Odwiedziny Szwagierki sprowokowały nas do kilku wyjazdów za miasto. W ostatni weekend wybraliśmy się do nieśmiertelnej Niagary… Była to już nasza kolejna wycieczka w tamtą stronę, prawie zawsze z kimś przyjezdnym, poza pierwszym razem kiedy to nas tam zabrano w kilka dni po przyjeździe do Toronto. Był to pierwszy na prawdę słoneczny weekend bez zagrożenia opadami atmosferycznymi, do przewidzenia było więc że będzie dużo ludzi. Starałam się robć dobrą minę do złej gry, ale perspektywa tłumów mnie dosyć średnio pociągała. No ale cóż, słowo się rzekło…. Na szczęście udało nam się zapewnić sierściuchowi pobyt u znajomych z domem i ogrodem, więc przynajmniej ten problem mieliśmy z głowy. Odstawiliśmy go rano i ruszyli w trasę. Niedaleko za miastem okazało się, że jest objazd bo część autostrady jest remontowana. Im bliżej celu tym bardziej dochodziłam do wniosku że moje obawy były bardzo uzasadnione. W końcu udało nam się dotrzeć, chociaż zabrało nam to dużo więcej czasu niż dotychczasowe wyprawy w tamtą stronę. Zaparkowaliśmy auto na parkingu który jest nieco oddalony od centrum atrakcji, ale przynajmniej nie płaci się astronomicznych cen za postój, a do tego można znaleźć miejsce w miare łatwo i to w cieniu. Im bliżej byliśmy wodospadów tym ciaśniej się robiło.

Na trawnikach, niezbyt licznych po kanadyjskiej stronie wodospadu, porozkładane były głownie rodziny wielodzietne tudzież tulące się romantycznie pary. A było ich tyle, że trudno było dojrzeć zieleń trawy. Do barierki przy wodospadzie robiły się kolejki, to że zdjęcie trudno jest tam zrobić żeby nie mieć czyjejś ręki albo głowy w kadrze to już rzecz oczywista.

Kolejki do ubikacji damskich pozakręcane i pozawijane na wszystkie możliwe sposoby, po kawę trzeba było stać dlużej niż w centrum Toronto w szczytowej porze lunchu. W końcu udało nam się nabyć bilety na jedną z atrakcj: spacer za wodospad. Tyle, że dopiero na 6 po południu. Żeby skrócić sobie oczekiwanie poszliśmy do centrum Niagara Falls i utonęliśmy już zupełnie. Zostaliśmy zalani morzem ludzi i tandety zewsząd sie wylewającej. Chyba śmialo można to miejsce uznać za kanadyjską stolicę tandety.

Woskowy Indiana Jones i słynni przestępcy, pałace strachu, kasyna, kolejki, sklepy z pamiątkami, bary i restauracje z hałaśliwą muzyką i inne atrakcje od których nas już oczy i uszy bolały. Dobrze ze chociaż piwo dawali normalne. Spacer za wodospady okazał się być całkiem ciekawy, zwłaszcza ze nie było aż tak wiele ludzi na dole i można było sobie chwilkę popatrzeć bez czyjegoś łokcia w boku. No i widok wynagrodził wcześniejsze oczekiwanie.

Jak już tyle zmęczyliśmy to weszliśmy też i do kasyna, z zalożeniem że wygrana zostnie przeznaczona na operację łap naszego psa. Oczywiście nic nie wygraliśmy, ale przynajmniej przez chwilę mieliśmy nadzieje. Z Niagara Falls wyjechaliśmy po 23 i zaczęła się droga jakiej jeszcze nie przeżyliśmy odkąd jeździmy po Kanadzie. Okazało się że główna autostrada została w jednym miejscu zamknięta całkowicie, wszystkie trzy pasy musiały ją opuścic i objechać kawalek stojąc na dwóch skrzyżowaniach po drodze. Cuda i wianki odstawialiśmy żeby nie dopuścić do tego żeby kierowca zasnął za kierownicą. W końcu udało się i po 5 godzinach jazdy, o 4 w nocy dojechaliśmy do domu. I tylko cały czas nie rozumiem jak niektórzy ludzie mogą jeździć do Niagary w ramach wypoczynku, wyjazdu za miasto i chęci pobycia na łonie natury…. No nic, myślę że w najbiższym czasie nie będziemy nikogo tam zawozić.





O matko!!! I pomyslec, ze jeszcze niedawno myslalam, zeby nad Niagare jechac w pierwszy lipcowy weekend. Ja piernicze, ile ludzi.
No tak, sadzac z rejestracji samochowych wiecej osob tak myslalo… Szkoda tylko ze my tego nie przewidzielismy. Ale po amerykanskiej stronie bylo duzo luzniej, no i wiecej tam jest zieleni. W tamtym roku tam bylismy i musze przyznac ze duzo bardziej to przypomina naturalne otoczenie wodospadu niz to co sie dzieje po stronie kanadyjskiej.