Skoro mój sąsiad blogowy już opisuje jak kupowaliśmy dom, to nie będę mu wchodzić w temat. Zobaczę jak skończy pisać i najwyżej uzupełnie, ale nie wygląda na to żeby mi coś zostało do uzupełnienia. Powoli dochodzimy do siebie po tych wszystkich emocjach i staramy się ochłonąć po kilku tygodniach pełnych atrakcji. W środę Eco, w czwartek koncert czeskiego barda Jaromira Nohavicy. Spędziliśmy ponad dwie godziny we wspaniałej atmosferze bardzo ciepłej muzyki, czasem poważniejszej a czasem bardzo żywej i pogodnej. Na widowni gościli głównie Czesi i Słowacy, ale Polaków też chyba kilkoro było. Artysta występował przy własnym akompaniamencie gitary albo akordeonu po dziadku. Widownia się świetnie bawiła, śpiewała i klaskała. Choć koncert zaczął się o siódmej ludzie zaczęli się zbierać już od piątej i jak się potem okazało, wprawiali się w dobry nastrój przy piwie albo innych trunkach. Oczywiście nie na sali koncertowej, która była w klubie ukraińskim, ale w pomieszczeniu obok, gdzie utworzono prowizoryczny bar. No bo przecież czeska impreza nie może obyć się bez piwa… W czasie koncertu też niektórzy wychodzili wzmacniać się i wracali coraz weselsi. Nie wiem jak to jest, że jak Czesi czy Słowacy imprezują to potrafią to robić bez chamskich burd czy awantur tylko robią się coraz weselsi i pogodniejsi. Koncert trwał ponad dwie godziny i Nohavica obiecał, że znowu wróci. Piosenki przeplatał długimi gawędami i żartami, część z których zrozumiałam a część mi przetłumaczył K. Była też jedna piosenka po polsku dla polskiej części widowni i kilka słów do niej skierowanych. Na stronie artysty można zobaczyć zdjęcia z tego koncertu, my sobie siedzimy z tyłu sali.
A jak już wyszliśmy z konecrtu to nas bardzo suszyło i musieliśmy sobie wejść na piwo do naszego ulubionego pubu. Jakoś tak się dzieje, że obcowanie z czeską kulturą wzmaga u nas pragnienie. Czy to film, czy koncert musimy potem się wzmocnić i najczęściej wspominamy nasze liczne wyprawy na Słowację i do Czech, tamtejsze klimaty, ludzi i oczywiście jedzenie. I tak nas te nasze wspominki nastroiły, że dziś pojechaliśmy sobie do czeskich delikatesów połączonych z barem/kafejką czy jak to nazwać. Prague Fine Food Emporium mieści się przy zachodniej części ulicy Queen i istnieje już od końca lat 60tych. Byliśmy tam niedługo po przyjeździe do Toronto, ale od tego czasu zapomnieliśmy o tym miejscu. Okazało się, że dalej istnieje i interes kwitnie. Miejsce się odnowiło, odświeżyło i tętni życiem. Najedliśmy się wieprzowinką z knedlikiem i kapustą, popili Czehovarem. Na deser już nie mieliśmy miejsca, ale kupiliśmy sobie kołaczyki na wynos i uszczknęłam trochę ciastka od E. Było to coś co najbardziej kojarzyło mi się z kremówką, tyle że mniej słodkie i z trochę innego ciasta. Teraz do kompletu powinniśmy zobaczyć jakiś czeski film….






[...] już zdążyła opisać nasze wyjście na koncert Jaromira Nohavicy, więc mnie pozostało tylko wstawienie jakiejś muzyki. Niestety mam tylko [...]
Rok Diabla ogladalam. Polecam
Muzyke Nohavicy nie znam tak dobrze, ale na koncert bym sie wybrala na pewno. No i generalnie – zazdroszcze
koncertow, piwa “po” i czeskich delikatesow. Ja sie na razie zagubilam w pieluchach, kolkach, kupkach itd. No ale sama sobie jestem winna
Zachcialo mi sie potomka na stare lata…
Pozdrowienia
Smakowicie wyglada ten czeski obiadek, smakowicie, a tu jeszcze cala godzine trzeba przesiedziec w pracy o kawie i wodzie…
atsanik: ale pomysl ze jak Ty juz bedziesz z tych pieluch wychodzic to inni beda dopiero w nie wsiakac
A Ty juz bedziesz miala Bena odchowanego i bedziesz sobie bywac gdzie dusza zapragnie. Moze nawet i do Toronto zjedziesz i do czeskich delikatesow wstapisz
salon nowojorski: Oj byl smaczny bardzo i do tego calkiem duzy. Mysle ze nastepnym razem sie skusze na moj ulubiony zestaw: Vyprážaný syr, hranolky, tatárska omáčka