracuja z uchodzcami, ale bardzo malo takich jest i trudno sie zalapac, a ze zalezalo mi zeby sie stamtad szybko wyrwac to nie czekalam az sie cos takiego nadarzy. No ale wszystko jeszcze jest mozliwe
atsanik: a o Turcji tez jeszcze bedzie na pewno