Kilka godzin temu wróciliśmy do Toronto po pięciodniowej nieobeconości. Udało nam się na przez te kilka dni zamienić Internet, emaile, telefony i zgiełk miasta na camping bez elektryczności, ciszę, gwieździste niebo, wieczorne ogniska i długie wędrówki. Pies chrapie wyczerpany kilkudniowym pobytem wśród innych czworonogów i macha łapami przez sen wspominając zapewne w śnie co ciekawsze chwile swoich wakacji.
Nasza wyprawa do Adirondack State Park po drugiej stronie granicy okazała się być wielkim sukcesem. Zatrzymaliśmy się na stanowym campingu przy Cranberry Lake, gdzie na dzień czy dwa przed wyjazdem udało nam się zarezerwować miejsce na namiot. Już sam ten fakt był wielkim sukcesem, bo w Ontario wszystkie miejsca w odległości do 500 km od Toronto były juz całkowicie zajęte. Na szczęście południowi sąsiedzi mieli dla nas jeszcze wolne miejsce, więc w poniedziałek rano wysłaliśmy sierściucha do jego sprawdzonego psiego hotelu i niedługo potem sami wyruszyliśmy w drogę. Po drodze wstąpliśmy do miejscowości Ivy Lea położonej po kanadyjskiej stronie osławnionego regionu pt. 1000 Islands (Tysiąc Wysp) na rzece Świętego Wawrzyńca. Nie zatrzymaliśmy się długo, tyle żeby zjeść niezbyt ciekawego burgera z jeszcze mniej ciekawymi frytkami za to z kelnerką o ciekawej aparycji, nieco stylizowanej na Mireille Mathieu. Okolica za to rzeczywiście jest niesamowicie urocza, tyle że nieco mnie odstraszają ilości turystów tam zjeżdżające. No nic, może wybierzemy się tam kiedyś w mniej turystycznym sezonie. W sumie nawet opłaca się jechać na weekend bo z Toronto to około trzech godzin jazdy.
Granicę udało nam się przekroczyć bardzo sprawnie i szybko. Po jakiejś godzinie zjechaliśmy do Watertown gdzie zaopatrzyliśmy się w pożywienie kampingowe typu puszki i konserwy. Niestety nie mogliśmy tych dóbr przywieźć ze sobą z Kanady, gdyż Amerykanie nie lubią obcego mięsa, nawet w puszkach… Tak więc byliśmy skazani na miejscowy market który okazał się całkiem dobrze zaopatrzony w potrzebne nam rarytasy. Wybraliśmy tez co ciekawsze marki piwa, herbate zieloną w wielkim kanistrze i tak zaopatrzeni ruszyliśmy dalej. Pod wieczór zjechaliśmy na miejsce, czyli wyżej wspomniany camping przy Cranberry Lake. Nasze poletko okazało się być całkiem spore, tyle ze blisko drogi wewnątrzkampingowej, którą, jak się potem okazało, w ciągu dnia jeździło sporo aut. A aut jeździło sporo, bo camping był tak duży że pod prysznic trzeba było jechać autem, albo być skazanym na około dwadzieścia minut spacerku w jedną stronę. Na szczęście toalety były w odległości zasięgu naszych nóg więc poradziliśmy sobie znakomicie. Sam camping położony jest bardzo ładnie, jak sama nazwa wskazuje, nad Cranberry Lake. Jest plaża, szlaki do chodzenia, dookoła wzgórki i niskie górki, w pobliżu większe górki i jeszcze więcej jezior i rzek. Sądząc z ilości kajaków, łódek, canoe i innych wszelakich pojazdów wodnych jest to raj dla miłośników takowych sportów. Przewodniki po okolicy i mapy tez wskazują szlaki gdzie można chodzić, jeździć na rowerze, jeździć na nartach, pojazdach terenowych i sprzęcie wodnym. Wspaniałe w tym wszystkim było to, że mimo rozlicznych atrakcji camping i okolica wcale nie były przeludnione, wokół nas było jeszcze sporo wolnych poletek a do prysznica czy ubikacji wcale nie trzeba było stać w kolejce i prysznice służyły całą dobę gorącą wodą bez dodatkowej opłaty. Być może są to drobiazgi, ale po kilku doświadczeniach z campingami w Ontario, takie rzeczy człowieka na prawdę cieszą. Do tego na campingu nie było niedźwiedzi, tylko szopy pracze, więc bać się też nie trzeba bardzo było.
