Notka Anety zainspirowała mnie do tego, żeby też napisać parę słów o moich doświadczeniach z tekstem drukowanym.
Kiedy byłam w podstawówce i liceum, więcej czasu spędziłam w różnych fikcyjnych światach niż w rzeczywistości. Pochłaniałam wszystko jak popadnie, nawet wszystkie lektury szkolne i niektóre nawet udało mi się polubić. W czasie studiów też bardzo dużo czytałam, często też absolutnie nie to, co czytać powinnam była. Nie zapomnę jak z K. sobie wyrywaliśmy kolejne tomy sagi Sapkowskiego i z wypiekami na twarzy sidzieliśmy do rana śledząc losy wiedźmina. Bywało też tak, że tak się zagłębialiśmy w lekturze, że zapominaliśmy pójść na zajęcia. Odkąd przyjechaliśmy do Toronto czytam zdecydowanie mniej i dużo wolniej mi idzie zgłębienie jednej książki. Zazwyczaj mam zaczęte dwie albo trzy pozycje i w zależności od nastroju, albo potrzeby czytania w danym języku sięgam po daną książkę. Przez to czasem mi zabiera kilka tygodni albo miesięcy żeby dojść do ostatniej kartki. Ja też jakiś czas temu doszłam do wniosku, że wcale mi taki stan rzeczy nie odpowiada i brakuje mi częstszego kontaktu z literaturą. Postanowiłam ograniczyć czas spędzany przed komputerem i bardziej regularnie i systematycznie czytać. Dzięki temu w ostatnich dwóch tygodniach przypomniałam sobie błogie uczucie siedzenia pod kocem z książką i z herbatką na podorędziu. Udało mi się tak zagłębić w lekturze, że kilka razy ślęczałam nad książką do późna, mimo ze rano trzeba było wstawać do pracy a K. miał czasem problemy żeby się ze mną skomunikować . Jakieś dwie godziny temu wróciłam do rzeczywistości jako że przeczytałam ostatnia stronę trzeciej części trylogii autorstwa Trudi Canavan – The Black Magician Trilogy. Pierwsza część nosi tytuł The Magicians’ Guild, druga The Novice i trzecia The High Lord. Wciągnęło mnie niesamowicie, przyznaję. Akcja jest wartka, choć są momenty i sceny, które bym wyrzuciła bo wydłużają całość i niekoniecznie dodają coś istotnego, zwłaszcza w drugim tomie. Przyznaję też, że sporo można przewidzieć, albo się domyślić, ale jest coś takiego w tej lekturze co wciąga i nie chce puścic. Na pewno nie jest to powieść na miarę Ursuli Le Guin czy Philpa Pullmana, ale na pewno jest to lektura przyjemna i wciągająca, a czasem samo to wystarczy człowiekowi do szczęścia.





Tego Sapkowskiego to z checia bym poczytala, slyszalam kiedys fragmenty w radio, ale nie bardzo mam skad zdobyc. Chyba wyszukam tej polskiej ksiegarni w Chicago, ktora mi polecila Sorbet.