Pierwszego wieczora nie udało nam się zrobić ogniska, mimo tego, że K. zaopatrzył nas w dwie wiązki drewna (i przy okazji widział i uwiecznił na zdjęciu sarenki, więc jest do przodu bo ja tylko widziałam, ale nie uwieczniłam…) bo oczywiście zawitała do nas burza. Jakoś tak w tym roku często nas pod namiotem burze nawiedzają i deszcze niespokojne. Za to rano powitała nas całkiem ładna pogoda i udaliśmy się na pobliski i w miarę krótki szlak na Bear Mountain (Górę Niedźwiedzią) gdzie nie spotkaliśmy żadnego niedźwiedzia ale trzech rudych drwali którzy dbali o to by szlak był przechodny (nie wiem czy jest takie słówko ale jak jest przejezdny to chyba i przechodny?), jednego młodziana z psem i trzyosobową rodzinę z krótkofalówką. Szlak wprawdzie nie był długi ale całkiem stromy i pochyły więc brak zaprawy w górskich wędrówkach szybko mi się dał we znaki. Po parugodzinnej wędrówce zeszliśmy znowu do campingu i udali na piaszczystą plażę strzeżoną bardzo pilnie przez dzielne ratowniczki. Woda w jeziorze była zimna, więc nie bardzo miały kogo strzec i ratować, więc z nudów zaczęły same pływać i jednocześnie głośno rozmawiać na tematy osobiste i im pokrewne.
W środę pojechaliśmy do Saint Paul’s gdzie sie mieści jeden z dwóch Centrów Informacyjnych całego parku Adriondack. Tutaj chciałam dać upust mojej manii zbierania i kolekcjonowania wszelakich folderów i map turystycznych miejsc w których byliśmy, albo które można odwiedzić. Dzięki temu mam już całkiem bogatą bibliotekę tego typu publikacj i przed każdym wyjazdem rozkładam się z tym kramem na podłodze i oglądam, czytam, patrzę i potem wychodzą z tego plany wypadowe, weekendowe albo wakacyjne. K. nieco się nabija z tej mojej manii, ale potem chętnie korzysta. Teraz też zebrałam co mi się wydało ciekawe i warte zebrania, do tego nabyliśmy dokładną mapę okolic i szlaków w pobliżu „naszego” jeziora i zaliczyliśmy kilka szlaków wokół tego centrum. Po spacerze po różnego rodzaju lasach, bagnach, przymłynowych wodospadach i tamach pojechaliśmy do miejscowości Saranac Lake. Miejscowość ta chełpi się mianem najlepszego małego miasta w stanie Nowy Jork, ale na jakiej podstawie to nie mam zielonego pojęcia. Udało nam się znaleźć całkiem dobrą pizzerię pt. Little Italy, dostaliśmy całkiem smaczną pizzę, którą swobodnie mogłyby się najeść trzy albo cztery osoby. Niedobitki posiłku spakowaliśmy i poszli dalej. Kiedy czekaliśmy na skrzyżowaniu z najbardziej idiotycznym systemem świateł żeby przejść na drugą stronę, wybiegła za nami pani kelnerka pokazując na rachunek i na banknoty które trzymała w ręce, że się nie zgadzają. Kiedy K. zaczął protestować, że na pewno zostawił więcej, wyszła druga pani machając banknotem w stronę pierwszej i krzycząc że przecież on tam sobie leżal… Pani nas nieśmiało przeprosiła i szybko pomknęła z powrotem do restauracji. I z takimi oto wrażeniami opuściliśmy najwspanialszą dziurę Stanu Nowy Jork. Za to wieczór nam wynagrodził wszystko bo tym razem nie było burzy ani deszczu tyłko gwieździste niebo i ognisko z piwem Lake Placid.
Na czwartek mieliśmy zaplanowany dłuższy szlak, w stronę High Falls. Nie udało nam się wyjechać tak wcześnie jak chcieliśmy, ale nie zrezygnowaliśmy z planu całkowicie, tylko go nieco zmieniliśmy. Zamiast całego szlaku ze wsi Wanakena do High Falls i inną drogą nazad do wsi, zdecydowaliśmy się na wariant krótszy, czyli do wodospadów i nazad tą samą drogą. Na szlak weszliśm w samo południe i już na jego początku natrafiliśmy na przeszkodę. Otóż bezczelne bobry tak się zapędziły w swych pracach budowlanych, że nie zauważyły że wkroczyły na szlak którym dwunożne potwory sobie czasem lubią chodzić. Do tego jeszcze przyczyniły się obfite opady deszczu tego roku i przeszkoda gotowa. Nie mieliśmy wyjścia innego, jak tylko zezuć nasze obuwie, podkasać nogawki i ruszyć z butami w jednej a kijem przewodnikiem w drugiej ręce i przeprawić się na drugi brzeg tej tamy. Jak się już przeprawiliśmy, osuszyli nieco stopy i na nowo obuli, to po kilku krokach okazało się że następna taka tama stała na naszej drodze. Nie było wyjścia jak tylko powtórzyć cały zabieg na nowo, zaliczyć kolejne ciosy od komarów i much i na nowo się suszyć i mieć nadzieje ze dalej będzie sucho. No i na szczęście dalej było sucho, pięknie, dziko i bajecznie. Czuliśmy się jak hobbici zmierzający do niewiadomego celu, zwlaszcza jak szliśmy bez butów, tyle że nie mamy tak twardych pięt i kudłatych stóp. W każdym razie spędziliśmy w sumie osiem godzin na niezapomnianej wędrówce, którą trudno opisać. Mijaliśmy jezioro, rzeczki i strumyczki, pokonaliśmy liczne wzgórki i wzniesienia aż w końcu doszliśmy do High Falls. Tam zatrzymaliśmy się na krótki popas, K. zwiedził wodospad z każdej możliwej strony i na koniec mieliśmy okazję podziwiać czaplę modrą (Blue Huron) , która właśnie przyszła sobie na kolację. Poobserwowaliśmy się nawzajem i w końcu my musieliśmy ruszyć w drogę powrotną a ona sobie została i dalej spokojnie polowała na kolację. Jak w drodze do wodospoadów jeszcze spotkaliśmy trzy inne drużyny to w drodze powrotnej nie napotkaliśmy już nikogo. Szliśmy dosyć szybko bo wiedzieliśmy że czeka nas przeprawa przez królestwo bobrów, a nie bardzo uśmiechało nam się przeprawianie tamtędy po ciemku. Tym razem bobry były laskawsze bo udało nam się je podglądnąc przy pracy, niestety były za daleko żeby zrobić im sensowne zdjęcie. Przez szlak przemknął też młody jelonek i tylko potem się nam przyglądał zza drzew. Obydwoje stwierdziliśmy, że była to jedna z ciekawszych wędrówek jakich nam się udało doświadczyć. W nagrodę za prawie osiem godzin marszu i przejście ponad 14 mil poszliśmy na porządny obiad do restauracji w naszej wsi i uraczyliśmy się stekiem (K.) i łososiem (ja) i oczywiście do tego zamówiliśmy sobie piwo pochądzące z najstarszego browaru amerykańskiego, tzw. Yuengling. Smakowało całkiem dobrze, ale inna sprawa, że tego wieczora każde piwo by nam chyba smakowało (no może oprócz tureckiego Tuborga). Do tego cena tego napitku powaliła nas z nóg, bo nie spodziewaliśmy się ze za szklankę lanego piwa w tego typu knajpie można zapłacić… dwa dolary.
Żeby nie było za dobrze i za sucho, nocą znowu nawiedziła nas burza. Ale taka burza, jakiej dawno nie przeżyłam, a na pewno nie w lesie nad jeziorem, gdzie każdy szmer słychać jak wielki hałas a co dopiero huk piorunów odbijający się od pobliskich gór i jeziora. Zaczęłam wygrzebywać z głębokiej przeszłości jakieś prawa fizyki, czyli gdzie teoretycznie ten piorun powinien najpierw uderzyć zanim się zdecyduje zaatakować nasz namiot, ale zrezygnowałam i starałam się jednak trochę zasnąć. Padało tak do rana, więc poczekaliśmy aż przestanie i po śniadaniu i kawie pojechaliśmy na kolejny szlak, tym razem w Stone Valley, wzdłóż rzeki Raquette. Tym razem było mniej niespodzianek, ale też szło się bardzo dobrze, trasa też dostarczyła wielu wrażeń, zwłaszcza ze na rzece było kilka wodospadów. Szlak prowadził najpierw zachodnią stroną rzeki i doprowadzał do zapory i mostu na drugą stronę. Przy moście bardzo korzystnie usytuowała się mała knajpka miejscowa, gdzie hobbici mogli się wzmocnic i nabrać sił przy płynnej witaminie B, tak niezbędnej kiedy się zmaga z taką ilością komarów. Tak wzmocnieni ruszylismy dziarsko drugim brzegiem i po dwóch i pół godzinach od wzmocnienia dotarliśmy do naszego pojazdu, który dzielnie stał gdzie go zostawiliśmy i niestety nie chciał się ani trochę ruszyć w naszą stronę. Po drodze minęliśmy dwóch maniaków kajakarstwa rzecznego, którzy przez tę rzekę i wodospady się spuszczali i twierdzili, że im to sprawia frajdę tak tłuc się po kamieniach. No coż, wierzę im na słowo i podziwiam, ale nie obiecuję że pójdę chętnie ich śladem. A wieczorem kolejne ognisko i gwieździsta noc.
A dziś poranne pakowanie, zbieranie i składanie i podróż powrotna w stronę Toronto. Ale zanim przekroczyliśmy granicę i odebrali wypompowanego sierściucha, po drodze wstąpliśmy do dumnie brzmiącej miejscowości Gouverneur, gdzie zjedliśmy późnie śniadanie i jeden ze wspanialszych malinowych ciast, jakie jadłam czyli raspberry pie domowej roboty. W każdym kawałku było chyba pół kilo malin, całość tak smaczna, że gdyby się dało to zjadłabym na zapas. A było to w tzw. Jumbo Diner przy skrzyżowaniu głównych ulic tego miasteczka. Na wystawie wszelkie możliwe oznaki patriotyzmu amerykańskiego: flagi, wstążeczki, misie ubrane patriotycznie i w środku duża tablica, żeby wspierać walczących żołnierzy. A wnętrze takie, że równie dobrze taka sama tablica mogła w nim stać kilkadziesiąt lat temu, przy okazji innych wojen w których Amerykanie brali udział.
I tak oto dobiegły do końca nasze pierwsze namiotowe wakacje w Ameryce. A od jutra zabieram się za zdjęcia.





[...] wyjazdu do naszych południowych sąsiadów. Zdjęcia chyba będą niebawem, póki co M. wstawiła swoją relację z wyprawy. A ja teraz idę [...]
Swietny opis, z przyjemnoscia przeczytalam.
Dzieki wielkie za mile slowa i wizyte!
No, no moge sobie jedynie wyobrazic jakie to wszystko bylo ciekawe. Oby takich wyjazdow jak najwiecej!